Posts

Wydany właśnie “Awans”  dostępny:

nawet z moim autografem na allegro ale i zwyczajnie na bonito i w dobrych księgarniach

i jako ebook np. na smashwords lub z polskich stron na woblinku i ebookpoint

wprowadza nas w Warszawę końca XIX wieku i pozwala na zajrzenie w kilka zakątków miasta.

Warszawa, 1889 rok, czasy panowania cara Aleksandra III. „Trzecia stolica” carskiego imperium budzi się z popowstaniowego paraliżu. Andrzej Zaleski, porucznik carskiej policji, przypadkiem trafia na sprawę morderstwa rodziny rejentostwa Wolskich. Ofiary z poderżniętymi gardłami, w progu zabita służąca, skradzione tysiące rubli. To już trzeci taki napad w tym roku… Zaleski rozpoczyna śledztwo. Wchodzi do świata, gdzie oficerskie zabawy w lupanarach przeplatają się z działalnością rewolucyjnych socjalistów.

Kim naprawdę jest porucznik Zaleski? Sprzedawczykiem? Cwanym karierowiczem? A może po prostu rzetelnym stróżem prawa? Jaką cenę przyjdzie mu zapłacić za awans? Są wszak i tacy, którzy wydają się poza zasięgiem ręki sprawiedliwości…

Warszawa na lewym brzegu

Większość akcji rozgrywa się na lewym brzegu:

Pierwsza scena książki dzieje się na trasie łączącej dawny Pałac Namiestnikowski na Krakowskim Przedmieściu (wtedy wykorzystywany jako głównie sale balowe) z Mariańską, mieszkaniem Zaleskiego. To, co spotyka go na Placu Zielonym wprowadza nas w kryminalną atmosferę Warszawy.

Koszykowa, gdzie rozgrywają się kolejne sceny, była prężnie rozwijającym się obszarem, gdzie chętnie osiedlali się zamożni Warszawiacy. Tam właśnie Zaleski pierwszy raz natyka się na ślady morderstwa.

Nieistniejący Dworzec Wiedeński był miejscem gdzie oprócz wykwintnych pasażerów I klasy, w poczeklani III klasy można było napotkać tłumek bezdomnych, których wtedy w Warszawie nie brakowało.

Też nieistniejący Gościnny Dwór, obok którego wyrosną wkrótce Hale Mirowskie, był wtedy rynkiem wyższej klasy, a efektownej żeliwnej hali nie powstydzono by się w Paryżu czy Londynie.

W centrum Warszawy odwiedzimy piękny, do dziś zachwycający proporcjami, kościół protestancki zaprojektowany przez Zuga: https://jakubbielikowski.com/opowiadania/andrzej-zaleski-na-tropie/w-kosciele-sw-trojcy/

Na chwilę zajrzymy też w podbrzusze Warszawy – na Solec, do “tunelików” (podłych spelun) na Tamce, do fabryki Lilpopa, do baraków Woli.

Na Powiśle prowadzi nas “okładkowy” fragment : https://m.facebook.com/story.php?story_fbid=4187238938056057&id=100003099779271

No i oczywiście Zaleski będzie zmuszony szukać śladów w słynnych w tamtych czasach lupanarach, wszak Warszawa była miejscem rozrywki dla całego Imperium.

Spotkamy też mieszkańców kamienic i grzebiące w śmieciach kościarki.

A by zażyć odpoczynku popłyniemy na Bielany.

https://www.facebook.com/100259575203145/posts/277356920826742/

 

Warszawa na prawym brzegu

Na Pradze, która wtedy nie była wcale kryminalnym centrum Warszawy, lecz jej zapleczem komunikacyjnym i żywnościowym, rozegra się kilka kluczowych scen.

Szczególnie ciekawa jest ulica Wołowa – obecnie fragment Targowej, zwana tak od stad krów i wołów stepowych pędzonych do rzeźni (nomen-omen, przy Krowiej) z głębi Imperium Rosyjskiego. Krowy pędzono tędy jeszcze w międzywojniu. Ja zaś pamiętam niszczejące budynki rzeźni, które oglądałem z Tatą.

Szmulowizna została właśnie włączona do Warszawy, zachowała jeszcze mocno podmiejski charakter, ale to właśnie ona oraz Dworzec Terespolski odgrywają w powieści ważną rolę. Spójrzcie tylko:

 

https://m.facebook.com/story.php?story_fbid=4199951733451444&id=100003099779271

Zapraszam do XIX wiecznej Warszawy!

 

Prolog

Kleszczyn, wtorek 7 czerwca 1898

Piąta rano, a mimo wczesnego poranka, słońce grzało już mocno i mokra ziemia parowała obficie. Tygodnie deszczów nasyciły ciężką, gliniastą glebę i teraz pod czerwcowymi promieniami nad polami i drogami unosiła się warstwa srebrzystej mgły.

“Ciepły czerwiec, mokry maj, będzie żyto niby gaj” Magda wspomniała stare przysłowie. I rzeczywiście. Nie tylko żyto. Zielony łan sześciu mórg młodego jęczmienia spełzał ze wzgórza szeroką wstęgą w kierunku ciemnozielonego pasma drzew, które skrywały potok Ruziec i przesłaniały lśniącą taflę jeziora Bobrówiec. Wiatr leciutko kołysał wysokimi źdźbłami zboża. Te srebrzyły się nachylając ze słońcem i prostując się błyskały soczystą zielenią. Jak jezioro, fala za falą szły w poprzek pagórka, usypiającym rytmem. Rozbijały się za miedzą, jak o brzeg, o ciemnozielone liście dziwnych buraków na pańskim polu. Magda osłaniając oczy, wpatrywała się w jej skarb, własną ziemię.

̶  Mamo, ziemniaka obiecałaś.

Piskliwy głosik Franka wyrwał ją z zamyślenia.

̶  Czekaj synku – uśmiechnęła się i weszła do chałupy. Wyjęła z garnka dwa jeszcze gorące ziemniaki, położyła na lniany gałganek i nie szczędząc, posypała solą. Zawinęła starannie. Spojrzała na blat kuchni i po chwili dołożyła jeszcze pół jajka, z tych, co je z pokrzywą dla gąsiąt siekała. Niech ma. Podeszła do małego i wsunęła obiad do sakiewki przewieszonej przez ramię.

̶  Naści Franiu.

Oczy małego zalśniły łakomie na widok jajka, uśmiechnął się i przylgnął chłodnym policzkiem do ręki matki.

̶  No ruszaj już, krowy głodne. I na Piętkę uważaj, by łakomczucha mokrej koniczyny się nie opchała.

Chłopak machnął wierzbową witką, raczej dla dodania sobie animuszu, jako, że krowy drogę dobrze znały i głód je pospieszał lepiej niż jakikolwiek bacik w dziecięcej rączce.

Magda patrzyła za nimi w ślad uśmiechając się. Powolne klekotanie krowich kołatek i leniwe ruchy ciężkich zadów zwierząt, znowu wprawiły ją w nastrój kontemplacyjny.

Jej bogactwo – leniwa Siwa, Piętka, łakomczucha z czarnymi, jakby ubłoconymi nogami i czerwona Mućka, wszystkie mleczne krowy, mała Łatka i wesoła Ruda – dwa tegoroczne cielaki. No i klejnot w koronie, trzyletni byk Łysy, z charakterystycznym przetarciem na brązowym łbie między wygiętymi rogami. Już za bykowe wiosną piękne stadko gąsek nabyła. Młode gąsięta wyrosną, przed boćkami je ochroni, podhoduje i z piętnaście rubli srebrem na jesieni za nie weźmie.

Do wszystkiego doszła samodzielnie. Inne dziewuchy na korale, pantofle, błyskotki wydawały. One podeszła do tego jak przemysłowiec. Wiedziała, że woda, mydło, włosy chmielem wypłukane i skręcone w loki, wypięta pierś i szczery uśmiech dają więcej niż jakieś szatki. Już jako młoda dziewczyna nauczyła się warzyć zapachy, zainwestowała dwa ruble w srom bobrowy i z jaśminem, tłuczonymi płatkami róży i nutą sosny poczyniła takie perfumy, że panom oczy z pożądania na wierzch wyłaziły. Rubel do rubla składała, ziemię i bydlęta kupowała, targowała się lepiej niż chłop. I na wiano uzbierała, że najznamienitsi gospodarze synów swoich do niej wypychać zaczęli, sam syn organisty cholewki smalił.

Ale ona zwieść się nie dała. Chłopa znalazła, takiego jak trzeba. Niby cygan czarniawego, kędzierzawego, smagłego, że aż oczy rwał. Nie pije, nie bije, w karty i kości nie grywa. Tylko do roboty tego swojego Antka zmuszać musi, w polu pożytków z niego niewiele. O już po piątej, a on cięgiem śpi. Za dnia tylko by w szopie siedział i w drewnie się bawił.

Myślała, że choć nastruga Chrystusów frasobliwych, najświętszych panienek, czy świętych Antonich, co zguby odnaleźć pomogą, czy Florianów od ognia chroniących. To by śród sąsiadów za gotowy grosz by poszło. Lub zabawki wyrzeza, cacka dla dzieciaków, co na jarmarkach przedawać można. Ręce wszak ma zręczne, zdolna bestia. Ale on nie, pokazać nie chciał, szopę zapartą trzymał, sekrecił.

Babska ciekawość Magdzie żyć nie dała i cztery lata temu, zaraz po urodzeniu Franka, wiosennym świtem klucz śpiącemu Antkowi ściągnęła, zawiasy sadłem przesmarowała, by nie skrzypnęły i do komórki się zakradła. Aż jej dech zaparło. Takich zberezeństw nawet na pańskich obrazkach nie widziała. Wiedźmy i południce ze sterczącymi cyckami, ponętnymi pośladkami i długimi, drapieżnymi paznokciami. Wbijające ostre zęby w ujeżdżanych nagich chłopów. Oczy mężczyzn wytrzeszczone z rozkoszy i przedśmiertnego przerażenia. Czuła jak wpatrują się w nią, świdrują, przeszywają. Diabły z ogromnymi, sterczącymi przyrodzeniami. To najłagodniejsze, co spostrzegła, nim prędko drzwi zawarła. Oj, jak najszybciej o tym zapomnieć. Nie mogła. Odtąd na swego łagodnego i w łóżku małżeńskim raczej leniwego Antka, inaczej już patrzyła.

Machnęła ręką chcąc odgonić głupie myśli. Podejdzie szybko do Studzianki, w cudownym źródełku twarz obmyje, co ponoć urodę utrzymać latami pomaga, w kaplicy najświętszej panience się pokłoni. Potem wracać trzeba, gąsięta nakarmić, by Jóźka i Alka jajek posiekanych nie wyjadły, no i śniadanie Antkowi naszykować.

Droga do ukrytej wśród wysokich drzew kaplicy obeschła. Bose nogi Magdy głucho dudniły po twardym błocie. Przeżegnała się przechodząc obok drzwi i zeszła do studzienki ukrytej przy małym strumyczku. Zdjęła wiszący na żelaznym haku czerpak, zaczepiła go na drągu i nachyliła się nad cembrowiną by zaczerpnąć cudownej wody. W studni jak w lustrze odbiła się jej twarz. Lecz cóż to, czyżby chustka się jej zsunęła? Odbicie otaczały niesforne blond loki. Nie, chustka na miejscu. Spojrzała w taflę ponownie.

Straszliwy krzyk Magdy przeszył poranne powietrze. Wibrował. Odbił się od ścian kaplicy i popłynął śród wzgórz, miedz i lasów, niosąc alarm gdzieś daleko aż do pól Przyrowy i Ostrowitego.

Ze studni patrzyła na nią urżnięta głowa Stefci, jej najmłodszej siostry.

Rozdział 1

Na Wiśle, piątek rano 10 czerwca 1898

„Są takie przyjaźnie, które trwać powinny wiecznie. Więzy, których próba czasu i zdarzenia losu rozerwać nie zdołają”, myślał Andrzej patrząc w szybki nurt Wisły.

Po majowych deszczach rzeka potężnie wezbrała i bure fale niosły statek pocztowy nie wolniej niż dysząca i plująca gęstym dymem maszyna parowa. Krzykliwe mewy, które zwykle wiernie towarzyszyły niewielkim stateczkom, licząc na okruchy chleba, a głównie na śledziowe łby pozostałe z żołnierskich racji, ledwo dotrzymywały tempa.

Andrzej podniósł oczy na grzejące się w porannym słońcu czerwone mury fortów Georgijewska[1]. Właśnie, wojsko, wspólna pierwsza służba, tworzą taką więź, która kazała mu zostawić żonę, Michała, służbowe obowiązki i wskoczyć na parowiec poczty wojskowej zmierzający do garnizonu w Dobrzyniu nad Wisłą, a potem jechać hen pod pruską granicę. Krótki list znał na pamięć.

 „W Trąbinie, 8 czerwca roku pańskiego 1898

Kochany Andrzeju!

Wybacz, moje milczenie ostatnimi laty, lecz wiele u nas się wydarzyło i gospodarka przywaliła mnie obowiązkami. Teraz jednak piszę do Ciebie, bo Twa pomoc ogromnie mi potrzebna. Dzieją się tu rzeczy straszne, które opisać trudno i w których jedynie Twój rozum i eksperiencja rozebrać się mogą. Jeśli tylko możesz przyjedź do nas do Trąbina jak najpilniej.

Twój oddany przyjaciel.

Roch Górecki”

Zamaszysty podpis z lekko rozchlapanym atramentem, złożony niewątpliwie ciężką ręką starego przyjaciela.

Roch Górecki, wtedy w 1875. Koszary kadetów w Kazaniu. Rzędy drewnianych prycz pierwszoroczniaków. Wiatr stepowy bezlitośnie wywiewający każdą cząsteczkę ciepła z bielonych sal rekruckich.

Ich trzech z Priwiślańskiego Kraju: chudziutki Paweł, prawdziwy olbrzym Roch i on – żylasty i lekko wystraszony młodzian spod Białaczowa. Pierwsze przyjaźnie – smagły jak szczapa Gruzin Sawa, powolny sybirak Losza, chłopaki ze szlacheckich domów rosyjskiej głubinki[2]: bracia Sasza i Igor, ryży Matwiej. Lecz także najgorsi wrogowie – drący pysk sadysta, starszy unteroficer Mikulin oraz znacznie gorsi od niego, trzecioroczni kadeci. „Starzy”, władcy dusz i ciał nowego narybku.

Prześladowanie pierwszoroczniaków zaczęło się od niewinnego żarcików, jak po nocy podpalone wetknięte między palce stóp papiery, drapiące gałęzie stepowych jałowców w pościeli, czy podstawienie nogi po „przypadkowym” popchnięciu. Upadki w drodze do latryny kwitowane rubasznym śmiechem.

Szybko jednak te niewielkie dokuczliwości przeszły w domaganie się usług, ścielenia łóżek, czyszczenia butów, odstępowania „starym” połowy porcji i wymierzanie surowych kar za nieposłuszeństwo. Karna chłosta do krwi nie była niczym niezwykłym.

Sawy „starzy” nieco się bali, bo Gruzin z nożem się nie rozstawał. Dlatego też trzymali się we trzech, Sawa, Paweł i Andrzej, zawsze w gromadzie bezpieczniej. Sawa wyuczył ich też kilku ciosów nogami ze sławnej mkerdoaba, sztuki walki kaukaskich górali, więc pojedynczym trzecioroczniakom nie dawali sobie w kaszę dmuchać.

Rocha też „starzy” początkowo nie ruszali, póki nie poznali, że za niedźwiedziowatą posturą i ogromną siłą kryje się złote serce. Też stał się celem złośliwych żartów, których zdawał się nie zauważać.

Lecz napięcie rosło. Kadeci coraz częściej stawali się obiektem niewybrednych ataków, a trzecioroczniacy otwarcie przejmowali obowiązki dyscyplinowania młodych, wymierzając kary w imieniu podoficerskiej zwierzchności.

Pamiętna listopadowa noc była wyjątkowo ciemna i zimna. Andrzej poczuł jak ktoś gwałtownie zrywa z niego koc. Skupione w lustrze światło wojskowej latarni oślepiło, gdy mocne ręce pchnęły go przed ścianę. Trzymano go z tyłu, dwie pary rąk. Sycząc z bólu zamrugał oczami i zobaczył stojącego obok Pawła, z bezradnie spuszczoną głową. No tak, chudy oczkarin[3] nie był dla nich żadnym zagrożeniem. Sawa leżał przywiązany do łóżka. Naprzeciw nich stanął trzecioroczniak Sasza Gnalin, każący do siebie mówić „jaśnie panie Aleksandrze”, świński blondyn z ponoć wysoko skoligaconej rodziny. Prawdziwy okrutnik.

– No i doigraliście się. Myśleliście, że takie prowincjonalne zera, pierwszoroczne gówna, mogą odmawiać służenia, nam starym? Że ktoś was obroni? – Wysyczał ze złośliwym uśmieszkiem. – Teraz spotka was zasłużona kara.

Przeciągał „s” charakterystycznie, wzorując się na urzędnikach niższego szczebla, tak, że zabrzmiało to jak „zasssłuszszona kara”.

– Teraz będziecie musieli zapłacić za swoją bezczelność.

Skinął ręką za siebie, skąd wychyliło się czterech „starych” niosących w rękach ciężkie sznury i cienkie, stangreckie baty.

– Dostaniecie po pięćdziesiąt batów, byście zrozumieli, kto tu rządzi i nauczyli się szacunku. A parszywy Gruzin dostanie dodatkowo po dziesięć wyciorów w pięty.

Pięćdziesiąt batów? To znaczyłoby zoranie skóry na plecach, nogach, całym ciele. Cienkie baty ból zadawały niewyobrażalny, rżnęły do żywego mięsa. Potem przyjdzie gorączka, niezdatność do służby i kolejne kary za symulanctwo, już przez podoficerów wymierzone.

Andrzej wrzasnął i rzucił się do przodu, ale silne ręce pociągnęły go w tył, a dwa ciosy bata spadły z wielką siłą na jego ramiona i piersi, przecinając i paląc jak rozżarzonym żelazem.

Z bólu zebrało mu się na wymioty, gdy nagle trzymające go ręce puściły, a uderzony z siłą parowozu oprawca przeleciał obok posyłając kolejnego trzecioroczniaka z batem na przeciwległą ścianę. Obok ucha świsnęła mu wielka jak bochen chleba pieść Rocha, uziemiając drugiego napastnika. Andrzej kopnął na oślep, tam gdzie przed chwilą stał kadet ze sznurem w rękach. Paweł, ze zwinnością, której nikt by się nie spodziewał, rzucił się do łóżka Sawy, przecinając niewielkim nożykiem krępujące Gruzina więzy.

Wywiązała się krótka walka. Straszliwe ciosy pięści Rocha rzucały trzecioroczniaków z plaskiem na ziemię, a celnie wymierzony kopniak Sawy trafił prosto w uśmiechnięty pysk Saszy Gnalina. Już po chwili napastnicy wiali, zostawiając swoje sznury, baty i wojskową latarnię.

Andrzej i przyjaciele dostali za to po trzy dni karceru, ale odtąd trzymali się we czwórkę razem i omijano ich szerokim łukiem.

Roch po roku odszedł z kadetów. Zaraza zabrała jego ojca i starszego brata, zostawili mu ziemski majątek, którym trzeba było się zająć. Ale przyjaźń przetrwała. Pisali do siebie długie listy. Z okazji kapitańskiego awansu Roch podarował mu zadziwiająco piękny kompas berlińskiej roboty z kompletem jeneńskich szkieł powiększających. Pewnie z przemytu. „Byś zawsze drogę właściwą i ślad do celu prowadzący znaleźć potrafił” głosiła grawerowana inskrypcja. Andrzej na urodziny Rochowego syna przysłał mu jeszcze z Sachalina skórę tygrysa ussuryjskiego, pięknie wyprawioną, ze szklanymi zielonymi oczami i groźnymi zębiskami. Też prawdziwe cacko.

Dwoma ostatnimi laty kontakty stały się faktycznie rzadsze. Lecz otrzymawszy Rochowy list Andrzej ni chwili się nie wahał. Przyjaciel musiał być nieźle wystraszony, bo proszenie o pomoc nie leżało w jego naturze. Więc teraz, gdy niewielki pocztowiec pruł wiślane fale, na jego pokładzie kapitan Andrzej Zaleski zmierzał do Dobrzynia. Tamtędy wiodła najprostsza droga do Rypina, a stamtąd do przygranicznego Trąbina.

Zmrużył oczy oślepiane promieniami odbijającymi się w mętnej wodzie. Robiło się upalnie. Rozpiął górne guziki żandarmskiego munduru i usiadł na wyścielonej specjalnie dla niego ławeczce w cieniu kapitańskiej budki. Wyciągnął z walizeczki podniszczoną książkę.

Bratia Karamazowy” ostatnia powieść Dostojowskiego. Już nie nowość[4], lecz w domu jakoś nie miał okazji zabrać się do lektury. Pamiętał swoją pierwszą fascynację wielkim pisarzem, gdy prawie dwadzieścia lat temu czytał „Zbrodnię i karę”, jeszcze zanim ukazało się polskie tłumaczenie. Teraz tamta powieść wydawała mu się nieco wydumana.

Oczywiście w swojej śledczej karierze spotkał wielu przestępców, którzy jak Raskolnikow uważali, że eliminując swoje ofiary spełniają uczynek, za który ludzkość winna być im wdzięczna. Iż okradając, lub mordując lichwiarzy, złodziei, bankierów, ladacznice czy burżujskich pasożytów stają się narzędziem owej sprawiedliwości społecznej. Lecz były to wyłącznie nędzne wymówki, pozwalające usprawiedliwić ich własną rządzę pieniądza, lub zamiłowanie do przemocy. Nie zdarzyło mu się jednak, by sprawca nękany wyrzutami sumienia z łupu rezygnował i by dobrowolnie chciał poddać się karze. No może jakaś zrozpaczona dzieciobójczyni.

Zaś lektura „Braci” wciągnęła go tak bardzo, że tylko machinalnie popijał donoszoną mu herbatę. W Płocku przekąsił szybko pierożki z rybą, nie zwracając uwagi, ni na samo miasto, ni na sterczące na skarpie dumne wieże katedry.

Do Dobrzynia dopłynęli na tyle wcześnie, że postanowił nająć wygodną i szybką podwodę, nie chcąc zatrzymywać się w nadwiślańskim garnizonie. Wysłał Rochowi telegram, że nocować planuje w Rypinie. Do Trąbina pojedzie z samego rana. Do Rypina niecałe 60 wiorst, pewnie dotrze  mocno po zmroku, ale nie było czasu do stracenia.

Lecz sprawy nie zawsze idą jak po maśle.

Droga z Dobrzynia do Rypina, noc z piątku na sobotę, 10 / 11 czerwca 1898

 

[1] Gierogijewsk – rosyjska nazwa Modlina

[2] Głubinka (ros.) prowincja

[3] Oczkarin (ros.) okularnik

[4] Pełne wydanie Braci Karamazow ukazało się w 1890r.

Tuesday, 5th May 1925

Tram number 21 was chugging slowly towards the Wysockiego terminus. Andrzej Zaleski was one of the last passengers. Those few, travelling at that time of the day, got out near the railway workshops. Now in the car remained only old auntie, going most likely to one of the small Ustronie cottages, and an ancient conductor.

The morning post had brought a short note from Michał. “Please do come to my school. I have encountered a very strange problem, the type that requires your skills. I won’t manage myself. Yours, Michał”.

His relationships with Michał – his foster son, were a bit tense. Michał’s parents, farmers from his home village Białaczów, had passed away during the 1892 cholera epidemic. Andrzej formally adopted his father’s godson. Even before, following his father’s last will, Andrzej brought the boy to Warsaw and took care of his education. Michał completed studies at the reputable Warsaw-Vienna Railway School, and demonstrating strong technical abilities, went to the Petersburg Technical University. As a freshman engineer, he worked in Belgium, at that time the best place to learn the trade. World war, and later the Bolshevik’s revolution made their contact impossible for almost 5 years. In the independent Poland they drifted apart.

Andrzej struggled to adapt. At the start, like everyone, he was brimming with enthusiasm. In 1920, during the Polish-Bolshevik’s war, he commanded an armoured train, collected a good throng of fighters on Russian and Ukrainian steppes and managed to break through the front to Kiev. He was made a battalion commander, but was quickly pushed aside. Russian socialists were not trusted in the Legions and Hallers’ army. The generals remembered the red-green flag[1] he sported from the train engine, when it entered the Kiev station.

Of course after the war he joined the police force. It was his destiny. He loved working at the police and was a very good detective indeed.

However, it quickly turned out that those who once had served in the Russian Imperial police were not really welcomed . He was given a Chief Inspector post in a financial crime investigations department, a good two ranks lower than his pre-war rank of Chief Superintendent. Nothing to compare with the full colonel he attained at war. He didn’t mind the rank, but he hated pushing papers. He missed fighting the real criminals, investigating the underworld. But then they sidelined him further – to the river police. He supervised autopsies, documented drownings and was clearly kept away from any important duty. So, one year ago, when his arm, damaged in an 1890 police action, got worse, he jumped at the retirement opportunity. He was given a nice handshake, they even awarded him the Virtuti Militari[2] cross for getting the armoured train to Kiev and then forgot him immediately.

To the contrary, Michał was thriving in the new reality like a fish in a pond. He was building and rebuilding railway infrastructure, heavily damaged during the Great War. His engineering projects made headlines. He was photographed with both ZLN[3] politicians and Piłusdski’s ex-socialist legionnaires. A year ago he had become the new railway school headmaster.[4]

Andrzej and Michał disagreed on many topics. They argued about abandoned land reform, lack of social justice, treatment of people coming from different pre-war partition[5] zones. Michał believed that the first state obligation was to rebuild the country after war damages. Fronts have passed through Poland four, and in some places six times. Industry, transport and even agriculture were in shatters. Therefore, the economy should come first. The time to take care of the poor, who were in fact 80% of the society, who suffered from hyperinflation and who had fallen victims to the recent monetary reform[6], would come. Later. Much later.

Andrzej stayed true to his socialist ideas. He believed that one cannot build a strong, modern country on poverty and social injustice. Even if, after the Russian revolution experience, he kept clear of the communists.

As a result, they were neither seeing each other often nor talking much. Andrzej spent time at his apartment in Ząbkowska, alone with his wife Anisa and two cats. Bored to death. Feeling lonely and useless. So, the son’s letter brought him joy and some bitterness too. They need him. That’s good news. But Michał remembers him only when he can’t cope by himself. Andrzej tried to steer away from any police matters. We have the state, the administration, the police are there to keep the law and order. Civilians should mind their business. Obey the rules.

Anyway, Zaleski didn’t waste any time and jumped aboard Tram 21, which recently linked Bródno with the city, and by now the car was fast approaching the end stop. Wysockiego street was empty and silent, a big contrast to the busy railway workshops at Białołęcka street. The spring day was cool, grey and wet. Cobbles were shining from recent rain and the traction reflected in large puddles. He pulled his hat tighter and shivering from the cold wind went towards the school and the dorm. The building was glimmering behind the trees with new tiles and shiny metal parapets.

The old school caretaker recognised him immediately.

Coin photo

Pilsudski moustache on a coin

– Good morning chief inspector, have you come to see the director?

– Good morning Wojciech. I am not a chief inspector anymore. Plain old pensioner, same as you. – Andrzej whisked away the drops that collected on his moustache. He sported a popular Piłsudski-like look. Already in 1916 he shaved away the  old Imperial-style sideburns.

Zaleski climbed the stairs.

– Good morning chief inspector. – The old spinister who guarded Michał’s office and kept the school administration running, offered a sad smile. Her eyes, behind thick glasses, were red and swollen.

– Good morning miss Janina. You look stunning in that new hairstyle. Pity I am married already.

– And mister inspector is full of jokes, as always. – Her smile beamed more genuine and even her cheeks got a little rosy. – The Director’s waiting.

Andrzej entered the spacious, contemporary outfitted room. Black wood, chrome, glass. The railway school is the symbol of country modernisation and should look correspondingly. Large maps and charts showed rail reconstruction progress. In last years the state made a tremendous effort to build connections between old partitions, erase the borders, reconstruct bombed bridges, destroyed stations, and bring some sense of progress to the poor east and south.

– Morning father – Michał jumped from behind his desk and shook Zaleski’s hand.

– Morning Michał. How come you recalled that you still have an old father?

– No need to be bitter. You know how it is at work. As you said during the old regime: “No time to wipe your…”. The rebuilding is going at full steam and the school consumes whatever time is left. We need a new breed of technicians badly, yesterday if possible. And now those thefts, I don’t like it.

– Maybe we start at the beginning. – Andrzej smiled, sat down, and took a cup of strong tea from Janina, nodding graciously.

Michał waited for the doors to close before he continued.

– For some months we at school have suffered a plague of small thefts. Gold necklaces, rings, lockets, cash. We have not caught anyone. It is becoming tedious. Can you imagine, the losses have mounted up to 500 złoty[7]?

Zaleski whistled.

– Five hundred. Good chunk of money.

– Exactly. And recently someone nicked a gold bracelet straight from miss Janina’s hand. Antique piece of jewellery, family heirloom. Janina can’t stop crying. She just can’t believe that such thing happened in the school. That is serious.

– What do the police say? Surely that warrants police attention.

– You know father. Our school sits like on a fence. Formally we are under XVIII Railway Police Inspectorate, and they are interested in “goods, rail stock, signals, passenger safety”. They just don’t care about our affairs. And the local force from the XXV Precinct didn’t even want to talk. They are busy chasing communists. They have become very active, here in Annopol among the poor and in the factories. Can you imagine that communist propaganda becomes popular even among rail workers? You should also understand that Bródno is not exactly a peaceful place. Crime is abundant. Every day one can find someone mugged or with throat cut. Those thefts are too petty for the police to bother. As for myself – first, I just don’t have time…

– And second, you hate detective work. That I remember very well. – Andrzej smiled recalling how he tried to drag Michał into helping him in solving crimes. Failed miserably. – OK, please tell me everything in detail, step by step, like a good engineer.

– It all started four months ago. Antek, preparing for Technical University exams, lost a golden cross. A large one. Gift from his godfather. Same week 10 złoty vanished from an Eight Form guy and the a Ninth Form student’s gold ring, taken off just for a bath, evaporated. Ever since we have two, three small thefts a week. All very clever. Golden locket disappears after gym classes. Two złoty coin missing from the pocket. We announced that gold and jewellery should be deposited. The very next week two gold necklaces went missing from the safe box.

– Have they stolen everything from the deposit?

– No, silver and watches left intact. Quite bewildering. But when miss Janina’s gold bracelet was nicked, I decided to call for your help. Maybe you have retired, but surely you will welcome a small brain exercise.

Andrzej winced. He didn’t like when people remind him of his retirement. Even more, he hated when any investigation was taken lightly. During his police work, he learned that even a small crime can lead to a fatal outcome. He remembered the tragedy just outside Kiev. A village crowd beaten a half-wit to death, for pilfering two eggs, and that was well before war hunger times. From his experience, so called justice, administered by youngsters among themselves, could be as cruel. Those thefts clearly required attention.

He cleared his throat.

– Well, I will talk with the boys. And, of course, with Janina. In two-three days I should get wind of what’s going on. By the way, give me a monthly pass to the railway workshops. Tell them that I will nose around. I feel there may be a connection there.

In fact, he doubted that the workshops could be connected in any way, but he wouldn’t miss the chance to visit them. To sit again among the rail workers, inhale the smell of the grease, hammered metal, fire. He would not deny himself the pleasure of inspecting rail stock, of seeing the big steam engines close. As a true XIX century child he admired railways and the industry. Steam, electricity, progress. Thanks to the railway men he once resolved the most important crimes in his life. Then he rode the armoured train from the Bolsheviks’ Russia, back to Poland, to freedom. Who knows if now would not be the last chance for an old pensioner to encounter the true industry?

Friday, 8th May 1925

For the next days Andrzej wandered seemingly aimlessly through the school and the workshops. He chatted with students, teachers, janitors, workshop workers and instructors. Played an innocent old man, who can be trusted and is completely harmless. With older boys he smoked a secret fag, young ones he asked about home and mollified their homesickness. He sat near machines enquiring about workers jobs, admired their milling, lathing, and casting skills. Gossiped over tea with teachers. With old caretakers he took a quiet sip from his hipflask. No rush. Always took notes only after the conversation. He knew that when people see you writing they bottle up. Also scribbling distracted him from the real substance.

– How is it going? I can see that this “small thing” from Michał really got you. – Asked his wife Anisa when he got home later than usual. The trams had stopped already so he had to take a horse cab. – You are working yourself up. Be careful.

– I am not as old as you think. – He replied smiling. Sitting in his comfortable armchair he petted his favourite Morus. The black, silky cat took the opportunity of his return to reclaim his place on Andrzej’s lap. – I will manage. At first, I thought about cards. You know, students play with local swindlers, lose and steal to repay debt. However, that is inconsistent with the stolen goods. A gambler will not pass silver or a good watch. Here they took only gold or money.

Anisa smiled, stroked his hair lovingly and placed a plate full of small hot roasted Tatar pierogi he loved on the small table. She knew that while working he preferred to nibble something and would not want to stop for dinner. He just sat there in the armchair, in the golden circle of light, petted the cat and from time to time scribbled a note. Well into the small hours.

Saturday, 9th May 1925

Bródno map

A. Kupniewski drawing, 1940 – Tram 21 Terminus, school top right

The next morning, he mixed with the early crowd on Ząbkowska street. Jews leaving kosher butchers, house servants carrying full baskets from Różycki market, factory workers rushing towards Kawęczyńska street or business travellers hurrying between the rail stations. Heavily loaded horse wagons bumped noisily on the cobbled street. The smell of fried onions mixed with freshly baked bread, human sweat, and horse piss odour. Near the Wileński station the crowd didn’t thin at all, and when the “twenyone” approached, he was forced to hang on steps outside. The tram was packed with factory workers, smelling of grease and tobacco, or the soap from the new Schicht works[8]. A few railway men in their black ironed uniforms turned noses up. They were above average blue collars. True elite. Safe, state job. Nothing to worry about. At the Konopacka and Szwedzka street stops the crowd thinned, and when the tarmac Odrowąża turned into cobbled Białołęcka street the tram was practically empty.

Michał waited, tramping around nervously.

– What do you know father? Have you discovered anything?

– The “what” is pretty obvious, I still don’t know who and why.

– What is so obvious?

– The modus operandi[9]. You have two or three very clever pickpockets among your students. They operate in the classic way. When people mill around one distracts the victim, the other one steals. Or when the boys are busy with something else. Someone here has really nifty fingers.

Just listen to miss Janina’s story. “Students were joining the morning roll quite orderly, class by class, headed by teachers. All of a sudden, the little John from seventh form stumbled and people jammed in the hall doors. Older boys pushed forward, young ones started to scream. I run forward to help; it didn’t take long at all. During the Director’s speech I felt something was amiss. Then leaving the assembly hall I noticed that my bracelet’s missing. You need to understand chief inspector, we kept it in the family since the Napoleonic wars. My great grandfather brought it for his bride from Spain”. She started crying.

In my opinion they act on the spur of the moment. Occasio facit furem[10].

– That’s really horrible. Pickpockets in the railway school! One day students would become service men and then what? Will they rob the passengers? No way. We cannot let them prosper. Please father, catch them.

– Tell me, who from your boys can be trusted?

– The students? Edek Popławski and Julek Mazur are boy scout leaders. I trust them completely. Also, I think Antek Poświatowski is clear. He comes from a noble family, they send him cash regularly, why would he steal? Antek started to work in the workshops, earns money there, very capable guy. And he was the first victim. Certainly, beyond suspicion. As for the others, you need to ask teachers.

– Are you ready to part with a few quid to catch the thieves?

– How much? – Michał was not exactly a keen spender.

– Two local guys, you pay score each, when they do the job. Kind of evening shift.

– Score each, totals forty, OK. Do you know someone here?

– I would have been a very poor policeman indeed if I didn’t have my contacts in Bródno. I know some smart guys. They used to work in the metal factory on Szmulowizna, but after new taxes last year the workshop closed down. The dole dried up quickly and now they are in need. They wouldn’t help the police, but for me they can do the job. Now, can I talk with Edek and Julek?

– With Antek too?

– I will stick to the scouts, for now.

– As you wish, you are the boss. Those local smart guys, do they have any names?

– You shouldn’t know too much. Stasiek and Benek would suffice.

– Benek, Yid?

– A Jew – Andrzej corrected him. He hated that anti-Semitic slur.

– OK, OK. Your people, your job.

Andrzej briefed Edek and Julek. And then, in the evening, he met nearby with Stasiek and Benek. Casually, over a good mug of beer, they pratted like old friends, not like undercover agents working out the plan. But the plan it was.

Now all what was left, was to wait. Patiently. Very often the police work is mostly waiting. The most important and the most difficult policeman’s task.

Wednesday, 13th May 1925

Edek and Julek turned up on Wednesday. A solid piece of scouting work complete.

– Chief inspector, – Edek started – we followed instructions. Here we have a list of people who last week ever left the boarding school premises. All written up, what they have done and where they have gone. That is, what they have done, until we handed the pursuit over to your local folks.

The list was not too long. Antek Poświatowski and Franek Kowalski from the pre-university course, Paweł Boruc from the Ninth Form, Wojtek Łyńka from the Eight Form. Those were regulars. There were some others, but those left the school only once. Antek was seen kissing a very attractive woman. Franek waited near Kobuszewski market[11] for a college girl, nothing special. Scouts handed over Paweł and Wojtek to Benek as soon as those got deeper into Bródno nooks. Neat job.

Andrzej checked some small details and asked them to keep  watch.

Now he needed to talk with Stasiek and Benek.

They came to see him at his Ząbkowska apartment that very evening. He gave them money for the tram tickets and hosted with a rich dinner.

Thin like a willow, flaxen haired Stasiek, despite a heavily worn jacket, tried to keep up appearances, boasting red scarf and vile checked cap. However, the shoes, simply falling apart, gave away the true condition of his pocket. Andrzej spotted the size and recalled that he still had a good pair of Michał’s solid leather loafers, hand made by a pre-war cobbler, not today’s mass production. They should fit Stasiek. It would be a nice bonus for work properly done.

Benek, with his athletic posture was more impressive. He used to be a middle player with “Makabi”[12] . He dreamed of becoming a policeman, but they gave priority to ex-soldiers, and as a Jew, without patrons in the magistrate, he stood no chance of a state job. Anyway, he was the leader and prepared the brief.

Andrzej read the paper carefully.

– Thank you, chaps. Nice piece of detective work. Now I see the track leading clearly to the preparators. I still need to see them myself and better understand their plans.

– No offence old fella, but roof’s pretty steep and slippery there, we can do all that detectin’.

– You don’t get it Benek. I need to be an eyewitness; coppers will believe me. You told me that one can climb there from the backyard, correct?

– Yeah, but, mind you, no ladder . One has to be there early, ‘fore people come from the shift and wait. Very tiring.

– I’m not a gaffer yet, will manage.

– Okay, as you wish sir. If you need us, we will come in a nick.

– Thanks for that. Tomorrow’s Thursday, the day. On the morning I will check the workshops, still need to find some more details. And then at nine at Siedzibna you said?

– Yeah.

Thursday 14th May, 1925

Brodno view

A. Kupniewski drawing, 1940 – workshops including round steam engines garage, empty spaces because of 1939 war destruction

The following morning Andrzej got out of “twenyone” and turned into cobbled Palestyńska street. At the small concierge hut they checked his pass carefully and let him in. He forked right immediately. The wooden management building was somehow hidden by green branches with rich young leaves, but he didn’t stop there and followed towards red-bricked factory halls, with large windows glimmering in the spring sun. That’s where the students attended practical classes and had a chance to earn some pocket money with turning or milling. He watched people lathing bronze boiler parts, repairing copper piping. He chatted with workers and foremen. Nothing. It was only in the last workshop, which boasted an impressive view of the famous round rail engine depot, where he met the old worker who told a curious story.

– Ye ken, guv, we thought that boys ‘r nicking. Mizgalski, the ol’ watch, checked pockets. And ye ken? Had good laugh. Shaving ‘ey ‘ve, the tiny ones. Copper and bronze shavings, mere dust. For chemical, experiments, ‘ey said.

– Whooo – the whistle rung like an alarm bell. The huge, heavy, black whale of the steam engine rolled out of the depot. Old man waited until the groaning, wheezing and din subdued and continued.

– Tomfoolery. We even broomed some stuff for ‘em.

– Do you recall which ones have carried those shavings?

– Who knows ‘em all? Surely, the tall ‘un, straw hair. Director’s pet. And the small ginger ‘un. Two, three more. Plenty.

Copper shavings. Interesting. He got outside and followed the Kiejstuta exit. The pieces were falling slowly into the right places.

Piosenka Lata dwudzieste

https://www.youtube.com/watch?v=4ic3QqTrec0

At one o’clock he sat at the Popielarska’s[13] restaurant window and observed the Białołęcka street. In the back room some folks enjoyed billiards. The knocking of balls mixed with the phonograph playing “Wenn du meine Tante siehst”[14] the popularity of which popularity bordered on obsession. The hit was catchy, it was difficult to keep feet from following the foxtrot movements. He sipped the beer slowly. It was just the proper one for the warm May day. Cold, with good head, bringing the refreshment one needs after the serious brainwork. If his sources were right, he should see her in a moment.

Precisely. She came. Stunning beauty as Benek said. Birch tall, she swam through the afternoon crowd. The real queen of the suburbs. How different from those local plump and busty blondes who worked the streets. A good three inches taller. Black hair cropped short, according to the latest houte couture demands. Small mauve toque paired with short, neatly fitting mantle, which in turn dragged eyes to her perfectly shaped calves. Four inch heels. How wearing them will she negotiate the muddy Oliwska street?

Andrzej threw a nickel[15] to the waiter and jumped to cut in her way. Shoved the girl lightly, caught her hand and then started to apologise. Sincerely, kissing her hands and pratting a lot of nonsense. It has saved him time to admire her black eyes, so deep one could drown in them, tender lips, tiny dimple on the chin, and quite prominent cheek bones. Tatar’s blood. A real beauty, even if her “Shut ’up gaffer” was not on a very polite note. So that was the famous “Spear, the long one, that goes straight into your heart,” as Bródno’s men said.

So now he really knows “who”, it was just the last piece of the jigsaw to confirm “why”.

It was not that easy to get on the roof of the one storey wooden house at Siedzibna street. Fortunately, the fruit trees were in blossom and hid pretty well from the street gazers Andrzej climbing from the garden side . He got flat on the roof and lowered his invention towards the window beneath. It was not that easy to manoeuvre it inside. The rubber pipe with funnel ending was ideal for eavesdropping. It brought every sound straight to his ear. Then he waited. Minutes were passing slowly, taking hours. Watch hands moved at snail speed. In May the dusk comes only after nine. Six hours of patience. The air cooled down, dew stared to cover the roof, chimney, his face, dark clothes.

It was precisely quarter past nine. The blinking light of the street number lamp, attached as per regulation to each house, revealed Spear’s shape. One could not mistake her. With a man holding her tightly. Light hair. Tall Antek. Before getting inside, they stopped for a long, passionate kiss. A few minutes later – another short figure in the railway school uniform. And then, quite surprisingly, two broad shouldered adult males in long coats. Genuine Bródno criminals.

Doors clapped, stairs crackled under heavy steps. Then wheezing and grunting.

A harsh voice, coarse from drink, asked – You’ve got it?

– Tomorrow evening, boss. We need to shift the dust and put it into the sacks. – That was Antek.

– You’d better do. Else… – the man’s voice paused threateningly.

– No worries boss. – Spears’ deep voice joined the conversation. – Antek’s school uniform looks like real railwaymen, everyone trusts the conductor. He will guide the greedy fools to the youngster. Boy plays the soviet fugitive, selling family inheritance. He’s got that innocent look. People would buy it from the kid. They can’t resist quick profit. I will herd them. Lock, stock and barrel.

– Boss, you and Rusty better be on the watch. Else, someone may try to cut corners and get away with all the stash. It’s a good deal of money. – Antek added, trying to claim some authority.

Andrzej listened a few more minutes. He could not resist a smile. Old Warsaw trick. Almost forgotten after the war. Russian tradition. OK. He needed to move and get the cops.

He pulled the pipe slowly, inch by inch, shifting stiff muscles. And then Andrzej felt his wet clothes slipping on the roof. He pushed hands and legs apart, trying to slow down the movement. Tried to grab for something to hold on. No chance. He will land in front of the doors. Antek will recognize him and they will just vanish like smoke in the wind. Damn, he really screwed up!

That was the last flash of his mind before he landed with a heavy thud. Twenty years ago, he would have jumped up, like a spring and be ready to fight or fly. Unfortunately, he had aged, his body would not listen anymore. The left arm, the one he damaged in 1890, twisted, he screamed in pain. Doors were pushed ajar. He felt something hard hitting his head and just passed out.

A stiff kick in the ribs brought him about. He lay in wet mud. His ankles and wrist were professionally bound, thin cord cut into his skin. His head was throbbing with pain.

– Alive, old goat? – The shape bending over him oozed with stale alcohol and onions dinner. – Enjoy, the last moments of your life. Hum, hum.

Where the hell is he? Red brick wall, piles of muddy earth, crosses. Sure. Bródno Cemetery. Fitting place to kick the bucket.

– Do you hear it? – The odour of yesterday’s vodka  engulfed Andrzej again. – Rusty’s digging your grave.

Nice fella, isn’t he? – Andrzej thought – And what a stupid way to end life. In the past he managed to avoid Azeri smugglers trap, skipped Jewish pimps knives, eluded English agents in Nepal, survived weeks of Turkish artillery bombardment on the Great War front, came back safely from the land of Bolsheviks, only to be finished by a bunch of small crooks from Bródno. What a shame.

He tried to move, slowly, but the knots were done expertly. Not a chance. What he can do? He must not die now. He needs more time, more time to think. But his brain was still acting clumsy, head throbbed. Had Anisa replaced hair-thin razor blade in his sleeve?

Anisa. The thought of wife come with a pricking pain. How would she manage in the strange land? Her Polish was still not the best. Michal would not give a damn about his foster father’s second wife. She will not survive on meagre widow’s allowance.

Metal grinding the stone. Too late to do something. His pride killed him. Benek or Stasiek could have done the job. Old stubborn goats, like him, deserved to be slaughtered.

Someone whistling “Wenn du meine Tante siehst”. Oh no, not that as a funeral march, just adding insult to injury. Tall shape with spade coming from the background.

– Well, gaffer…

Swish. Scream. Loud plop of a body falling into muddy water.

– Beautiful night, chief inspector – Stasiek’s solemn voice sounded to him like an angel’s chorus.

Bright flashlight. Andrzej saw Stasiek hiding famous street gang weapon – lead ball affixed on a spring.

– You are a real meshugge[16] chief inspector. Enjoying a midnight stroll  in the graveyard? – That was Benek. Sounding very pleased with himself, he cut the ropes and helped Andrzej get up. – How’s your head, chief?

– I will survive – Zaleski replied making an effort to hide dizziness and trying to forget the throbbing headache. He slowly stretched stiff muscles, brought circulation to icy fingers. – Guys, you’ve just saved my life.

– We kept telling you chief inspector. T’was just our kinda’ work. We tried to keep an eye on you, but we had to wait until they brought you here and Rusty and Edek were alone. Otherwise we could have spoiled the trap.

They brought him to the very doors of the XXV Constabulary. He shook their hands and thanked them again. Shame such boys can’t join the police.

The young constable on the night duty was not impressed. He scrutinised Andrzej’s torn clothes and dishevelled appearance.

– How can I help you? – The constable’s voice was definitely cold.

– I need to speak to chief inspector Rylski immediately. Please put me through. Tell him that major Zaleski needs him urgently.

Major, the rank always works. The constable connected him straight away.

– Hullo, Andrzej? Is that you, old mate? Have you popped in to enjoy a night cap together? – Despite the quite ungodly hour chief inspector Rylski voice sounded cheerful.

– Unfortunately, it’s business tonight. Can you, please, come to the watch house right now?

Chief inspector Rylski listened attentively, stroking his curly grey hair and from time to time asking a pointed question.

– Unusual business, that’s true. The troupe is of course a bunch of Bródno’s usual suspects. The boss’s Black Julian, a real criminal, racket, muggings, few bodies on his account. Spear, or rather Izabella, is his ex-mistress, or as some people maintain, his current one too. Rusty, known as Rusty Messer, is keen on knifing his opponents. Your schoolboys have chosen a nasty company. We must act at once; you never know how long they will survive. You said that the ingredients alone are worth almost six hundred and that they hoped to sell the stuff for at least three thousand? If so, Black Julian is not the one to share such spoils.

– Fine, let’s get to the job.

– Sorry Andrzej. We are the ones to do the job. That is what the State Police is for. You will go home and stay in bed. Cure your head. The horse cab is waiting.

He tried to dispute, but when he got up the dizziness took over and the young constable had to help him into the cab. Andrzej only begged Rylski not to reveal anything about his ordeal to Anisa. If she ever learned about the risk he took, of the near-death experience, she would go berserk.

At home Anise was clearly shaken, but somehow believed his story that included bruises, fall, but excluded the whole cemetery scene. She was cross, but uttered no word. Instead she took care of his arm, applied some poultice onto his head bump. She made him drink a vile concoction, bitter from willow bark, lemon sour and smelling of oriental herbs. Andrzej didn’t even recall ending up in bed.

Wednesday 15th May, 1925

He woke up close to ten. Drank a hearty bullion brought by Anise. The pain in his head and arm abated. He picked up the phone and dialled the number.

– I’d like to talk with attorney Adam Broch. Andrzej Zaleski speaking.

Hearing Andrzej’s name the young voice chipped in.

– Sir major, what a nice surprise! What poor Adam can do for his benefactor?

Adam might be joking, but he really owed Andrzej one. If not for Zaleski’s skills, Adam’s father would have ended up on gallows. Back in 1890, famous Jewish attorney Leon Broch was accused of murders, and wouldn’t have been cleared without Andrzej’s detecting skills. Zaleski never used that link, but now it was proper time to ask for a small favour.

– Yeah, sure, interesting chap. – Adam Broch listened to Benek’s story. – Let me talk with councillor Saidenman, my dear Zionist friend. He’s a big fish in the Jewish council. Saidenman can be persuaded to bend some rules, for a worthwhile cause. That Benek of yours sounds exactly the type of brave and clever guy we need in our Jewish Watch.

– I thought so. – Andrzej happily tapped his moustache and smiled to Anisa. Maybe the Jewish Watch is not the State Police, but it’s a reputable institution. And pays the bills.

They chatted a few more minutes and agreed to meet for a dinner in “Simon and Stecki” restaurant, which recently brought a new chef and for the last thirty years consistently poured the best wines in Warsaw.

It was afternoon already, when Andrzej, arm wrapped securely under the shirt, wrists healing rapidly, came to the Michał’s office. His son did not even notice father’s injuries.

– Can you tell me, what this was all about? – Michał was pacing impatiently.

– The old sting, one that comes from Empire’s time. They pretend to sell gold sand. Volume and weight right, in proper sacks, with bank seals. But in the sack, under a layer of gold, one finds a mix of bronze and copper dust. The sacks could be original, from the Russia Imperial Bank. Many have fallen foul of such treachery. To buy gold sand, half price. Times are hectic, people are afraid about the new złoty, of the return of inflation. They are looking for safe investment. Scoundrels spin kind of story that brings tears to your eyes and sounds plausible. Young orphan, fugitive from the Soviets, sells what his parents left him, the remains of a family fortune. Nice Polish railway man helps him, just arranging, out of pity and good soul. People get attracted, easy prey, easy money. That is why boys were stealing gold, and money, to buy gold. They wanted pure gold for the upper layer. Had I known about those copper shavings at once, I could have resolved it myself.

– It is so hard to believe that Antek was the perpetrator. Such a good noble family. Real patriots. They kept sending him good money. I was ready to swear his innocence. – Michał grappled his fingers and rubbed hands nervously.

– Well, love is the answer. Antek’s fallen in love with beautiful Izabella, known as Spear, a real heart eater. She’s got him wrapped around her finger. First, she sucked all the money the family sent, and whatever he earned in the workshops. Her love is expensive. Do you know how much the mantle of hers is? Two hundred at least. When he was broke, she was ready to throw him away. Then he came up with the idea and found Wojtek Łyńko, a poor chap with quick fingers. Antek promised Wojtek a good share. “We will divide in three, there is a grand for you”. A thousand in cash, a fortune for a fifteen year old. They trained together and became quite skilled. Benek saw Wojtek nicking a wallet from a railway civil servant.

– What?! – Michał reddened with anger – He stole a wallet, in broad daylight, on a street?

– Not really. He put it back in the chap’s other pocket. He did it for fun, a childish prank. Wojtek has really nifty fingers. The plan was relatively simple. Gold. Money spent on gold, all turned to powder. Copper shavings dusted on the bottom. Love can be blind, but made Antek’s brain work hard.

– What will happen to the boys?

– I know chief inspector Rylski well. He will give the boys some chance to make up. Your fellows are frightened to death, they now work with the police. Helped to get back the gold and what’s left of money. The judge can be lenient. It can be a workhouse, not a real jail. A short sentence, for cooperation and repentance. Not serving among the worst criminals.

– I really pity Antek, such an able guy, wasted just because of the girl.

– I see it differently, Michał – Andrzej wasn’t ready to agree. – No one forced him to steal from his colleagues. A harsh lesson now, when he’s still young, can be beneficial. And his family is well off, they will forgive him and dig him out from that mire. At least Miss Janina will get her bracelet back. I saw it when I kissed Spear’s hand. Your Antek decided to carve out that personal gift for his lover. Wojtek, who’d actually done the job, was not even aware. However, it is Wojtek who deserves your pity. He will be left alone to deal with his criminal record. For such a kid from a poor family, the railway school was a true chance for better life. With his able fingers, he could became a master mechanic. Now, without family or state help, he will end up somewhere in the slums.

– You are right, father. Neither the state nor family would help Wojtek. However, we can. It is worth investing a few hundreds in Wojtek’s future. – Michał reached for the phone receiver. – Miss Janina, please put me through to mister Śmiarowski. – He covered the mouthpiece and winked to his father, adding in stage whisper – You of course know attorney Śmiarowski? Not is not just the star of the Warsaw’s bar association, but a highly regarded member of parliament. In Warsaw’s courts of law his word is the law. I work only with the best.

Andrzej stared at his son, not quite believing his eyes and ears.

 

Historical & Geographical note

Praga map with places indexThe story is set in the interwar period, in Warsaw’s district of Praga. Meaning “right side” or “the right bank” Praga was Warsaw’s East London equivalent. Except for a few prestigious streets (Targowa [literally meaning trade street], Ząbkowska) it was a very much run down neighbourhood, with densely occupied lodging houses and Russian-time wooden buildings prevailing on the north (Bródno). With inhabitants poorer than the rest of the city, mostly working class, it was the heart of Warsaw transport, trade and industry. It also developed a very strong criminal class. Police control was token and focused on fighting communists and trade unions.

Praga maintained a strong sense of identity, it’s own dialect (which survived until 70’s) and boasted significant Jewish population, amalgamated among other inhabitants. Praga’s citizens enjoyed East Enders-like reputation. The story is accompanied by additional explanatory endnotes. British Police Ranks have been used.

The curious reader will find to the right a Praga & Bródno Map from 1924 with places that are mentioned in the story marked.

The author wants to thank the British Council colleagues for help in polishing this translation.

Footnotes:

[1] Legions – the ex Austro-Hungarian Polish regiments commanded by Józef Piłsudski, they refused to swear allegiance to Germany at the end of 1916 and were largely interned. Haller’s army – Polish soldiers serving on Russian Empire side, who fled to newly formed Poland after the revolution, commanded by nationalist gen. Haller. Zaleski of course fought during the Great War on the Russian Empire side too. Red-green was the flag of Russian Socialist Revolutionary Party (Eser), who fought against Bolsheviks.

[2] Highest Polish military achievement decoration (https://en.wikipedia.org/wiki/Virtuti_Militari)

[3] ZLN – the Polish nationalist party, ruling in the right-wing government from 1923. They were Piłsudski’s political opponents.

[4] For the fiction purposes the school opening was brought forward from 1927 to 1924.

[5] Prior to World War I, Poland was partitioned between Russia, Germany and Austro-Hungarian Empires.

[6] The monetary reform in 1924 replaced Polish Mark with new currency Złoty. It also increased taxes and brought budgetary balance with big spending cuts.

[7] Modern-day equivalent of £5000.

[8] Schicht cosmetic factory was opened in Praga on Szwedzka street in 1921

[9] (latin) Operating mode

[10] (latin) Opportunity makes a chief

[11] Local interwar market, run by Edward Kobuszewski – the famous Polish actor’s father.

[12] Makabi – leading Jewish sport club in interwar Warsaw

[13] Real restaurant with billiard pool in the interwar Bródno

[14] https://www.youtube.com/watch?v=5jmhiVYWnuo the Polish version adapted by the local cabaret, become an instant hit in the interwar Warsaw

[15] Here used as a coin. A beer in pre-war Warsaw was approx. 30 groszy. One złoty equals 100 groszy.

[16] Crazy in Yiddish

 

Cmentarz Żydowski na Bródnie, 18 Kislev 5651 / 30 listopada 1890

Fajwer Krysal z Chewra Kadisza[1] obrócił się w stronę okutanego w futro mężczyzny i z szacunkiem wskazał na główną aleję cmentarną.

– Pozwolicie reb Broches. Sto metrów dalej mamy świetne miejsce, niedaleko reb Zbytkowera[2], w sam raz na miejsce spoczynku małżonki waszej miłości.

Mecenas Leon Broch zmrużył poczerwieniałe od łez i mrozu oczy. Nacisnął na głowę bobrową czapę.

Koledzy z palestry kręcili głowami. Żeby żonę porządnego Żyda chować na Bródnie? Toż to cmentarz dla biedaków. Ale mecenas miał swoje zasady. Od dwudziesty lat wspomagał tutejszą Chewra Kadisza hojnymi datkami, miał swój udział w remoncie domu pogrzebowego, zapłacił za jedną z nowych studni artezyjskich, przynajmniej połowa drzew wzdłuż głównej alei zawdzięczała swoje życie funduszom Leona Brocha. To było jego miejsce. Tu chciał leżeć, wraz ze swoją rodziną. Zresztą Praga rozwijała się błyskawicznie, rodacy inwestowali w przemysł i domy, a tacy jak on pociągali za sznurki w magistracie, aby Ratusz o niej nie zapomniał. Bulwaru jakim była Targowa nie powstydziłby się i sam Piter. Więc dlaczego on miałby się wstydzić spoczynku na Bródnie? Szczególnie, że to wszak dzięki i jego staraniem cmentarz znalazł się w tym roku w granicach miasta.

Przez lata myślał, że młodsza o siedemnaście lat Sara przeżyje go i nawet w ostatnim roku naszkicował jej swój nagrobek. Klarował co i jak. A tu przyszła zimowa gorączka i młoda jeszcze żona zeszła w tydzień. Bóg tak chciał.

Teraz przyjdzie ją pochować, tu jako pierwszą z rodu Brochów. Nie jakiś tam Brochesów, dorobkiewiczów z kujawskiego. Lecz starego Fajwera nie poprawiał. Znali się od tylu lat. Jeszcze z czasów zaraz po powstaniu, gdy syn włocławskiego kupca Lejb Broches przybył do Warszawy terminować w kancelarii prawnej.

Tak po prawdzie, to pomocy Fajwera w wyborze miejsca nie potrzebował. Sam dawno wybrał to niedaleko Rozalii Lowenstein, suchą kwaterę na górce. Pod jednym z „jego” drzew.

– Prowadźcie szybciej, bo ziąb dziś okrutny.

Ruszyli zaśnieżoną aleją. Dwóch pomocników z Chawera Kadisza w czarnych chałatach dreptało krok z tyłu. Raz by okazać szacunek, dwa by móc kląć po cichu na niespodziewaną wizytę mecenasa, a wszak czekały na nich trzy rodziny biedaków, szlochających przed dzisiejszymi pochówkami, i tylu innych, którym było spieszno zdążyć przed Chanuką.

W dwie minuty byli na miejscu. Leon Broch rozejrzał się z zadowoleniem. Właśnie to miejsce. Stąd w sądny dzień będzie mógł ruszyć najkrótszą drogą ku Jerozolimie.

Wiewiórka skoczyła z gałęzi na gałąź i niewielka czapa śniegu pofrunęła w dół, wprost za kołnierz mecenasa. Ten wzdrygnął się gwałtownie, odskoczył w prawo i wtedy jego wzrok trafił na niespodziewany widok.

– Fajwer, widzicie to co ja? Skąd to się tu wzięło?

Nadzorca cmentarza podążył we wskazanym kierunku i zawołał półgłosem.

– Reb Broches, niech pan tu lepiej podejdzie.

Zza krzaka wystawała stopa. Stopa w eleganckim pantoflu. A za krzakiem spoczywał dalszy ciąg tej stopy, półnaga postać młodej dziewczyny, lekko przyprószona świeżym śniegiem, a delikatne strużki krwi z jej rąk i boku zakrzepły w niewielkie plamy.

– Niczego nie dotykajcie Fajwer. – Mecenas obrócił się do posługaczy. – Prędko, lećcie na dworzec po żandarmów.

Trup. Na żydowskim cmentarzu. Chrześcijański, bez wątpienia. Siedemnastoletnią Katarzynę Mazurek mecenas Broch znał wszak doskonale. Nie miał pojęcia skąd tu się wzięła, ale doskonale wiedział co jej ciało oznaczało. Kłopoty. Kłopoty dla niego i dla całej Gminy.

Kolej Nadwiślańska, 30 listopada 1890

Sanie dorożki zatrzymały się na samym końcu Sierakowskiej. Oficer rzucił woźnicy monetę i wyszedł na plac pod głównym podjazdem. Długie ściany dworca Kowelskiego[3] ciągle błyszczały świeżym drewnem. Misternie rzeźbiona arkada podparta na żelaznych słupach osłaniała wejście.

Andrzej Zaleski przeszedł przez nową salę biletową, niedbale odsalutował kontrolerowi i schronił się przed drobnym śniegiem pod dachem peronu. Przestępując z nogi na nogę czekał na roboczą drezynę parową, co zgodnie z ustaleniami ponieść go miała wprost na dworzec Praga.

Po chwili dołączyło na peron czterech kolejarzy. Trzymali się z boku i z ukosa zerkali na błękitny żandarmski mundur. Wyraźnie nie w smak była im podróż z nadzorem. Skręcili papierosy z podłej machorki i spluwali ukradkiem.

Lecz Andrzej myślami był już na Pradze i cieszył się na samą myśl o odwiedzeniu warsztatów kolejowych. Uwielbiał atmosferę pracy na kolei. A już warsztaty na Pradze miały dla niego ten szczególny urok. Nowe widne hale, sufity podparte odlewanymi słupami z fantazyjnie wygiętymi podporami, ustawione na deskach maszyny, wiszące silniki. Robotnicy ubrani w pracy nie gorzej niż mundurowi policjanci. Zapach smaru, kutego metalu, gwizd parowozów. Lubił zaglądać do remontowanych wagonów, podziwiać jak starannie dobierane są poszczególne elementy, cieszył oko lśniącym mosiądzem. Może było w tym coś z dziecięcej fascynacji cudem kolei, symbolu nowoczesności i postępu. Może podziw dla sztuki inżynieryjnej, którą opanowano w krótkim czasie i która stała się motorem rozwoju Królestwa.

W kłębach pary podtoczył się niewielki wagonik. Na platformie dwóch kolejarzy dzierżyło znane tylko robotnikom kolejowym narzędzia, w środku siedział już stary wagonowy. Kapitan chwycił lśniącą mosiężną klamkę i otworzył drzwi. Widząc błękitny mundur żandarmski stary odsunął się jak od zapowietrzonego. Andrzej rozsiadł się na polerowanym drewnianym siedzeniu, przodem do kierunku jazdy. Zawiadowca machnął chorągiewką, rozległ się przenikliwy gwizd i ruszyli.

Nie upłynęło nawet piętnaście minut, gdy pojazd wjechał na peron dworca Praga. Za elegancką drewnianą konstrukcją piętrzyły się czerwone mury warowni Fortu Śliwice[4].

– Witajcie Andriej Stanisławowicz – Zamachał do niego żandarm kolejowy, ubrany w czarny mundur z naszywkami sztabskapitana.

– Witajcie Stiepan Aleksandrowicz, cieszę się że znów was widzę.

Sztabskapitan chwycił Andrzeja pod ramię, okręcił wokół osi i świsnął z podziwem.

– O przepraszam, wasze wysokobłagorodie, zapomniałem o waszym blestiaszczym[5] awansie. Świetnie wyglądacie w tym mundurze. Mam nadzieję, że wasze wysokobłagarodije wybaczy mi nie oddanie salutu. – Podstarzała twarz żandarma kolejowego zmarszczyła się wesoło.

– Stiepan Aleksandrowicz, gdyby nie wasza mądrość i nauki, to młody podporucznik spod Białaczowa nie przeżyłby w Warszawie i tygodnia. To wy zawsze dla mnie będziecie starsi rangą i wzorem pracy w policji.

– Eh, było minęło. Zapomniałem już jak to było prowadzić śledztwo poza światem kolei. I nawet nie myślę o tym by opuścić żelieznodorożnoje carstwo[6]. Teraz to całe moje życie.

Obaj mężczyźni weszli do budynku dworca i skręcili w stronę poczekani pierwszej klasy. Usiedli wygodnie tuż obok lśniącego mosiądzem bufetu z dwuwiadrowym[7] brzuchatym samowarem.

– Nawet nie wiecie, jak chciałem się z wami zobaczyć Stiepan Aleksandrowicz. Niby tylko piętnaście miesięcy, a zda się inna epoka.

– Jak to wasi mawiają, sporo wody w Wiśle upłynęło, choć to u was zaszło więcej zmian niż u mnie. Ja po staremu tłukę się na kolejowym szlaku. Tylko co z Kolei Transkaspijskiej[8] wróciłem. Z basmaczami walczyć musieliśmy. Lotne brygady potworzyć. Niełatwo się cywilizuje nasz Turkiestan[9], dla koczownika pociąg to jak karawana, skrzynia z łupem na kołach. Sami rozumiecie, mamy prawie dwadzieścia tysięcy wiorst dróg żelaznych. Pół ziemi opasać można. Jest czego pilnować, do emerytury mam zajęcie.

– Jak pamiętacie Stiepan Aleksandrowicz kolej zawsze mnie fascynowała. Mam nadzieję nie tylko pogawędzić, ale też że pokażecie mi również kawałek swojego wspaniałego królestwa. – Powiedział Andrzej dmuchając na filiżankę gorącej herbaty.

Stary siorbnął długi łyk herbaty i przegryzł łupinką cukru.

– Przejdziemy się na Cmentarz Bródzieński i jak czas pozwoli, to zaprowadzę was potem do lokomotywowni. Widzieliście ją? Prawdziwa, okrągła, z obrotnicą. Tam bije serce Kolei Nadwiślańskich i całego węzła Warszawskiego.

– Na cmentarz?

– Dziś ostatni listopada, trzy lata minęło od śmierci Jana Filipowicza.

Kapitan poczuł jak rumieniec wstydu wypływa mu na policzki. Jak mógł zapomnieć o radcy Mościckim? Ojczulek Jan, jak go nazywali. Mistrz i opiekun, uważany za jedynego sprawiedliwego w warszawskiej policji za niesławnych rządów Buturlina[10]. Odszedł na emeryturę cztery lata temu, kupił niewielki folwarczek na Bródnie, miał uprawiać ukochane tulipany i sczezł w ciągu roku. Bezczynność go zabiła. Faktycznie leżał tu, na nowiutkim Cmentarzu Bródzieńskim[11]. A dziś przypada rocznica śmierci. Pokłonić się prochom ojczulka wypadało.

– Wybaczcie Stiepan Aleksandrowicz, zupełnie zapomniałem.

– Tak, tak, wielki świat. Nikt od sławnego Andrzeja Zaleskiego nie wymaga by pamiętał o jakimś dawno zmarłym starym dziadzie. – Sztabskapitan puścił oko. – No wypijmy po jednym i idziemy.

Machnął rękę na eleganckiego bufetowego, który podsunął im dwa rżnięte kieliszki i nalał angielskiej wódki.

Wypili. Andrzej rzucił politnika i machnął ręką. Wyszli na peron nie czekając na resztę. Przedostali się na drugą stronę torów. Tu przez pola wiodła ledwo wydeptana droga.

– Mamy sanie? – zapytał Andrzej.

– Odetchnąć świeżym powietrzem dobrze mi zrobi, rozruszam stare kości. – Pokręcił głową Stiepan i ślizgając się po śniegu ruszyli przez pola w kierunku porośniętych nędznymi sosenkami wydm Cmentarza Bródzieńskiego.

Ledwo minęli po lewej nowe budynki kolejowe, gdy zerwał się wiatr i robiło się coraz chłodniej, dobrze, że po tej stronie Wisły nie padało. Andrzej zaciągnął mocniej poły płaszcza. Płaszcza, który zupełnie nieregulaminowo, acz w sposób nie widoczny dla laika, mistrz kuśnierski podbił mu mięciutkimi futerkami zajęczymi zapewniając rozkoszne ciepło. Szli milcząc, pochłonięci wspomnieniami. Nagle za nimi, od strony dworca pokazały się sanie, zabrzęczały dzwonki na uprzęży koni.

Od stacji pędziły sanie.

– Ależ to kapitan Zaleski, co za zbieg okoliczności! – Zabrzmiał tubalny głos. – Wasze wysokobłagorodie, mamy sprawę u Żydów, zabójstwo na ich cmentarzu. Może wasza wysokość się z nami zabierze? Ach i sztabskapitan Sierow! Prosimy bardzo!

Z sań wychylił się żandarm, i gestem zaprosił do środka.

– Na cmentarzu żydowskim? Co za licho? Dobra pojedziemy. – Zarządził kapitan.

– Ja nie jadę. – Twardo uciął żandarm kolejowy. – To wasz teren Andriej Stanisławowicz, ja tylko pętać się będę. Jana Filipowicza tylko dziś odwiedzić mogę, bo jutro muszę jechać do Mławy. Na was, Andriej Stanisławowicz, nasz ojczulek wszak poczeka.

– Taka służba Stiepan Aleksandrowicz. Pójdziemy razem, jak znad granicy wracać będziecie.

– Jak Bóg da. Kto wie co przyszłość przyniesie? Na granicy bywa różnie. Przemytnicy i u was, w Przywiślańskim Kraju, nie żartują. No, ale lećcie już do tego waszego nieboszczyka, bo wam go jeszcze Żydzi na macę wykradną.

Andrzej skrzywił się. Drażniły go stare antysemickie żarty. Pokiwał więc tylko przyjacielowi dłonią i sanie ruszyły w kierunku muru i bramy cmentarza żydowskiego.

Bródno, 30 listopada 1890

Żandarm w saniach to był starszy filer Michaił Ilicz Potapow. Andrzej poznał go niedawno, na pierwszej odprawie po swoim awansie. Potapow był doświadczonym policjantem i mówiono, że ma rozległą siatkę informatorów w kręgach rzemieślniczych i wśród praskich handlarzy. Chętnie współpracowali z nim też żandarmi wojskowi, co przy ogromnej liczbie stacjonującego na Pradze wojska miało niemałe znaczenie.

Pod bramę podjechali z rozpędem, mało nie wbijając się w kłębiący się tłumek żydowskiej biedoty.

Wyskoczyli z sań i od razu skierowali się w stronę postaci w bobrowej czapie, jak domyślili się, najważniejszej wśród zebranych osoby.

– Ah, kapitan Zaleski – zawołał mężczyzna – cóż za szczęście, że to wasze wysokobłagorodie raczył przybyć, paskudna sprawa.

Po jesiennych publikacjach w prasie twarz kapitana była znana powszechnie. Andrzej podszedł bliżej. Mężczyzna wyciągnął rękę.

– Leon Joselewicz Broch, adwokat – przedstawił się.

– Andrzej Stanisławowicz Zaleski, żandarmeria. Bardzo mi miło, pomimo okoliczności. Wiele o panu mecenasie słyszałem. – Powiedział Andrzej ściskając dłoń. O wiele silniejszą i bardziej kościstą, niż można by się spodziewać po kancelaryjnym prawniku.

– Mam nadzieję, że nie samych oszczerstw niezadowolonych prokuratorów?

– Raczej o pańskiej społecznej działalności na Pradze, mecenasie. Ale cóż, nie traćmy czasu na mrozie. Co my tu mamy?

– Dziewczyna, młoda, sądząc z włosów i urody chrześcijanka. Zamordowana chyba gdzie indziej i porzucona tu, na cmentarzu.

– Oho, daleko idące wnioski panie mecenasie. Z czego pan to wnosi?

– Nie znam się na tym, ale zwykle półnagie dziewczyny nie biegają po śniegu w cienkich pantoflach.

– Różne rzeczy się widuje, ale niech pan prowadzi do trupa i po drodze opowie mi wszystko.

Obejrzał się w kierunku filera.

– Potapow, przesłuchajcie no pracowników cmentarnych i spiszcie wszystko co wiedzą.

– Wedle rozkazu wasze wysokobłagorodie.

Zaleski i Broch ruszyli aleją pod szpalerem ośnieżonych drzew w kierunku wzniesienia w centralnej części cmentarza.

– No więc, co pan tu robi w niedzielny poranek, mecenasie?

– Miejsce na pochówek żony przyszedłem wyznaczyć. W środę będziemy chować Sarę.

– Och, moje najszczersze kondolencje. Nie wiedziałem. Choroba? Wypadek?

– Gorączka zimowa kapitanie. Nikt się nie spodziewał, dopiero trzydziesty drugi rok jej szedł. Trójkę dzieciaków osierociła. Najstarsza Lea, ma ledwie osiem lat, wyręki z niej żadnej jeszcze nie będzie.

Andrzej pokiwał głową. Trzydzieści dwa lata. Gorączka zimowa. Więc raczej mecenas nie pozbył się podstarzałej żony. Cholera, przeklęte policyjne spojrzenie na świat, przecież nie o żonę Brocha tu chodzi, lecz o trupa jakiejś dziewczyny znalezionej na cmentarzu. Czemu dopatruje się związku, którego pewnie nie ma? Jednak z drugiej strony, czy to na pewno przypadek, że zwłoki młodej panienki odkrył właśnie adwokat? Na razie myśl odłożył do szufladki w głowie oznaczonej etykietą, „przejrzeć i jak niepotrzebne zapomnieć”.

 

[1] Chawera Kadisza (jid.) – Święte Bractwo, żydowskie towarzystwo pogrzebowe.

[2] Szmul Zbytkower – 1721-1801, najsłynniejszy żydowski obywatel Pragi, ogromnie zasłużony w XVIII wieku dla jej rozwoju, od jego imienia jest nazwa „Szmulowizna”. Fundator Cmentarza Żydowskiego na Bródnie.

[3] Dworzec Kowelski – nowy dworzec Kolei Nadwiślańskich otwarty w 1880, mniej więcej w tym miejscu znajduje się dzisiejszy Dworca Gdańskiego.

[4] Jeden z okalających Warszawę fortów carskich, zlokalizowany nad Wisłą na Bródnie. Ze względu na owe fortyfikacje na Bródnie nie wolno było wznosić budynków murowanych by nie przesłaniać pola ostrzału.

[5] Blestiaszczy (ros.) – imponujący, dosł. błyszczący

[6] Żelieznodorożnoje… (ros) – królestwo kolei żelaznych.

[7] Wiadro – dawna rosyjska miara objętości, ok 12,3 litra.

[8] Kolej Transkaspijska – budowana od 1880 roku kolej łącząca w 1890 Samarkandę i Bucharę z nadkaspijskim portem Kransowodsk (obecnie Turkmenbaszy w Turkmenistanie)

[9] Turkiestan (ros.) – nazwa regionu obejmującego dzisiejszy Uzbekistan, Turkmenistan i Kazachstan

[10] Nikołaj Buturlin, nieślubny syn cara Aleksandra II, oberpolicmajster Warszawy do 1884 roku, znany z korupcji i konszachtów z przestępcami.

[11] Cmentarz Bródzieński (Bródnowski) został formalnie otwarty w 1884 roku.

Gwiazdka Maurycego

Wtorek, 23 grudnia 1890, 16:30

Jutro Wigilia. Pomyślał  Andrzej Zaleski, gdy przed wejściem do bramy oskrobał buty z zimowej brei i schronił się w elegancko wykafelkowanym przejściu jasno oświetlonym gazową lampą. Dobiegające z podwórza pogwizdywanie „Nie zawracaj kontrafałdy” umilkło i okutana w kożuch sylwetka stróża pojawiła się od strony podwórka.

Cieć błyskawicznie poznał kapitana, ceremonialnie zdjął czapkę i głośno zawołał

– Witam w domu wasze wysokobłagorodie!

– Witam, panie Maciejak – odpowiedział Andrzej i starannie odsalutował. Nigdy nie nazywał stróża „Józefem” jak wszyscy w kamienicy. Uważał, że ludziom prostym należy się szacunek i oni potrafią to docenić. – Roboty widzę, ma pan dziś huk.

– Oj, nawaliło śniegu wasze wysokobłagorodie, ale nie z taką zimą człek sobie radził. – Odparł spokojnie stróż i znacząco podniósł potężną szuflę, po czym wrócił do przerwanego uprzątania podwórza.

Andrzej już miał skręcić do klatki i paradnych schodów, gdy nagle poczuł nieodparte wrażenie, że ktoś mu się przypatruje. Rozejrzał się – nikogo. Aż wyjrzał na ulicę – pusto. Wrócił do bramy i znowu to wrażenie. Czyjeś spojrzenie niemal świdrowało go na wylot. Spojrzał w głąb podwórza. Na murze, w samym rogu, od posesji po stronie Pańskiej siedział wielki kot.

Kawowo-mleczny, potężny. To on wpatrywał się z w niego fioletowawymi oczami. Kapitan widywał takie koty na wschodzie, ponoć przywożono je aż z Syjamu, ale ten był ze dwa razy większy i puchaty, niczym żbik.

Podszedł kilka kroków.

– Co się mi tak przypatrujesz stary? Posesji pilnujesz? Dobrze, dobrze. Mnie tu przebywać wolno, od frontu na drugim piętrze mieszkam. Chyba żeśmy się już gdzieś widzieli. – Uśmiechnął się do zwierzaka.

Kot lekko kiwnął głową, otworzył szeroko czerwoną paszczę i ziewnął, po czym z ogromnym zainteresowaniem zabrał się do zlizywania płatków śniegu z prawego boku.

– No tak, widzę, że dziś sobie nie pogadamy. – Powiedział Andrzej, zawrócił i ruszył na górę do domu. Alina pewnie czeka z obiadem, a dziś miała być sztukamięs z chrzanem. Wczoraj widział wielką kość szpikową, starannie pociętą w grube plastry. Na samą myśl kapitanowi aż zaburczało w brzuchu.

Wtorek, 23 grudnia 1890, 15:32

– A więc taki jest ów słynny kapitan Andrzej Zaleski. – Pomyślałem. – Niczego sobie jak na człowieka.

Obserwowałem go już od miesiąca, gdy tylko objąłem podwórko przy Mariańskiej. Stary Tygrys koniecznie chciał, żebym go poznał. Kapitan to ważna osobistość w kamienicy, ważniejszy nawet do zajmującego pierwsze piętro radcy z magistratu. Zasłużony i ponoć jak na salcesona[1] porządny. Oczywiście dla nas nie tak ważny jak wąsaty Miotlarz, z którym szybko się zaprzyjaźniłem. Bo w końcu nie każdemu psu na imię Burek. Tutejszy stróż rozumiał, że my, koty jesteśmy niezbędne by uchronić dom przed plagą szczurów lub myszy.

Temu całemu Zaleskiemu przyjrzałem się dobrze, gdy chadzał do piwnicy. Nigdy nie podniósł głosu na kota, nawet schylał się by pogłaskać dzieciaki Lizy. Przynosił in śledziowe łebki. Może faktycznie jest lepszy niż zwykły Gwizdkowy? Kapitan ma w piwnicy dziwny pokój pełen tajemniczych urządzeń, na których wyrabia jakieś wygibasy. Śmiesznie wtedy wygląda, choć z takiego huśtania u niego na linie to nawet sam skorzystałem. Fajne.

W ogóle dom robił dobre wrażenie i Tygrys wyraźnie niechętnie mi go przekazywał. Lecz był już stary, ledwo łapami powłóczył i gdyby nie myszy, które znosiła mu Łatka, dawno by zdechł z głodu. A jak wiadomo, każdy dom potrzebuje swojego kociego opiekuna, a dla mnie kolejna kamienica nie stanowiła problemu. Mariańska i sąsiednie posesje – przy Pańskiej i przy Twardej, to było teraz moje królestwo. Porządna dzielnica, nie jakaś dzicz po drugiej stronie Leszna. Tam porządny kot wolał się nie zapuszczać.

Tak więc objąłem Mariańską 4 wraz z jej kocim przychówkiem – Łatką i Lizą, kocimi damami, Rysiem, największym ale i najbardziej fajtłapowatym kotem, jakiego kiedykolwiek spotkałem, Małym Kotem, zwinnym jednoroczniakiem i siódemką urodzonego latem kociego drobiazgu– bratem i siostrą czarnymi jak smoła, czwórką wesołych chłopaków burasków i niezwykłą trzykolorową łaciatką, zwaną nie wiadomo czemu Luną.

Właśnie skończyłem kolejny obchód. Szła zima i domu pilnować trzeba. Na pierwszym piętrze za oknem wisiały dwa zające, na trzecim, u starego zatabaczonego kawalera, wielki bażant i dwie kuropatwy, wszystkie skrzynie za oknami aż pachniały od wędzonych boczków, kiełbas, szynek, a w oficynach i na poddaszach od połci słoniny. Takie zapasy ściągały nie tylko wredne szczurzyska, które i po gzymsach wędrować potrafiły. Odpędzać trzeba i łakome wrony i sroki, ba nawet małe sikory funt masła, gdy niezabezpieczony, w noc wydziobać potrafią. A pojawiały się i wędrowne kocury, co swojego domu nie mają i potrafiły tu przyplątać się aż gdzieś z Woli. Hołota bez wychowania. Kot domowy pilnować wszystkiego musi, to poważna praca.

– Melduję, że wszystko w porządku. – Jak duch pojawił się przede mną biały kształt Małego Kota.

– Sprawdziłeś śmietnik i przejście na podwórko od Ciepłej? – Upewniłem się.

Mały Kot energicznie skinął łebkiem.

Musiałem uważać. Nawet nie uwierzycie, gdy opowiem wam, co mnie wczoraj spotkało.

Poniedziałek, 22 grudnia 1890, 17:40

Siedziałem u siebie na strychu. Pilnowanie suszącego się prania przed pajęczarzami nie należy oczywiście do kocich obowiązków. Od tego są Miotlarze i Gwizdkowi. Ale Mariańska dwa to mój dom rodzinny. Tutaj się urodziłem i tu, po naukach kocich strażników, które pobierałem przy Gościnnym Dworze u samego słynnego kociego mistrza Bonifacego, powróciłem, aby objąć pierwsze podwórko. Dlatego przy okazji pilnowałem i strychu.

Pomyślcie sobie jak to jest. Śpisz spokojnie, nagle słyszysz delikatne kroki po ławie kominiarskiej. Klapa dachowa unosi się bez jednego skrzypnięcia. Do środka wskakuje osobnik z wielkim worem i umazaną sadzami twarzą. A ty już prężysz się na belce pod sufitem. Jeden skok i z bojowym okrzykiem lądujesz na głowie amatorowi kradzieży pościeli i bielizny. Pazurami orzesz mu czoło. Ten wrzeszczy. Miotlarz się budzi, pędzi zasapany po schodach chwytać złodziejaszka. A pajęczarz wieje gdzie pieprz rośnie.

Lecz wczorajszy wieczór był spokojny. Gosposie z zakupami dawno wróciły do domu. Nieustanny potok obnośnych handlarzy, druciarzy, ostrzących noże, skupujących szmaty i przeróżnych indywiduów oferujących świąteczne ozdoby rozpłynął się w ciemnościach. Okna frontowych mieszkań płonęły gazowym blaskiem, państwo siadali do wieczerzy. Do mieszkań w oficynie powracali sklepikarze i rzemieślnicy. Z sutereny dobiegał warkot maszyny krawieckiej Klimontowej, a mistrz Tępiński właśnie zamykał swój warsztat introligatorski. Na podwórku panował typowy przedświąteczny pośpiech. Inżynier kolejowy Kowalski dźwigał wielki snopek siana. Wszystko na jutrzejszą wigilię. Z kuchennych okien buchała para, a zapach kapusty i grzybów wypełniał podwórze.

Elegancka pani mecenasowa z pierwszego piętra wychodziła właśnie z córkami na kiermasz dobroczynny. Wrócą za dwie godziny z lokajem objuczonym pudłami i upominkami. Ale co to? Już miałem zwinąć się drzemki, gdy ujrzałem ruch w kącie podwórza. Kitek!

Kitek był niegdyś przemiłym kotem, takim co tylko głaskać i bawić się. Trwało to do czasu jak uprzedniej wiosny chłopaki przywiązali mu pęcherz z grochem do ogona. Łobuzy, zabawę sobie znaleźli.

Kot, biedaczysko. Zaczął biegać jak szalony. Próbowałem go zatrzymać, w końcu nauczono mnie, jak uwalniać zwierzęta z takich pułapek, lecz on nic. Latał, wił się, miauczał, pędził przez okoliczne podwórka. Żebyście słyszeli te świdrujące wrzaski i płacz. Zaś chłopaki skręcali się ze śmiechu. W końcu skoczył na płot i pęcherz uwiązł między sztachetami. Szarpnął raz, drugi, trzeci i o ostry kant ogonek ciach, na pół. Został mu tylko krótka kitka, stąd i imię. Kitek po tym zdziczał, podejść do niego nie można, zadaje się z podejrzanymi typami. Nie widziałem go od tego czasu i na sam widok otworzyłem czujnie oczy.

Kitek rozglądał się po podwórku, po czym wskoczył na murek i przyczaił się w kącie. Coś się szykowało.

Zabrzmiały dźwięki bębenka i harmonijki. Wysoki dziewczęcy głos zaśpiewał „Hej kolęda, kolęda”. Przez bramę weszła piątka przebierańców: koza, diabeł, żołnierz, wielki, bury niedźwiedź i pasterz. Na ich czele kroczyła dziewczyna z białymi anielskimi skrzydłami, kręcącą barwną gwiazdą. Wkoło kręciło się troje dziecięcego drobiazgu z koszykami i kilkoro miejscowych urwisów. Kolędnicy, już dzisiaj? Nie spodobało mi się to.

Przedstawianie ruszyło. Żołnierz nałożył brodę, wcisnął koronę i wygłosił tyradę Heroda, potem pasterz bronił stajenki przed żołnierzem, a diabeł porwał złego króla do piekła.

„Krakowiaka koza powiedzie, powiedzie,

W pierwszą parę pójdzie z niedźwiedziem, z niedźwiedziem”

Ja się ludzkiej na muzyce nie znam, lecz dziewczę chyba głos miało piękny, koza skakała, żołnierz i diabeł sypali żartami, że wyglądające z okien gosposie aż trzęsły się ze śmiechu.

Zwykle dzieciaki chodzą z kolędą w drugi dzień świąt i aż do nowego roku. Ci zaś przyszli przed wigilią. Dziwne. A co się dzieje z Kitkiem? I wtedy go zobaczyłem.

Korzystając z zamieszania Kitek śmiało kroczył po gzymsie, w kierunku wiszącego za tylne łapy zająca. Skoczyłem przez okno, ale dzieliły nas dwa piętra dwa piętra. Nie zdążę. Widziałem jak kot szybkim ruchem otarł się o sznur, ten pękł, zając niezauważony przez nikogo zleciał na dół, jeden z chłopaczków schował go płynnym ruchem za pazuchę i ulotnił się przez bramę. Ani Miotlarz, ani gosposie, nic nie spostrzegli.

Gdy zrównałem się z nim, Kitek właśnie zmierzał w kierunku pary bażantów wiszących u mecenasostwa. Tak był skupiony, że nie spodziewał się mojej łapy.

– Witaj przyjacielu, co robisz na moim terenie? – Miauknąłem poważnie.

– Maurycku, to ty?

– Nie strugaj głupa, Kitek, kto miałby być, cesarz chiński?

– Zapomniałem, że to twoje podwórko. Tyle czasu.

– Na cwaniaka wyszedłeś Kitek, dla ludzi kradniesz?

– Dla niej, ona mnie kocha i rozumie.

I gadaj z takim. Wyciągnąłem z niego słowo po słowie. Dziewczyna zajęła się Kitkiem. Opatrzyła mu ogonek, głaskała, karmiła. A on? Pewnego razu przyniósł jej wyciągnięty ze skrzyni za oknem kawał szynki i od tego czasu się zaczęło. Kradł dla jej szajki jedzenie, a jak dobrze poszło to i błyskotki. Zbójecki fach miał w łapkach.

Chwilę tak gaworzyliśmy, kolędnicy niepokoić się zaczęli, przekonywałem Kitka by został. Nie chciał. Cóż ja mogę? Puściłem go. Obiecał mój rewir omijać. Nie jestem Gwizdkowym od łapania szemranych. On skoczył w sam środek przedstawienia, grający zorientowali się, że nici z większego łupu, zgarnęli rzucane im przez służbę groszaki i zniknęli. Poślę słowo kocią pocztą, by uprzedzić innych chłopaków.

Kitek na odchodnym szepnął „Uważaj Maurycku, Łysy po okolicy się kręci, a to nic dobrego nie wróży”.

Jeszcze mi tego kociego bandyty brakowało. Takie dzisiejsze złodziejaszki to przy nim małe piwo. Tak więc sami widzicie. Święta, świętami, a czujnym być trzeba. Patrole wystawione, wszystkie koty w pogotowiu.

Wigilia, Czwartek, 24 grudnia, 1890, 8:30

Nie dziwcie się zatem, że gdy następnego dnia usłyszałem rozpaczliwe :

– Maurycku! Maurycku! – Nie mieszkając poderwałem się na łapy.

To była Łatka. Wzrok miała błędny, podskakiwała nerwowo.

– Co się stało Łatko?

– Wczoraj zniknął Czarny, a teraz nie ma i jego siostry.

– Wczoraj?  Łatko, znasz swojego młodego, to straszny włóczęga, na pewno gdzieś grzebie w śmieciach.

– Sama tak myślałam, ale zawsze wracał rano, bo wie, że przynoszę smakołyki, a teraz nie ma i Czarnulki, jego siostry. Ktoś ukradł moje dzieci. – Głos kotki brzmiał histerycznie.

– Zaraz tam ukradł, komu potrzebne twoje dzieciaki – odburknąłem, bo nie lubię gdy mnie budzić. Tym niemniej zszedłem z nią na podwórko, po drodze wysłuchując niezwykle zawiłej historii zniknięcia kociąt. Po prawdzie nie było w niej nic nietypowego. Choć to, że nie ma Czarnulki, było dość dziwne. Mała zawsze trzymała się podwórka. Widziano ją o brzasku, a teraz przepadła jak kamień w wodę. Obiecałem Łatce rozpytać się i rozejrzeć.

I wtedy na podwórze wpadł zdyszany Mały Kot. Łapy ubłocone, futro posklejane śniegiem.

– Widziałem ją! Czarnulkę. Niesie ją w pysku wielki, czarno-biały kocur, z okropną plamą na łbie.

No tak, diabli nadali. Opis pasował jak ulał do Łysego. Ten miał wielką bliznę po tym jak oparzył się próbując w młodości dobrać się do garnka z rakami. Stąd i imię. W takim razie nie było czasu do stracenia.

– Gdzie?

– Na podwórku przy Twardej, szedł o tam. – Mały Kot kiwnął głową z stronę muru.

Czyli podąża w kierunku Żelaznej. Jest szansa. Trzeba działać.

– Mały, pilnuj podwórka, ja biegnę! – I zanim ktokolwiek zareagował wybiłem się z całych sił i już byłem na dachu szopy. Biegłem najkrótszą drogą, murem, rynnami, jeśli dobrze myślę, złapię go przy Żelaznej.

Z dachu nad drugim piętrem oficyny zobaczyłem Łysego jak na dłoni. Szedł szparko, lecz bez zbędnego pośpiechu, w pysku faktycznie trzymał popiskującą cicho Czarnulkę. Obliczyłem odległość. Wysoko, ale dam radę. Nagle kątem oka zobaczyłem czającego się w oknie piwnicy rudego kota, ale było już za późno na zmianę planów. Skoczyłem.

Zaskoczenie było pełne. Wylądowałem na miękkich łapach i od razu rzuciłem się na Łysego. Ten błyskawicznie puścił kociaka i zdążył odbić mój pierwszy cios łapą. Wtedy zaatakował rudy kot z piwnicznego okienka. Trafił Łysego pazurami w grzbiet. Ten zawył, przekręcił się w niewiarygodnym salcie w powietrzu, odepchnął rudego napastnika swoim ciężarem, tak, że tamten grzmotnął o mur i sam pomknął w kierunku bramy. Wyskoczyłem by go złapać, ale w zębach zostało mi tylko trochę sierści z ogona.

Przypadłem do Czarnulki, żyła. Była niesamowicie wystraszona.

– To ja Maurycy! – Zawołałem. – Wiesz gdzie jesteś?

– Nieee. – Odpisknęła mała.

– Dobra, wskakuj na tę budkę i czekaj. Ja, mama albo Mały Kot zjawimy się po ciebie. Nigdzie z nikim nie łaź, rozumiesz?

Kiwnęła czarnym łebkiem i zaczęła gramolić się po ośnieżonym krzaku na daszek komórki.

– Gońmy go! – Krzyknął mój niespodziewany towarzysz.

Ruszyliśmy.

– Cezary jestem. – Zawołał mój sojusznik nie zwalniając biegu. – Śledzę tego bandytę od trzech dni. Ukradł cztery kociaki z mojego podwórka przy Śliskiej.

– Maurycy. – Przedstawiłem się, ledwo łapiąc oddech. – Musimy uważać, Łysy to niebezpieczny przeciwnik.

Z daleka zobaczyliśmy jak ścigany przestępca znika w jakiejś bramie po drugiej stronie Prostej. Nie było po co biec, należało raczej być ostrożnym. Zakraść się. Usiłowałem sobie przypomnieć rozkład podwórek i wskazałem na sąsiednią kamienicę.

– Tamtędy, przejdziemy dachem warsztatu.

Łysy nawet specjalnie się nie krył. Bez trudu zobaczyliśmy go na kolejnym podwórku. Właściwie trudno dziwić się jego nonszalancji. Wtedy, przed Żelazną, zaskoczyliśmy go, więc zwiał, lecz w bezpośredniej walce, nawet we dwóch, nie mieliśmy z nim dużych szans. Tu zaś, oprócz kociego bandyty, podwórka pilnowały dwa wściekłe kundle. Na długich łańcuchach krążyły wokół klatki zamkniętej na ciężką kłódkę. Tam siedziało z tuzin straszliwie smutnych czarnych kociąt.

Jakby tego było mało, drzwi warsztatu skrzypnęły i wylazł nich wielki grubas z mocną lagą w dłoni. Zobaczywszy Łysego odłożył ją i uśmiechnął się szeroko. Z daleka sprawiali wrażenie będących w świetnej komitywie. Co więcej, wyglądało jakby kocur wydawał polecenia człowiekowi, jakkolwiek nieprawdopodobne to by się wydawało.

Siedzieliśmy więc na dachu i wpatrywaliśmy się w naszych wrogów. Jak wiecie, koty nie mają świetnego węchu, lecz smród wyprawianej skóry był nam świetnie znany. Nie potrzebowaliśmy wysilać wyobraźni, by zrozumieć jaki los czeka nasze kocięta.

Obaj z Cezarem zrozumieliśmy, że nie mamy szansy wyrwać maluchów z łap Łysego i grubasa, nie kiedy tak zamkniętej klatki pilnują jeszcze te dwa zbójeckie kundle. Cezar opuścił pyszczek i miałem wrażenie, że oczy mu zwilgotniały.

Więc powiedziałem prosto:

– Tylko głupiec załamuje się, gdy napotka przeciwności. Wojownik przyjaciół szuka, by wrogów pokonać.

Wigilia, Czwartek, 24 grudnia 1890, 15:05

Andrzej przy Wigilii służbę skończył wcześniej, a z dowództwa żandarmerii do domu były dwa kroki. Cieszył się na spokojną kolację. Tomasz z Michałem pojechali do Białaczowa, zabrali Agatę, która dwór ojcowy zobaczyć chciała nim go pan Broel-Platter na warsztaty zamieni. Będą więc z Aliną sami. Cisza, odpoczynek po tym szalonym roku. Jak zwykle szybko wbiegał na schody, gdy u ich szczytu zatrzymał się jak wryty.

Przed drzwiami siedział ten wielki kawowy kot, niczym posąg egipskiego bożka i wpatrywał się w niego fioletowymi ślepiami.

– Mraauu – ni to mruknął, ni to miauknął głośno.

– Witaj panie kocie, życzysz sobie czegoś?

– Mraauu.

– Chyba nie bardzo rozumiem. Wpraszasz się na wigilijną wieczerzę? – Zażartował.

– Mraauu – ale tym razem pełne gniewu i z pokazaniem ostrych zębów.

– Nie to, ale wyraźnie czegoś chcesz…

– Miauu – tym razem zabrzmiało zgodniej. Kot podniósł się, otarł o nogi Andrzeja i skierował na schody.

– Mraaaau – wyraźnie przynaglił kapitana.

– Mam iść z tobą? – Andrzej spojrzał na zegarek. Alicja nie spodziewała się go jeszcze przez pół godziny, może chyba pójść za tym dziwnym kotem.

Kocur obejrzał się za siebie i widząc, że Zaleski podąża za nim, trochę przyspieszył. Wyszli na Mariańską. Andrzej poprawił płaszcz i czapkę. Zwierzak nie zwracał uwagi na śnieg i skręcił w kierunku Twardej. Dopiero teraz kapitan przypomniał sobie, że kot czekając na niego miał mokre łapy i futro jak posklejane od śniegu.

Prowadził Andrzeja jak na sznurku, szli szybko. Ludzie rozstępowali się na widok żandarmskiego munduru, a wielu oglądało się za dziwną parą.

Nawet nie zauważył, jak znaleźli się na rogu Żelaznej i Prostej. Akurat latarnik zapalał narożną lampę gazową. Kocur przystanął przed ulicą. Czekał.

– Mraau – powiedział po swojemu.

– Aha , czyli mamy przejść? – Andrzej machnął ręką, stójkowy na rogu gwizdnął, potok wozów wstrzymał się na chwilę, by pan oficer mógł przejść.

– Mam nadzieję, że nie idziemy daleko. Szarży nie wypada.

Kot nagle skręcił w bramę pod 22. Długie podwórze wypełnione było tajemniczymi warsztatami. Po tej stronie Żelaznej dominował przemysł i zatłoczone żydowskie domy. W powoli zapadającym zmroku przeszli obok wozu załadowanego pakami, małej fabryczki pachnącej musztardą. Andrzeja uderzył w nos smród wyprawianych skór. Tutaj? Garbarz? Ciekawe.

Kocur szedł teraz powoli i jakby się rozglądał. Przystanął. Ruszał uszami, chyba nasłuchiwał. Nagle bez upredzenia skoczył na mur, potem na daszek szopy i z dzikim wrzaskiem na dół. Rozległ się potworny hałas.

Zaleskiemu nie pozostało nic innego jak obiec rozwalającą się budę i wskoczyć w sam środek tego pandemonium.

Na niewielkim podwórku, oświetlonym kopcącym płomieniem lampy sztormowej, wśród klatek zwierząt, kotłowały się koty i dwa wielkie psy. Z budy wypadł jakiś blond grubas i z dzikimi przekleństwami kopał w zwierzęcy kłąb. Po chwili zawył z bólu, gdy kawowy kocur przeorał mu pazurami twarz.

– Cisza! Stać! – Krzyknął co sił w płucach kapitan i na ten okrzyk, niczym na magiczne zaklęcie, wszystko zamarło. Dwa koty skoczyły na dach budy, na placu boju pozostały podzwaniające łańcuchami warczące psy, czarno-biały kocur, wielki na ponad arszyn i dyszący wściekłością grubas, z którego poharatanych brwi spływały strumyczki krwi.

– Co tu się do cholery wyrabia? – Andrzej rozglądał się bystro i podszedł do wielkiej klatki w której siedziało kilkanaście rozpaczliwie miauczących kociąt. Wszystkie czarne. – Wytłumaczyć mi natychmiast, co tu się dzieje.

– Wwwasza wysokość – bełkotał grubas ocierając krew z oczu. – Ja tu warsztat garbarski mam. Nagle napadnięto mnie. Jakieś potworne kocury. Nic nie wiem.

– A te kociaki, po co ci? – Andrzej celowo mówił na „ty”, by podkreślić swoją rangę, coś mu w warsztacie nie pasowało, nie bardzo jeszcze kojarzył co.

– Na szczury szkolę, wasza wysokość, by futer nie popsowały. – Garbarz wyraźnie dochodził do siebie i jego głos nabierał aroganckiego tonu. – Nie rozumim…

Wtedy Zaleski, mimo głębokich cieni skrywających warsztat, zauważył to, czego szukał. W dwóch szybkich krokach znalazł się za wielką balią i wyciągnął zza niej niewielkie białe futerko.

– To co niby ma znaczyć? Futro z kota?

– Ależ wwwasza wysokość – cała buta uleciała z grubasa jak z przekłutego balonu.

– Czy wiesz człowieku, co ci grozi za wyprawianie kocich skórek? Łamanie przepisów sanitarnych? Oszukiwanie na towarze? – Andrzej zdawał sobie sprawę, że dobranie się bydlakowi do skóry nie będzie łatwe. I po co? Z grzywny czy kilku dni paki za naruszenie norm sanitarnych nic nie przyjdzie. Bo przecież mordowanie kociąt, to dla władz żadne przestępstwo. Trzeba załatwić sprawę od razu. Zresztą dziś Wigilia i nie miał ochoty psuć sobie całych świąt jakimś śledztwem. – No?!

– Allle, jja…

– Słuchaj. Wypuścisz zaraz te kociaki. Ja tu mieszkam niedaleko, jeszcze raz zobaczę w twojej okolicy kota w klatce, to własnoręcznie ci skórę wygarbuję.

– Tak jest, wasza wysokość. Dziękuję uniżenie waszej miłości. – Grubas trzęsącymi się rękami otworzył klatkę i kociaki czmychnęły na wszystkie strony. Psy szarpiąc się na łańcuchach ujadały za nimi w ślad, a wielki łaciaty kocur zniknął bez śladu.

Przed klatką pozostał tylko młody czarny kot, który wyraźnie rzucał kocie przekleństwa pod adresem garbarza.

– Ty co, zostajesz? Taki morus jesteś? – Zapytał się go Andrzej, roześmiał pod nosem i powoli odwrócił się w kierunku bramy na Prostej. Kotek podreptał za nim, a po chwili dołączył do nich kawowy kocur, wyraźnie zadowolony z załatwienia sprawy.

Przy Żelaznej stójkowy obdarzył ich jeszcze bardziej zdziwionym spojrzeniem, a kapitan wziął czarnego kotka na ręce, by maluch nie ugrzązł w rozjeżdżonym śniegu. Gdy dotarli do bramy domu dochodziła czwarta. Alina już się pewnie niepokoi.

Andrzej postawił kotka na ziemię.

– No panie kocie, dziękuję za wspólną akcję – powiedział i pokłonił się kawowemu kocurowi.

Ten skinął łebkiem i miauknął poganiająco do małego.

– Żegnaj morusie. – Kapitan zwrócił się do czarnego zwierzaka.

Ten jednak nie zamierzał człowieka wcale zostawić i szedł po schodach, tuż przy nodze, nie zwracając uwagi na miauczące przywoływania starszego kolegi.

– Wybierasz się ze mną? – Andrzej spojrzał kotkowi w zielone oczy, a ten tylko cicho pisnął, zawinął ogon jak precelek i zaczął się gwałtownie ocierać o nogawkę żandarmskich spodni.

Stanęli przed drzwiami. Zaleski pochylił się i wziął kociaka na ręce. Nacisnął dzwonek.

Było słychać tupot stup i drzwi otworzyły się na oścież.

– Witaj kochanie, Wesołych Świąt! A to w prezencie: Morus.

– Miaauu – powiedział Morus, wpatrując się uważnie w zdumione oczy Aliny.

[1] gwar. policjant

Poniedziałek, 4 maja 1925r.

Andrzej Zaleski telepał się tramwajem 21 do pętli na Wysockiego. Nieliczni o tej porze pasażerowie wysiedli przy warsztatach kolejowych i teraz w wagonie siedział on, jakaś babina, pewnie jadąca do jednego z domków na Ustroniu, i starszy konduktor.

Z poranną pocztą przyszła wiadomość od Michała, która skłoniła go do tej podróży „Przyjedź koniecznie do mnie do szkoły. Mamy problem i może twoje umiejętności nam pomogą, sam nie daję rady. Michał”.

Jego stosunki z przybranym synem Michałem były napięte. W 1882, po śmierci rodziców Michała, chłopów z rodzinnego Białaczowa, w opoczyńskiej epidemii cholery, Andrzej adoptował ojcowego chrześniaka i zajął się nim formalnie. Już wcześniej, zgodnie z ostatnią wolą swego ojca, zabrał chłopca do Warszawy i dbał o jego wykształcenie. Michał skończył szkołę kolei Warszawsko-Wiedeńskiej, a że miał talent matematyczno-techniczny, potem Instytut Politechniczny w Petersburgu. Młody inżynier praktykował w Belgii. Wybuch wojny, a potem rewolucja, przerwały kontakt prawie na 5 lat. W wolnej Polsce ich drogi się rozeszły.

Sam Andrzej nie bardzo potrafił się odnaleźć. Początkowo, jak wszyscy, był pełen entuzjazmu. W czasie wojny bolszewickiej, z oddziałem zebranym po stepach Rosji i Ukrainy, przedarł się pociągiem do Kijowa. Dostał dowództwo batalionu, ale dość szybko go odsunęli. Legionowi dowódcy i hallerczycy nie lubili socjalistów rosyjskich i zapamiętano mu czerwono-zieloną[1] flagę na lokomotywie, gdy wjeżdżał do miasta. Po wojnie bolszewickiej wrócił do policji.

To było jego przeznaczenie, świat, który lubił. I co tu dużo ukrywać, był w tym dobry.

Niestety, okazało się, że były carski policjant, nie jest dobrze widziany. Siedział w wydziale finansowo-gospodarczym, jako zastępca komisarza, kilka stopni niżej, niż wskazywałaby jego przedwojenna ranga, wszak odpowiednik majora żandarmerii. O stopień nie miał żalu, szkoda mu było służby czynnej. Tylko i tam długo się nie utrzymał. Wypchnięto go do policji rzecznej. Ot, uczestniczył w oględzinach trupów, dokumentował wypadki, od wszelkiej roboty trzymali go z daleka. Gdy rok temu odezwał się bark, uszkodzony w akcji jeszcze w 1890, chętnie skorzystał z okazji do emerytury, ze względów zdrowotnych. Uścisnęli mu rękę, na odchodne dali Virtuti Militari za to przebicie się do Kijowa i szybko o nim zapomnieli.

Michał zaś, w nowej rzeczywistości, czuł się jak ryba w wodzie. Odbudowywał i rozbudowywał zniszczoną przez wojska zaborców infrastrukturę kolejową, realizowano jego projekty inżynierskie. Fotografował się i z narodowcami z ZLN[2] i z byłymi pepeesowskimi legionistami gromadzącymi się wokół Piłsudskiego. Niedawno został też dyrektorem nowej szkoły kolejowej[3].

Kłócili się z Andrzejem o różne sprawy – nieprzeprowadzoną reformę rolną, sprawiedliwość społeczną, losy ludzi pod zaborami. Michał uważał, że podstawowy obowiązek państwa to budowa nowoczesnej Polski – usunięcie zniszczeń wojennych, a tych, szczególnie na kolei, nie brakowało, rozwój gospodarki. Na zadbanie o biedotę, w większości niepiśmienną, która wciąż stanowiła prawie 80% społeczeństwa, którą wyniszczyła inflacja i niedawna reforma walutowa[4], przyjdzie czas potem.

Andrzej był wierny swym socjalistycznym przekonaniom. Jego zdaniem na krzywdzie i biedzie silnego państwa zbudować się nie da. Choć, po doświadczeniach rosyjskich, od komunistów trzymał się z daleka. Oczywiście przedwojenną przyjaźń z Karolem Wójcikiem i metalowcami, sięgającą jeszcze czasów rewolucji 1905r. utrzymał. Nawet sympatyzował z poczynaniami Karola jako działacza związkowego. Wiadomo, robotnicy o swoje prawa walczyć muszą.

Lecz z Michałem widywali się coraz rzadziej. Czasem, siedząc w domu na Ząbkowskiej, ze swą żoną Anisą i dwoma kotami, Andrzej czuł się okropnie samotny i niepotrzebny. Tak więc list od syna wywołał w nim radość, pomieszaną ze złością – bo, z jednej strony, jeszcze go potrzebują, z drugiej zaś, odzywają się tylko wtedy, kiedy mają kłopot. Nie lubił też mieszać się do spraw policji. Jest prawo, jest policja od jego pilnowania. Cywile niech trzymają się przestrzegania przepisów.

Tym niemniej, wskoczył w niedawno uruchomione „oczko” – jak od numeru nazywano tramwaj 21 – i już dojeżdżał do pętli. Cisza i pustka na Wysockiego kontrastowały z pracą wrącą w warsztatach kolejowych, tam przy Białołęckiej. Można by pomyśleć, że jest się gdzieś na głębokiej prowincji. Wiosenny dzień był szary i chłodny. Bruk był mokry od deszczu, a słupy trakcyjne odbijały się w taflach kałuż. Nacisnął głębiej kapelusz i kuląc się od chłodu poszedł w kierunku szkoły i bursy, błyszczących zza drzew klinkierową elewacją i cynowymi parapetami.

Stary woźny poznał go bezbłędnie.

– Dzień dobry panie komisarzu. Do dyrektora?

– Dzień dobry panie Wojciechu, jaki ja tam komisarz, emeryt jak i pan. – Andrzej przygładził siwe wąsy, w których osiadły kropelki rosy. Nosił się z duchem czasu, „na Dziadka”.

Wspiął się na górę. Zapukał do znajomych drzwi.

– O, dzień dobry, panie komisarzu – starsza pani pilnująca spokoju Michała i prowadząca całą korespondencję szkoły, uśmiechnęła się smutno, okulary skrywały zaczerwienione oczy.

– Dzień dobry pani Janino, ależ pani do twarzy w tej modnej fryzurze.

– Komplemenciarz z pana, komisarzu. – Zarumieniła się. – Dyrektor czeka.

Wszedł do umeblowanego nowocześnie gabinetu. Metal i szkło, czarne drewno. Szkoła kolejowa to w końcu symbol nowoczesnej Polski. Mapy i wykresy ukazywały rozwój kolei w ostatnich latach, ogromny wysiłek powojennej odbudowy i spajania ziem różnych zaborów.

– Witaj, ojcze. – Michał poderwał się i uścisnął Andrzejowi rękę.

– Witaj, Michale, przypomniałeś sobie o mnie, co?

– Wiesz jak to jest w robocie, jak mówiliście za cara „podetrzeć się nie ma kiedy”. Odbudowa idzie pełną parą, a ta szkoła pochłania resztę wolnego czasu. Dobrych kadr trzeba nam jak powietrza, a tu jeszcze ta sprawa. Boję się, że za tymi kradzieżami może kryć się coś gorszego.

– Może wyrazisz się jaśniej. – Andrzej usiadł i z uśmiechem wziął filiżankę mocnej herbaty z rąk pani Janiny.

Michał poczekał, aż drzwi się zamkną i spokojnie kontynuował.

– Od kilku miesięcy mamy plagę drobnych kradzieży, głównie złote łańcuszki, medaliki i pieniądze. Nikogo nie złapaliśmy, ale to uciążliwe. Zebrało się strat na ponad pięćset złotych.

– Pięćset – mruknął Andrzej – ładny pieniądz.

– Tak, a ostatnio pani Janinie ktoś zdjął z ręki złotą bransoletkę, jeszcze po prababci, biedaczka ciągle płacze. Duża sprawa.

– Co na to policja? To chyba ich rzecz.

– Wiesz, my jesteśmy w takim dziwnym miejscu. Podlegamy pod kolejową XVIII[5], a dla nich „towary, urządzenia kolejowe, pasażerowie to priorytet”, szkoła ich mało obchodzi. Zaś w XXV na taki problem tylko machnęli ręką. Teraz komunistów tropią, co tu na Annopolu i w fabrykach się mnożą. Niesłychane, agitują nawet wśród kolejarzy. Zaś na samym Bródnie kryminaliści nie próżnują. Niemal każdego dnia kogoś z poderżniętym gardłem znaleźć można. Dla policji nasze kradzieże to drobiazg. Ja zaś, po pierwsze nie mam czasu…

– A po drugie, nie lubisz się bawić w śledczą robotę. Pamiętam, pamiętam. – Andrzej uśmiechnął się na wspomnienie o nieudanych próbach wciągnięcia Michała w policyjne zadania. – Opowiadaj więc ze szczegółami, co i jak, po kolei, po inżyniersku.

– Zaczęło się cztery miesiące temu. Antkowi, uczniowi z kursu przygotowującego do studiów inżynierskich zginął duży złoty krzyżyk, prezent od chrzestnego. Jeszcze w tym samym tygodniu w VIIIa zginęło 10 złotych, a w IXa złoty sygnet, co go chłopak na chwilę zdjął w łazience. Od tego czasu nie ma tygodnia bez dwóch, czy trzech, takich kradzieży. Bardzo zmyślne. Po gimnastyce ktoś zauważa brak złotego medalika, z kieszeni ginie dwuzłotówka. Ogłosiliśmy, by oddawać do depozytu, ale zaraz, następnego dnia, zginęły stamtąd dwa złote łańcuszki.

– Skradziono wszystko, co oddano w depozyt?

– Nie, srebra i zegarków nie ruszono, tylko złoto. Kiedy zaś zginęła bransoletka pani Janiny, postanowiłem zwrócić się do Ciebie. Jesteś na emeryturze, ale może takie małe ćwiczenie policyjne Ci nie zaszkodzi.

Andrzej chrząknął. Nie lubił, gdy wypominano mu emeryturę i gdy mówiono o jakimkolwiek śledztwie jako o rozrywce. W pracy policjanta nigdy nie wiadomo co skończy się tragedią. Pamiętał jak na wsi pod Kijowem tłum zabił wiejskiego głupka za podkradanie jajek. Z jego doświadczenia, młodzi chłopcy potrafią z równą brutalnością wymierzać sprawiedliwość po swojemu. Sprawą trzeba się zająć.

– Dobrze, pogadam z chłopakami. No i z panią Janiną oczywiście. Za dwa, trzy dni powiem ci co się dzieje. Aha, daj mi też przepustkę na miesiąc do warsztatów, uprzedź, że powęszę. Tam mogą być powiązania.

Po prawdzie wątpił, że akurat u kolejarzy znajdzie jakiekolwiek ślady, lecz okazji posiedzenia w warsztatach, wdychania znowu zapachu smaru i kutego metalu, popatrzenia z bliska na wagony i parowozy, tej przyjemności odmówić sobie nie potrafił. Jak dla typowego dziecka XIX wieku, kolej i przemysł były jego miłością. Dzięki kolei schwytał najważniejszego w swym życiu złoczyńcę. To pociąg pancerny przywiódł go z powrotem do kraju. A kto wie czy taki emeryt jak on, będzie mógł kiedyś jeszcze zanurzyć się w trzewiach hal mechanicznych?

Czwartek, 7 maja 1924r.

Przez kolejne dni Andrzej chodził po szkole, rozmawiał z uczniami, nauczycielami, woźnymi, pracownikami szkolnych warsztatów, zajrzał oczywiście i do zakładów. Potrafił wejść w rolę niegroźnego starszego pana, wzbudzającego zaufanie. Kolejarze chętnie z nim gadali, czuli prawdziwą pasję. Ze starszymi chłopakami wypalił papierosa, z młodszymi pogadał o domu i szkole, z robotnikami posiedział w warsztatach, z nauczycielami wypił herbatę, z woźnymi, po godzinach, kieliszek starki ze swojej piersióweczki. Nie spieszył się. Notatki robił po rozmowie, nie lubił gdy rozmówca widział, że coś pisze. To rozpraszało.

– Jak ci idzie? Widzę, że Michał wciągnął cię mocno w tę swoją sprawę. – Zapytała Anisa trzeciego dnia, gdy wrócił później niż zwykle. Tramwaje już nie kursowały i musiał tłuc się dorożką. – Przemęczasz się.

– Nie rób ze mnie starego dziada. – Powiedział z uśmiechem głaszcząc czarne futro Morusa. Kot skorzystał z jego powrotu do domu, by wskoczyć na kolana i dopominać się pieszczot. – Daję radę. Podejrzewałem wpierw, że chłopaki grają w karty z miejscowymi i przegrywają. Ale to niespójne z ginącymi przedmiotami. Gracz nie pogardziłby srebrnym ryngrafem czy zegarkiem. Tu zaś giną tylko pieniądze i złoto.

Anisa postawiła przy nim talerz z jego ulubionymi tatarskimi pierożkami z baraniny. Wiedziała, że gdy pracuje, lubi przekąsić, wtedy nie chce odrywać się od myślenia na wspólną kolację. Wolał siedzieć w swoim miękkim fotelu, w łagodnym świetle lampy. Głaskał kota i czasem notował. Tym razem światło nie zgasło, aż do późnej nocy.

Piątek, 8 maja 1925r.

Nazajutrz na Ząbkowskiej wciąż zamyślony Andrzej przeciskał się przez poranny tłum Żydów wychodzących z koszernych jatek, gospodyń dźwigających kosze zakupów z Bazaru Różyckiego, robotników idących na Kawęczyńską, podróżnych spieszących między dworcami, wozów wyładowanych towarem ciągnących z hukiem po bruku. W nos uderzał zapach chały, smażonej cebuli, spoconych ciał, końskiego moczu. Tłum przy Dworcu Wileńskim był nie mniejszy, a gdy zobaczył „oczko”, pozostało mu wiszenie na stopniach. Tramwaj był nabity robotnikami fabrycznymi pachnącymi smarem i tytoniem lub mydłami z nowych zakładów Schichta[6]. Kilku kolejarzy w mundurach patrzyło z góry na robociarską brać. Oni byli prawdziwą elitą, wiadomo, państwowa, bezpieczna posada. Przy Konopackiej i Szwedzkiej rozluźniło się nieco, a gdy lichy bruk Białołęckiej zastąpił lśniący asfalt Odrowąża, w tramwaju było już praktycznie pusto.

Michał czekał nań niecierpliwie.

– I co odkryłeś ojcze? Co się dzieje?

– Co, to jest jasne, na razie tylko nie wiem kto i dlaczego.

– Co niby, jest jasne?

– No modus operandi[7]. Działa u was dwóch, lub trzech, kieszonkowców. Metody klasyczne, kradzież w tłumie, jeden odwraca uwagę, drugi kradnie. Albo, gdy chłopcy mają coś innego na głowie. Ktoś ma bardzo zręczne palce. Posłuchaj opowieści pani Janiny: „Uczniowie wchodzili na apel klasami, pod przewodnictwem nauczycieli. Wtem mały Janek z VIIb się potknął i zrobił się tłok. Starsze klasy ze śmiechem pchały się naprzód, młodsi piszczeli. Podbiegłam by pomóc, długo to nie trwało. W czasie przemowy dyrektora coś mi nie pasowało. Wychodzę z sali, a tu bransoletki nie ma. Panie komisarzu, była w mojej rodzinie od stu lat, za Napoleona pradziadek przywiózł ją dla narzeczonej, z samej Hiszpanii.” Popłakała się. Oni, moim zdaniem, działają pod wpływem chwili. Occasio facit furem[8].

– Straszne, kieszonkowcy w szkole kolejarskiej. Pomyśl, kiedyś zostaną kolejarzami i będą okradać pasażerów. Nie możemy do tego dopuścić. Złap ich.

– Powiedz, czy któremuś z twoich chłopaków możemy zaufać?

– Uczniowi? Edek Popławski i Julek Mazur są zastępowymi, starzy harcerze, ręczę za nich. Myślę też, że Antek Poświatowski jest poza podejrzeniami. Ziemiańska rodzina z tradycjami, rodzice regularnie przysyłają mu pieniądze, po co by mu to było? Dorabia już w warsztatach, bardzo zdolny, no i jemu pierwszemu skradziono złoto. O innych, podpytaj wychowawców.

– Gotów jesteś wydać parę złotych na złapanie sprawców?

– Ile? – Michał nie słynął ze szczodrości.

– Będę potrzebował pomocy z Bródna. Znam dwóch takich. Zapłacisz im teraz po pięć złotych, a po tygodniu, jak dostarczą wyniki, po piętnastaku. Zadanie na wieczory.

– Razem cztery dychy, niemało, ale może być. Ty tu znasz kogoś?

– Kiepski byłby ze mnie policjant, jakbym pomocników na Bródnie znaleźć nie potrafił. Znam takich cwaniaków. Mieli robotę na Szmulowiźnie, ale fabrykę zamknięto po podniesieniu podatków i są bezrobotni. Gotowy grosz im się przyda. Z normalną policją by nie współpracowali, ale dla mnie zrobią co trzeba. Teraz pogadam z tym Edkiem i Julkiem.

– Z Antkiem też?

– Póki co, wolę tylko harcerzy.

– Jak sobie chcesz, masz wolną rękę. Ci, co ich zatrudniasz, jakoś się nazywają?

– Wystarczy ci, jak będziesz wiedział, że to Stasiek i Benek.

– Benek, żydek?

– Żyd, mądry chłopak – Andrzej nie lubił antysemickich odzywek Michała.

– Dobra, dobra, twoi ludzie.

Andrzej wydał instrukcje, porozmawiał z Edkiem i Julkiem. Wieczorem odszukał Staśka, a ten szybko spiknął go z Benkiem. Gadali spokojnie przy piwku, jak dawni znajomi, nie jacyś policyjni agenci. Opracowali plan.

Teraz pozostawało znowu czekać. W robocie policyjnej, czekanie to często najtrudniejsza i najważniejsza rzecz.

Wtorek, 12 maja 1925r.

Edek i Julek przyszli z raportem we wtorek. Solidne, harcerskie typy.

– Panie komisarzu – zaczął Edek – działaliśmy zgodnie z poleceniem. Tu jest lista wszystkich, co wychodzili wieczorem z internatu. Spisane kiedy i co robili, póki nie przekazaliśmy ich pana chłopakom z Bródna.

Andrzej przyjrzał się liście: Antek Poświatowski i Franek Kowalski z ostatniej, Paweł Boruc z dziewiątej, Wojtek Łyńka z ósmej, ci regularnie, pozostali najwyżej raz, łącznie z dziesięć osób. Antka widziano całującego się z ładną kobietą, Franka czekającego pod bazarkiem Kobuszewskiego[9] na gimnazjalistkę, Paweł zawsze wsiadał do tramwaju, czujnie oglądał się za siebie, więc dalej go nie śledzili.  Wojtka przekazali Staśkowi w uliczkach Bródna. Tak to wygląda. Popytał jeszcze o drobiazgi, kazał dalej obserwować.

Gdzież to mógł jeździć Paweł? Oglądał się? Czyżby sprawdzał czy ktoś go nie śledzi? Znaczy się Andrzej sam musi sprawdzić.

Czwartek, 14 maja 1925r.

Dla starego policyjnego wygi śledzenie chłopaka nie było żadnym problemem. Kto by zwrócił uwagę na dziadka w spranej bluzie byłego pracownika gazowni, czyściutkiego emeryta, który stoi obok ciebie na przystanku? I nikogo nie zdziwiłoby, że wysiada przy Szwedzkiej, wszak w okolicy zakładów przemysłowych nie brakuje. Paweł szedł spokojnie, aż do bramy „Pocisku” i tam rozpromienił się na widok postawnego mężczyzny wychodzącego po fajrancie z fabryki.

– Ah, jakie to szczęście, że dziś wuja spotkałem! – Radosny okrzyk Pawła przeznaczony był wyraźnie dla uszu pozostałych przechodniów.

– Pawełku! Co tam u was na kolei? – Zabrzmiał w odpowiedzi bas robotnika, sądząc z dostatniego ubioru i nowej cyklistówki, co najmniej majstra.

Dopiero uważny obserwator dostrzegłby lekką sztuczność w objęciach zaserwowanych przez „wuja” chłopaka. A ruch ręki, który umieścił niewielki pakiecik w robociarskiej kieszeni umknąłby uwagi nawet wytrawnego agenta. Lecz kto uważa na emeryta grzebiącego końcem laski w rynsztoku i wydobywającego stamtąd z okrzykiem tryumfu dziesięciogroszówkę?

Paweł i robotnik postali razem tylko chwilę. „Wuj” wyraźnie gdzieś się spieszył, a chłopak coś wspomniał o bibliotece i ruszył w kierunku Wileńskiej. Andrzej mógł sobie darować dalsze śledzenie.

„Wuj” chłopaka był mu dobrze znany. Stary pepesowiec. Ale jeszcze bardziej był mu znany tłusty młodzian o świńskich oczkach, który obserwował obu z fabrycznego tłumu. Czarnek, zwany „Pęcherzem”, obrzydliwy gość. Był więc prosty sposób na sprawdzenie tropu i przy okazji oddanie małej przysługi.

Sobota, 16 maja 1925r.

Podejrzana kawiarnia u Wicka na Targowej 27 słynęła głównie jako siedziba bandyty Szmaji i jego brata. Do ich stałego stolika przy oknie, czy siedzieli za nim rośli mężczyźni i grali w warcaby, czy był zupełnie pusty, nie odważyłby się podejść nikt bez zaproszenia. Z królami handlu mięsem na Bazarze Różyckiego nie należało zaczynać. Miejscowa policja obok lokalu ślepła i głuchła.

W sobotę po południu było tu właściwie pusto. Szmaja robił ostatnimi czasy za religijnego Żyda i pojawi się dopiero po szabasie. Interesu pilnował jakiś miejscowy chłopak o fizjonomii przeżutego bandyty. Andrzej, jako zadbany kupiec, z lekko posiwiałym, rudym, sumiastym wąsem nie wzbudził większego zainteresowania. Trafiali tu czasem tacy zbłąkani prowincjusze i szybko znikali, czasem lżejsi o pugilares. Wszedł spokojnie i podszedł do pogwizdującego melodyjnie za ocynkowanym barem rosłego mężczyzny. Melodia była niepokojąco znajoma. Gdzie to Zaleski ostatnio ją słyszał?

– Haberbusza jasnego, pozwolisz, chłopcze.

Nie przerywając gwizdania barman nalał pełny kufel i zainkasował dwudziestogroszaka.

Andrzej obrócił się i skierował w stronę stolika w ciemnym rogu, przy którym wokół wąsatego mężczyzny kłębiło się kilku nieco obszarpanych młodzieńców. Ledwie postawił kufel na stoliku gwizdanie ucichło jak nożem uciął, jeden z chłopaków sięgnął jednoznacznie za pazuchę, gdzieś z tyłu rozległo się cichutkie skrzypnięcie sprężyny.

– Je-jeszcze ra-ranek nie tak, tak bliiiski – wyseplenił Zaleski z mocnym rosyjskim akcentem.

Wąsacz ruchem dłoni posłał chłopakom uspokajający znak.

– Słowik to, a nie skowronek się zrywa. – Odpowiedział mężczyzna z pewnym zdumieniem, po czym zaczął się wpatrywać uważnie w postać przybysza. Po chwili jego twarz rozjaśniła się radosnym uśmiechem i obrócił się do kompanów. – Zostawcie, proszę, nas samych.

Gwizdanie zza baru znów rozbrzmiało wesołą melodią.

– Towarzysz Słowik, cóż za niespodzianka! – Powiedział mężczyzna podsuwając Andrzejowi krzesło i szybkim ruchem ręki chowając leżący na stole papier.

– Witajcie Karolu, dawnośmy się nie widzieli. Przychodzę ze sprawą.

Karol Wójcik, bo właśnie to właśnie był ów sławny związkowiec z „Drucianki”, co obrał sobie podejrzaną spelunkę Wicka jako regularny punkt kontaktowy, uważnie nastawił uszu. Nie dopytywał się skąd Andrzej wiedział jak go znaleźć, takie sprawy wśród dawnych towarzyszy pomijało się milczeniem.

Karol wysłuchał historii o kradzieżach w szkole kolejowej z dziwną miną. Na opowieść o Pawle przekazującym przesyłkę do „Pocisku” tylko lekko uniósł brew.

– No dobrze, towarzyszu Słowik, a właściwie czemu do mnie z tym przychodzicie?

– Muszę być pewny, że chłopaka nie łączy nic z kradzieżami w szkole.

– Myślicie, że każemy dzieciakom okradać kolegów, by finansować działalność rewolucyjną? – Wójcik zapytał niby prześmiewczo, ale twarz miał kamienną, lekko złą.

– Karolu, wiecie, że nigdy bym tego nie podejrzewał. Lecz może chłopak wpadł na jakiś swój pomysł realizacji „walki klasowej”? Wiecie, jak to jest z młodymi.

Karol skinął głową i milczał dłuższą chwilę. Potem powiedział.

– Nie podoba mi się wasz trop towarzyszu Słowik, lecz przez wzgląd na dawne czasy pomogę wam sprawdzić. Skontaktuję was z kimś z warsztatów, znad piątki Pawła, z samym zastępcą komisarza. Dowiecie się z pierwszej ręki. Na spotkanie pójdziecie w skórzanej cyklistówce i kanarkowej apaszce. Czekajcie na informację kiedy. A teraz już idźcie, zawiodłem się na was towarzyszu, takie podejrzenia. Nieładnie. Chyba zbyt długo służyliście w policji.

Andrzej uśmiechnął się kwaśno i podniósł powoli. Prawie niedostrzegalnym ruchem ręki położył na stole karteluszkę. Gdy odszedł od stolika Karol zauważył ją, podniósł, przeczytał i nagle rozchmurzył się. Bez zastanowienia odsalutował wychodzącemu Zaleskiemu ma pożegnanie. No tak, zdemaskowanie „Pęcherza”, agenta policji w szeregach fabrycznych, to niewątpliwie pożyteczna informacja.

Poniedziałek, 19 maja 1924r.

W poniedziałek rano Zaleski schodził jak zwykle do piekarni, bo sam lubił wybierać chrupiące bułeczki, kiedy w bramie minął go mały obdartus.

– Towarzysz „Młot”, o pierwszej dwadzieścia na Oliwskiej. – Głosik był cienki, nijaki i w pierwszej chwili myślał, że się przesłyszał. Gdy się obejrzał, to smarkacza już nie było. Aha, kontakt od Karola. No cóż, czeka go kolejna wycieczka na Bródno.

Andrzej czuł się nieco jak pajac w skórzanej cyklistówce i jaskrawej apaszce, dobrze, że Anisa dobrała do tego odpowiednią marynarkę i skórzaną teczkę narzędziową, to choć wyglądał jak komiwojażer z podrzędnej firmy. Tutaj, koło warsztatów kolejowych, największego zakładu mechanicznego w okolicy, tacy jak on podejrzeń nie budzą.

O tej porze na Oliwskiej było pusto. W warsztatach warczały maszyny, waliły młoty, przez duże okna i kominy buchały kłęby dymu. A tu cichutko, tylko jakaś chuda, zabiedzona kobitka zamiatała chodnik pod domkiem stróży. Nigdzie ni śladu mitycznego towarzysza „Młota”. Nic to, przejdzie do końca ulicy, może „Młota” coś zatrzymało.

– Słowik to, a nie skowronek się zrywa… – Dobiegło niespodzianie jego uszu.

– Towarzysz Młot? – Zdumiony obrócił się w kierunku dziewczyny.

Czy to chuchro, odziane w jakieś nędzne szmaty, to miałby być ów towarzysz Młot, zastępca komisarza komunistów na całe warsztaty kolejowe? Z drugiej strony, w szczupłej twarzyczce dziewczyny płonęły stalowo-siwe oczy, szczękę miała zdecydowaną, a dłonie, choć niewielkie, wyglądały na mocne i pewnie trzymały kij od miotły, jak broń średniowiecznego rycerza.

Kobieta roześmiała się wesoło.

– Prawda, że nikt by się nie spodziewał? Kobieta może być łączniczką, kolporterką ulotek, pracownicą drukarni, ale komisarzem w zakładach zatrudniających prawie samych mężczyzn? Nigdy w życiu. Żaden tajniak tego nie rozpracuje.

Andrzej zatrzymał się udał, że kobieta prosi go o papierosa i majestatycznie sięgnął do kieszeni. Wyciągnął woreczek z tytoniem i bibułkę, i powolutku zaczął zwijać solidną porcję.

– Pytaliście towarzyszu Słowik o Pawła. Jak pewnie żeście się domyślili, Paweł jest naszym łącznikiem z „Pociskiem”. To zakłady rządowe, produkcja amunicji, policja sprawdza każdego i musimy niezwykle uważać. Ale też nasi robotnicy cieszą się z takiej współpracy. Dla nich to oznaka zaufania. Sami rozumiecie, że chłopak w mundurze szkoły kolejowej, spotykający się tam ze swoim wujem jest właściwie poza podejrzeniami. Jeździ do biblioteki, siedzi i czyta z godzinę, jedynie wy zwróciliście uwagę.

– I Czarnek. – Wtrącił Andrzej.

– No tak, musimy zmienić sposób kontaktowania się organizacji, choć ze spotkań chłopaka z wujem lepiej nie rezygnować. To dopiero byłoby podejrzane.

– Lecz bądźcie gotowi na rewizję. Nigdy nie wiadomo, co „Pęcherz” wie i co powie zwierzchności.

– Macie rację towarzyszu Słowik.

– Odbiegliśmy jednak od sprawy, z którą do was przyszedłem.

Towarzyszka Młot zaśmiała się ponuro i zaniosła ciężkim, gruźliczym kaszlem. To przynajmniej wyjaśniało jej chudość i płonące oczy. Gruźlica dziesiątkowała rodziny robotnicze w całej Warszawie.

– Pytałam Pawła. Wiem, że mówi prawdę. Nie dałabym się oszukać. Chłopak był oburzony. Prawie odebrało mu mowę. Dał mi rewolucyjne słowo honoru, że nic z tym nie ma wspólnego. Gadał też coś o zmanierowanych paniczykach, lecz więcej z niego nie wyciągnęłam. Nie wiem o co chodzi, wygląda mi to na jakąś uczniowską tajemnicę.

Andrzej skinął głową. Od początku nie bardzo wierzył w ten trop, jednak sprawdzić musiał. Kiełkowały w nim pewne podejrzenia i zdecydowanie młody Paweł do nich nie pasował.

– Dziękuję wam towarzyszu Młot. Nie wiem, czy życzyć wam powodzenia. Po tym co widziałem u sowietów, jakoś odebrało mi apetyt na rewolucję. Ale dbajcie o siebie, nie podoba mi się ten wasz kaszel.

– Dajcie spokój towarzyszu Słowik, potrafię o siebie zadbać, a wy zajmijcie się swoim śledztwem, łapcie swoich złodziejaszków, urządzajcie tę swoją wymarzoną Polskę. Zobaczymy, na koniec kto z nas będzie miał rację.

Sięgnęła szybko do ręki Andrzeja i odsypała sobie z woreczka solidną porcję tytoniu. Schowała do kieszeni, po czym, jak gdyby nigdy nic, wróciła do miotły. Już dla niej nie istniał.

Czyli z tego wątku nici. Teraz cała nadzieja była w raporcie Staśka i Benka.

Zobaczył się z nimi wieczorem, przyjechali do niego na Ząbkowską. Oddał im za tramwaj, poczęstował porządną kolacją. Ogromne porcje, stale uzupełniane przez Anisę, pałaszowali z wilczym apetytem.

Blondyn Stasiek wyglądał biednie w zniszczonej kurtce, fantazji dodawał sobie czerwoną apaszką i czapką w kratę, ale buty ledwo trzymały się podeszwy. Andrzej sprawdził rozmiar i przypomniał sobie o przedwojennych trzewikach Michała, będą w sam raz. Potężny Benek sprawiał bardziej zawadiackie wrażenie, grał w „Makabim”[10], chciał zostać policjantem, niestety wpierw przyjmowali byłych żołnierzy. Dla Żyda dostanie się na państwową posadę, bez protekcji, było praktycznie niemożliwe. A szkoda, bo to on był szefem tej dwójki i przygotował raport. Niezwykle ciekawy.

– Dziękuję chłopaki, zrobiliście świetną robotę. Wasz trop powinien doprowadzić mnie do rozwiązania. Muszę tylko im się przyjrzeć, zajrzeć do ich meliny i posłuchać, co dokładnie planują.

– Może to my, panie komisarzu, podsłuchamy, tam trudno się dostać.

– Ale mówiliście, że na dach da się wejść od tyłu?

– Niełatwo, trzeba przyjść już koło trzeciej, gdy ludzie wracają z warsztatów i nikt nie zwróci uwagi. Potem długo czekać. Niewygoda.

– Dam radę i w komisariacie uwierzą łatwiej, jeśli będę naocznym świadkiem.

– Jak pan komisarzu chce, jeśli pomoc będzie potrzebna, to wystarczy sygnał.

– Dziękuję, jutro wtorek, pójdę rano do warsztatów, obejrzę okolicę, zobaczę tę waszą królową, a po południu, jak mówicie, będę na Siedzibnej.

Chłopaki zebrali się niechętnie. Wyraźnie obawiali się o Andrzeja, mimo iż ten tryskał energią i pewnością siebie.

Stasiek zapierał się, butów michałowych brać nie chciał. Wstyd widocznie mu było. Dopiero jak Anisa rugnęła go porządnie, zmieszał się i wdzięczny przypadł całować ją po rękach. Zaleskiemu, aż głupio się zrobiło, takie sprytne chłopaki i ledwo koniec z końcem wiążą. Nie to co on, pan emeryt w czteropokojowym mieszkaniu od frontu i służącą, siedząca gdzieś tam w służbówce przy kuchennych schodach. Cholerne szklane domy.

Wtorek, 19 maja 1925r.

Rano Andrzej wysiadł z „oczka” i skręcił w brukowaną Palestyńską. W niewielkim, czerwonym, budynku portierni uważnie obejrzeli jego przepustkę, zaraz po wejściu poszedł w prawo. Obsypane świeżymi liśćmi drzewa skrywały drewniany budynek dyrekcji, ale Andrzej zdążał w kierunku ceglanych hal warsztatowych z wielkimi oknami. Tam uczniowie mieli zajęcia i dorabiali na obrabiarkach. Patrzył na dotaczanie mosiężnych części do kotła, naprawianie miedzianej instalacji wodnej w wagonach, popytał się majstrów. Nic. Dopiero ostatnim warsztacie, skąd widać było w całej krasie słynny, okrągły, kształt praskiej parowozowni, jeden z robotników opowiedział mu dziwną historię.

– A wiesz pan, myślelim nawet, że chłopaki kradną. Cuś w karmanach wynosili. Stary Mizgalski, co tu pilnuje, nawet im rewizyję zrobił. I wiesz pan? Ale się obśmialim! Opiłki. Dzieciuchy kieszenie opiłkami mosiądzu i miedzi napychali. Gadali, że jakieś eksperymenta chimiczne robio.

– Uuuu – przenikliwy gwizd lokomotywy, wytaczającego się w chmurze dymu i pary z wielkich wrót wiodących od obrotnicy, przerwał im rozmowę. Czekali, aż czarne cielsko przetoczy się ze zgrzytem.

– Głupstwo, nawet zamietlim je dla nich na kolejny raz. – Kontynuował robotnik.

– Pamiętacie może, którzy to?

– Kto by tam ich spamiętał? Najwięcyj ten wysoki z konopiastą czupryną, jak mu tam, Antek, ulubiony jeich derektora. I taki mały rudy. Jeszcze dwóch, lebo trzech. Wiela tego.

Ciekawe. Opiłki. Powoli układało mu się w głowie. Skręcił wśród drzew i powolutku poszedł do wyjścia przy Kiejstuta.

https://staremelodie.pl/piosenka/1586/Gdy_zobaczysz_ciotke_ma

O pierwszej siedział w knajpie u Popielarskiej[11] przy oknie i obserwował Białołęcką. Z sąsiedniej sali dobiegał stukot bilarda. Patefon grał głośno „Gdy zobaczysz ciotkę mą, to jej się kłaniaj, ”. Szlagier ośpiewywało ostatnio pół Warszawy, a nogi same przytupywały pod stołem w rytmie foxa. Teraz dopiero skojarzył. Właśnie tę piosenkę pogwizdywał barman na Targowej.

Zamówił duże piwo i galaretę. Piwko było świeże, delikatnie spienione, nie za zimne, ot w sam raz na wiosenny dzień. Nóżki doskonałe, mocno pieprzne i z solidnymi kawałkami mięsa, a nie nafaszerowane marchewką. Chałka pachniała jak z najlepszej żydowskiej piekarni. Rozkoszował się smakiem i czekał. Na wszelki wypadek położył przy talerzu pięćdziesiąt groszy, by móc wyjść w każdej chwili. Tak, znad kufelka, mógł i parę godzin śledzić co się dzieje na ulicy.

Lecz, jeśli chłopaki byli precyzyjni, niedługo powinna się pojawić. Rzeczywiście. Szejne szikse[12], jak opisał Benek. W bródnowskim tłumie płynęła jak królowa, o pół głowy wyższa od przechodniów. Jakże inna od miejscowych, przysadzistych i cycatych blondynek. Smukła, czarne włosy obcięte krótko, zgodnie z modą z najlepszych salonów Warszawy. Malutki fioletowy toczek, harmonizował z takimże płaszczykiem, krótkim, odsłaniającym zgrabne łydki. Jak ona przejdzie błotnistą Oliwską? Poderwał się, wskazał kelnerowi monetę i szybko wyszedł, żeby przeciąć dziewczynie drogę.

Przechodząc delikatnie ją potrącił, po czym zaczął przepraszać wylewnie, może nazbyt, całować rączki. Dało mu to czas przyjrzeć się jej czarnym oczom, takim, że utopić się w nich można, delikatnym ustom, podbródkowi z dołeczkiem i ostro zarysowanym kościom policzkowym. Prawdziwa piękność, choć jej „dajta już pokój dziadu”, powiedziane chrapliwie, z praskim akcentem, nie świadczyło o wykształceniu. To była słynna Tyczka, bródzieńska zdobywczyni serc.

Jeśli miał jakąkolwiek wątpliwości czy podjął właściwy trop, to spotkanie rozwiało je zupełnie. Na nadgarstku królowej przedmieścia połyskiwała złotem hiszpańska bransoleta pani Janiny.

No tak, już wiedział „kto”, trzeba tylko zidentyfikować całą szajkę i upewnić się „dlaczego?”. Choć już chyba wiedział. Kawałki układanki wpadały na swoje miejsce.

Zgodnie z instrukcjami agentów poczekał do trzeciej. Ulice zagęściły się tłumem wychodzących z warsztatów. Nie było łatwo dostać się na dach piętrowego, niczym niewyróżniającego się, drewniaka przy Siedzibnej. Na szczęście jabłonie kwitły i zasłoniły Andrzeja, gdy mozolnie wspinał się od strony ogrodu. Ułożył się na dachu i wyjął swój stary, policyjny wynalazek. Gumową rurkę z lejkiem na końcu. Wpuszczenie jej przez okno wymagało nie lada akrobacji. Dzięki niej dźwięki z dołu będą biegły wprost do jego ucha.

Teraz czekał. Godziny wlekły się noga za nogą. W maju zmrok zapada dopiero koło dziewiątej, zrobiło się chłodno.

Piętnaście po dziewiątej, w świetle płonącej regulaminowo lampki numerowej, zobaczył sylwetkę Tyczki. Nie do pomylenia. Obok niej wysoki Antek. Objęci. Chwilę całowali się namiętnie. Zaraz za nimi pojawiła się jeszcze jedna, niska postać w szkolnej kolejarskiej kurcie. A kwadrans potem dwóch zwalistych osobników w płaszczach. Nie spodziewał się bródzieńskich kryminalistów.

Trzaski drzwi, charczenie, szuranie nóg.

– Macie? – Rozległ się przepity głos o praskim brzmieniu.

– Jutro wieczorem szefie, musimy jeszcze rozdrobnić pył i przesypać w woreczki. – To Antek.

– Tylko nie skrewcie, bo… – nieznany mężczyzna zawiesił głos.

– Spokojnie, szefie. Antka mundur przecież jak kolejarski, wzbudza zaufanie. Będzie doprowadzał do młodego. On robi za uciekiniera z sowietów, co rodzinne skarby wyprzedaje. Od takiego młodego chętnie wezmą, połaszczą się na zysk – głos Tyczki był niski, powabny – ja będę naganiać.

– Ty szefie i Rudy musicie być obstawą, by komuś nie przyszło do głowy oszukać, wziąć nas na rympał, to duże pieniądze. – Wtrącił Antek.

Andrzej posłuchał jeszcze trochę. Uśmiechnął się. Dokładnie jak dziś się domyślił. Złoty piasek. Stary warszawski numer. Prawie o nim zapomniał. Dobra, czas iść na policję.

Ruszył się, by zwinąć rurę i wtedy poczuł jak zsuwa się z dachu. Nie było czego się złapać. Rozłożył szeroko ręce i nogi by spowolnić ruch. Próbował chwycić rynnę, lecz była pełna mokrych kwiatów i liści, palce mu się ześlizgnęły. Cholera, nie da rady, wyląduje przed samym wejściem, będzie poruta, Antek pozna go i zwieje. Zawalił, cholera, zawalił.

To była ostatnia myśl, nim z łomotem wylądował na ziemi. Dwadzieścia lat temu, to nawet by nie poczuł i jak sprężyna odbił się na równe nogi. Ale lata już nie te. Zabolało ramię, znowu lewe, aż krzyknął. Drzwi otworzyły się z hukiem. Poczuł uderzenie w głowę. Stracił przytomność.

Ocknął się od kopnięcia w żebra. Wokół ciemność. Leżał w wilgotnym błocie. Mięśnie zesztywniały mu od chłodnej ziemi. Czuł jak sznur wbija mu się w nadgarstki, krępuje nogi. Był związany jak baleron. Głowa pulsowała bólem.

– Żyjesz dziadu? – Pochylona nad nim postać wionęła przetrawionym alkoholem. – To się ciesz, bo już niedługo. He, he.

Gdzie ja do cholery jestem? Wytrzeszczył z wysiłkiem oczy. Ceglany mur, zimne błoto, obok ciemne kupy ziemi. W słabym świetle lampki dostrzegł krzyże. Aha, Cmentarz Bródnowski, akurat miejsce na koniec życia.

– Słyszysz? – Znów owionął go smród podłej gorzały i cebuli – To Rudy kopie ci grób.

Przyjemniaczek, nie ma co. Głupio kończy się jego historia. Wyjść cało z rąk kaukaskich przemytników, wymknąć się spod noża żydowskim alfonsom, nie dać się angielskim szpiegom w dalekim Nepalu, przeżyć ostrzał artylerii tureckiej w czasie Wielkiej Wojny, wyrwać się z łap czechosłowaków i bolszewików, a dać się wykończyć nędznym urkom[13] z Bródna.

Zgrzyt metalu o kamień. Fałszywe pogwizdywanie. Znowu „Gdy zobaczysz ciotkę mą”. Co za cholerna melodia, miał nadzieję na nieco lepszy marsz pogrzebowy. Za plecami bandyty pojawiła się postać z łopatą.

– No dobra, dziadu…

Nagle świst, wrzask, mlask padających w błoto ciał.

– Piękna noc, panie komisarzu – zabrzmiał spokojny głos Staśka.

Zabłysła mocna latarka elektryczna. W jej świetle zobaczył jak Stasiek chowa za pazuchę paragraf – ołowianą kulę na sprężynie, straszliwą broń uliczników.

– Pan to prawdziwy meszunge[14], komisarzu. Nocne spacery po Cmentarzu Bródnowskim – dodał prześmiewczo Benek, przecinając więzy i stawiając Andrzeja na nogi. – Jak tam głowa?

– Przeżyję – odparł ciężko, powstrzymując siłą woli zawroty i starając się nie czuć straszliwego pulsowania na potylicy. Powoli rozcierał stężałe mięśnie. – Uratowaliście mi życie, chłopaki.

– Oj panie komisarzu, mówiliśmy, że to sami zrobimy. Woleliśmy mieć na pana oko, ale mogliśmy włączyć się dopiero tutaj, gdy Rudy i Edek zostali sami. Nie chcieliśmy zepsuć akcji.

– Co z nimi?

– Będą żyć. Czy mamy pochować? – Zapytał ze śmiechem Stasiek.

– Dajcie spokój, związać i niech zbierze ich policja. Sprawą powinien zająć się komisarz Rylski, beczkę soli razem żeśmy zjedli, porządny człowiek. Pomożecie?

Odprowadzili go do samych drzwi XXV komisariatu. Uściskał ich serdecznie. Tacy w policji pracować powinni. Hmm, właściwie świtał mu mały pomysł…

Młody posterunkowy, pełniący dyżur nocny, obrzucił podejrzliwym wzrokiem porwane i ubłocone ubranie Andrzeja.

– Czego pan sobie życzy?

– Muszę rozmawiać z komisarzem Rylskim. Połączcie mnie proszę, powiedzcie, że major Andrzej Zaleski ma pilną sprawę.

Połączono go, szarża zrobiła wrażenie.

– To ty Andrzeju? Już myślałem, żeś o starym druhu zapomniał. Wpadłeś do mnie na Bródno na kieliszeczek starki? – W słuchawce huknął radosny głos Rylskiego.

– Dzisiaj niestety służbowo. Przyjedź, proszę, do komisariatu. To pilne.

Komisarz Rylski, pojawił się za mały kwadrans. Gładząc gęste siwe włosy, wysłuchał uważnie opowiadania Andrzeja, od czasu do czasu, zadając celne pytania. Po chwili wezwał posterunkowego i wysłał go na cmentarz

– Faktycznie nietypowa sprawa. Szajka, to starzy znajomi z Bródna. Ten szef, to oczywiście Czarny Julek, znany charakternik, postrach miejscowych kupców. Tyczka, panna Izabella, jego ponoć była, a może i obecna, flama. Rudy, to Rudy Kosa, już niejednego smykiem przeciągnął. Edek marny pijaczyna, tu i tam wdeptuje w podejrzane sprawy, choć po tym uderzeniu paragrafem nieprędko wróci do bandytki.

Te twoje dzieciaki z kolejówki wdepnęły w paskudne towarzystwo. Musimy natychmiast działać, bo nie wiadomo, jak długo chłopaki przeżyją. Samego wkładu złota za sześć stówek, gotowy towar bandyci sprzedaliby za co najmniej trzy tysiące. Czarny Julek nie będzie się takimi pieniędzmi dzielił.

– Dobra, to do roboty.

– O nie Andrzeju, ty jedziesz do domu i do łóżka, dorożka czeka. Od roboty jest Policja Państwowa.

Chciał dyskutować, ale po próbie gdy gwałtownie wstał, zakręciło mu się w głowie tak, że do dorożki musieli go sprowadzić. W domu Anisa na widok poturbowanego Andrzeja załamała ręce, ale nie pisnęła złego słowa. Opatrzyła mu bark, nadgarstki, kostki, przykładając maść pachnącą stepowymi ziołami. Napoiła go obrzydliwie gorzkim wywarem, rozpoznał smak kory wierzbowej i kwas cytryny. Obejrzała guza z tyłu głowy i machnęła lekceważąco ręką. Nawet nie pamiętał jak zasnął.

Środa, 20 maja 1925r.

Obudził się dopiero po dziesiątej, wypił filiżankę podsuniętego przez żonę bulionu i chwycił za telefon.

– Z mecenasem Adamem Brochem.

Słuchawkę odebrała sekretarka, ale gdy tylko się przedstawił, zabrzmiał wesoły głos Adama.

– Panie majorze, czemu zawdzięczam ten zaszczyt? Czy jest cokolwiek co biedny Adam może zrobić dla przyjaciela domu?

Adam Broch, może i żartował, lecz dług wdzięczności był niewątpliwie prawdziwy. W końcu gdyby nie zdecydowanie Andrzeja, chłopak w wieku czterech lat zostałby sierotą. Jego ojciec, znany mecenas Leon Broch, miał w 1890 niewielkie szanse by samemu wywinąć się z oskarżeń o morderstwo. Dotychczas Zaleski nie korzystał z pomocy syna, teraz był właściwy moment by poprosić o drobną przysługę.

– Tak, tak, rzeczywiście, ciekawy chłopak – mecenas Broch słuchał z zainteresowaniem historii Benka. – Niech zgłosi się do radcy Seidenmana, to mój znajomy z Syjonistów, z rady gminy żydowskiej. Szepnę mu to i owo do ucha. Potrzebujemy odważnych i doświadczonych w naszej służbie porządkowej.

– Dokładnie tak myślałem. – Zaleski z zadowoleniem pogłaskał wąsy i uśmiechnął się tryumfująco do Anisy. Może żydowska służba porządkowa, to nie państwowa policja, lecz formacja solidna, z dobrą renomą w środowisku. Żona, wcześniej z wyraźnym zainteresowaniem przysłuchująca się rozmowie, czule pogładziła go po głowie.

Pogadał z mecenasem jeszcze chwilę, umówili się w przyszłym tygodniu u Simona i Steckiego, gdzie ostatnio pojawił się nowy kucharz, a wina wciąż były wyborne.

Po południu Andrzej siedział w gabinecie Michała. Bark miał starannie opatrzony przez Anisę, jeszcze bolał, ale ślady na nadgarstkach znikły po maści, syn nie zauważył nawet obrażeń ojca.

– Powiedz, o co właściwie chodziło? – Niecierpliwił się Michał.

– Numer jeszcze z czasów imperium. Sprzedają złoty piasek. W normalnych woreczkach z bankowymi pieczęciami. Tylko, że w woreczkach złoto jest tylko na wierzchu, a pod spodem opiłki miedziane. Woreczki mają pewnie jeszcze z banku Rosji, kazionne[15]. Niejeden dał się na to nabrać. Okazja kupić złoty piasek, za pół ceny. Teraz ludzie też się boją o losy nowej złotówki i chętnie czegoś bezpiecznego poszukają. Sierota, uciekinier z sowdepii, wyprzedaje przemycony z narażeniem życia majątek rodziców. Pomaga mu dobry, polski kolejarz. Historia wyciskająca łzy i wabiąca amatorów łatwego zarobku. Dlatego chłopaki kradli złoto i pieniądze, by mieć na tę górną warstwę. Gdybym wcześniej wiedział, że wynoszą z warsztatów opiłki, to może od razu bym zrozumiał, co planują.

– Nie mogę uwierzyć, że to Antek. Taka ziemiańska, patriotyczna rodzina, pieniędzy sporo mu posyłali. Gotów byłem za niego zaręczyć – Michał nerwowo pocierał dłonie i wykręcał palce.

– Zakochał się, a taka miłość kosztuje. Izabella, zwana Tyczką, piękna kobieta. Owinęła chłopaka wokół palca. Najpierw wyciągnęła z niego wszystko, co mu rodzina posyłała i co dorobił w warsztatach. Wiesz, ile kosztuje taki płaszczyk? – ze dwie stówki. Jak już był goły, chciała go rzucić. Wtedy Antek zalazł Wojtka Łyńko, biedaka, co ma zręczne palce. Omamił go sutym udziałem. „Podzielimy równo na trzy, dostaniesz tysiąc złotych”. Dla piętnastolatka to fortuna. Razem podszkolili się i kradli. Benek był świadkiem, jak Wojtek wyciągnął pugilares urzędnikowi kolejowemu.

– Ukradł, na ulicy? – Michał poczerwieniał i prawie krzyknął.

– Nie, oddał go, wsuwając w inną kieszeń, dowcipniś. Robota majstersztyk, chłopak ma w rękach talent. Plan był prosty. Pieniądze wydane na złoto, złoto starte na opiłki. Miedź z mosiądzem na spód. Miłość jest ślepa i głupia, choć pomysłowość wyzwolić potrafi.

– Co się stanie z chłopakami?

– Znam komisarza Rylskiego, da im szansę. Twoje chłopaki są przerażeni, sypią równo, pomogli policji odzyskać skradzione złoto i pieniądze. Czeka ich więzienie, ale łagodny wyrok za współpracę. Może trafią z dala od prawdziwych urków.

– Szkoda Antka, zmarnował się przez dziewczynę.

– No wiesz Michał – Andrzej żachnął się – nikt go nie zmuszał, żeby okradać kolegów. Nauczka teraz, póki młody, da mu szansę na otrzeźwienie. Z bogatej rodziny jest, nie zginie. Przynajmniej pani Janina odzyska bransoletkę, widziałem ją na ręce u Izabelli. Widać twój Antek nie dołożył jej do puli, ale potraktował jako osobisty prezent dla kochanki. Wojtek, który ściągnął bransoletę, nawet o tym nie wiedział. Ale to Wojtek będzie musiał sobie poradzić z wyrokiem na koncie. Antek wciągnął go, a wszak dlatego dzieciaka szkoła kolejowa to była życiowa szansa. Z takimi palcami byłby świetnym mechanikiem. Biedna rodzina go nie uratuje, a bez pomocy państwa Wojtek znajdzie się na marginesie życia.

– Masz chyba rację ojcze. Wojtkowi państwo i rodzina nie pomogą. – Zapadła cisza. – Oni nie, ale my możemy. Warto zainwestować parę setek. – Michał sięgnął po czarną słuchawkę telefonu. – Pani Janino, niech mnie pani połączy z mecenasem Śmiarowskim[16].

Andrzej patrzył na syna, naprawdę zaskoczony.

 

[1] Czerwono-zielone kolory używane były przez Partię Socjalistów-Rewolucjonistów (eserów) w Rosji

[2] ZLN – Związek Ludowo-Narodowy, współtworzący rząd od 1923r.

[3] Na prawach utworu literackiego, autor przesunął otwarcie Państwowej Niższej Szkoły Technicznej Kolejowej na warszawskiej Pradze z 1927 na lata 1923-24

[4] Wprowadzenie nowej waluty – złotówki w styczniu 1924r.

[5] XVIII, XXV numery komisariatów Policji Państwowej w międzywojennej Warszawie

[6] Otwarte w 1921r przy Szwedzkiej na Pradze zakłady wyrobów kosmetycznych

[7] łac. „Sposób działania”

[8] łac. „Okazja czyni złodzieja”

[9] Bazarek, będący własnością Edwarda Kobuszewskiego, ojca Jana, przy ulicy Julianowskiej na Bródnie

[10] Żydowski klub sportowy w przedwojennej Warszawie

[11] Restauracja na przy Syrokomli na Białołęckiej (obecnie ulica Wysockiego)

[12] jidysz „Ładna dziewczyna” (nie-Żydówka)

[13] gwarowe „Złodziejom”

[14] jidysz „Wariat”

[15] Oficjalne, z pieczęciami skarbowymi

[16] Znany przedwojenny adwokat warszawski, polityk.

Warszawa, 24 października 1889

Następnego dnia w południe Andrzej stał wyprężony przed generałem majorem Dowłatowem. Ten spojrzał jednym okiem na raport, a potem uważnie wpatrywał się w porucznika.
Brązowe oczy generała wydawały się zamglone i łagodne, lecz wzrok staruszka był czujny, przenikliwy. W ogóle nie przypominał twardego wojskowego. Okrąglutką głowę, łysą jak kolano, okalały siwe, kędzierzawe bokobrody, przydając jej komicznego charakteru. Wbrew stylowi generalicji nie nosił wąsów ani brody. Usta miał miękkie, błyszczące jak u smakosza. Gdy mówił, twarz marszczyła mu się jak pyszczek małego pieska.

– To wy napisaliście ten raport?
– Tak jest, wasze priewoschoditielstwo [1].
– Hm, ciekawe. A gdzie wasz Georgijewski kriest [2]?
Krzyż Św. JerzegoFaktycznie, Andrzej nie miał zwyczaju zakładać wstążki orderowej. Uważał, że nie ma się co chwalić dawnymi czynami.
– Bo to, wasze priewoschoditielstwo, właściwie za nic.
– Za nic? Jerzego za nic się nie dostaje. Opowiadajcie, tylko ze szczegółami.
Tego się Andrzej nie spodziewał, że generał zamiast rozmawiać o morderstwach i możliwym śledztwie, będzie chciał słuchać jakichś starych historii.

Porucznik wziął głęboki oddech i zaczął opowiadać:

– To było osiem lat temu, w górach Armenii. Byłem młodym praporszczykiem [3] i dowódcą patrolu. Teren przygraniczny, niespokojny. Walk żadnych nie było, choć Azerowie i Ormianie zawsze są gotowi skoczyć sobie do gardeł. No i normalni bandyci, rabusie owiec, czasem przemytnicy.
– Opium?
– Głównie opium. – Andrzej przypomniał sobie, że generał długo stacjonował w Azji Środkowej i dobrze znał tamtejsze stosunki. – Złoto, kobiety, broń, co tam właśnie szło u Persów i u naszych.
– Kontynuujcie.
– Prowadziłem patrol. Pięciu ludzi i ja. Rutynowo. Dzień był spokojny, późna wiosna, śniegi zeszły, jeszcze nie za gorąco. Jeździliśmy parę godzin, cisza, nic się nie dzieje. Chłopcy chcieli zjeść i zatrzymaliśmy się na odpoczynek. Ja postanowiłem rozejrzeć się po okolicy. Wdrapałem się na skały i wyciągnąłem lornetkę. Skierowałem wzrok w stronę granicy. Cisza, nikogo. Obróciłem się w naszą stronę, kamień obsunął mi się pod butem i upadłem. Upadek uratował mi życie. Dokładnie w tym samym momencie rozległ się huk karabinu, kula świsnęła tam, gdzie mgnienie oka wcześniej była moja głowa. Padłem na ziemię i udawałem trupa.
Czekałem. Po piętnastu – dwudziestu minutach pojawiło się dwóch Azerów. To, że żyję, zdziwiło ich. Śmiertelnie. Udało mi się załatwić ich bez hałasu. Widziałem z góry, jak z tuzin basmaczy prowadzi piątkę moich żołnierzy związanych jak cielęta. Ruszyłem ich śladem. Te dwa trupy wrzuciłem na jednego ich konia, starą chabetę, sam dosiadłem drugiego. Jechałem wzdłuż przepaści. Niewiele myśląc, zrzuciłem tamtych dwóch, a starej chabecie poderżnąłem gardło i też pchnąłem w dół. Z góry wyglądało, jakby sami spadli, jeśli tylko nikt by się im z bliska nie przyglądał.
Pozostali bandyci obozowali w dolince, pamiętałem ją z mapy. Trochę rozeznaję się w turecczyźnie, podsłuchałem, o czym gadają. Banda przemytników. Postanowili, zgodnie ze swoim muzułmańskim zwyczajem, ściąć niewiernych, czyli moich żołnierzy, na chwałę Allacha. O wschodzie słońca, po modlitwie. Powoli zapadała noc, a ja nie miałem żadnej szansy sprowadzić na czas pomocy. Nawet jeśli trafiłbym w ciemności do obozu, nie dotarlibyśmy z powrotem przed świtem, nasi żołnierze nie przywykli do nocnych marszów.

Musiałem działać. Tylko jak? Ich tuzin, ja sam. Miałem co prawda dwa rewolwery, jeden nieregulaminowo, lubię dobrą broń. Z tych, co ich ubiłem, jeden miał piękny belgijski karabin automatyczny. Cacko warte małą fortunę. Drugiemu zabrałem starą myśliwską dubeltówkę.
Generał siedział zasłuchany, widać było, że opowiadanie obudziło w nim jego własne wojenne wspomnienia.

Andrzej kontynuował:
– Ale nawet z takim arsenałem w bezpośredniej walce byłem bez szans. Jedyna nadzieja to rozproszyć bandytów, niech zwieją, myśląc, że zaatakował ich nasz cały oddział. Dolinka była długa i to sprawiło, że wpadłem na pewien pomysł. Jeśliby wypalić od północnej strony z obu strzelb jednocześnie, kilka razy, a samemu zbiec, strzelając z rewolwerów, mogliby w panice skoczyć na koń i uciec. Jedyny plan. Zacząłem się przygotowywać.
Czekałem i w tym czasie z nabojów dubeltówki zrobiłem kilka petard. Podpalone jednym lontem dadzą złudzenie, że strzela kilka karabinów.
Wolno zapadał zmrok i wtedy z dolinki czterech bandytów ruszyło na poszukiwanie brakujących towarzyszy. Pozostali czujnie obserwowali okolicę. Ja leżałem bez ruchu, nie używałem lornetki, by przypadkowy błysk w szkle nie zaalarmował przemytników. Urwisko było półtorej wiorsty stamtąd, więc gdy wrócili, było już prawie zupełnie ciemno. Echo odbijało krzyki grupy poszukiwawczej. Bandyci zobaczyli z góry ciała i wypadek wydał im się prawdopodobny, szczególnie że obok konia leżał mój mundur i zmiażdżona czapka. Dobry początek.
Zapadła noc. Było zimno, jak to w górach. Ręce mi grabiały, gdy mocowałem po lewej stronie doliny instalację ogniową. Petardy z nabojów, stara dwururka i mój jednostrzałowiec miały wypalić prawie naraz po pociągnięciu za sznurek. Po prawej stronie umocowałem wielostrzałową belgijkę. Tu pociągnięcie spustu kilka razy wymagało małego przełożenia. Byleby zadziałało.

Usypałem też spory kopiec kamieni, który po kopnięciu sprawi hałas, jakby biegło kilka osób. Niepotrzebnie się obawiałem, że przemytnicy mnie usłyszą. Porządnego wartownika postawili przy koniach, ale od mojej strony tylko jakiegoś łachmytę. Nie spodziewali się niczego. Palili fajki, pewnie z haszyszem, i po turecku wymyślali moim towarzyszom. Nie kryli swoich planów. „Jutro wasze świńskie łby zetniemy na chwałę Allacha” – to były najłagodniejsze obietnice.
Na dwie godziny przed świtem zlikwidowałem wartownika od swojej strony. Spał, obok stara pistonówka. Tej pukawki już użyć nie mogłem.

Teraz byleby nie zasnąć. Zimno było przejmujące, bałem się, że zesztywnieję i nie dam rady biec. Rozciągałem się, napinałem mięśnie, by się rozgrzać. Najważniejszy był odpowiedni moment. Gdy tylko niebo na wschodzie zaczęło jaśnieć, bandyci poderwali się z ziemi i rozłożyli swoje dywaniki modlitewne.
„Allachu Akbar” zabrzmiało z charakterystycznym zaśpiewem. I wtedy uderzyłem. Strzały z trzech stron, spadające kamienie i mój wrzask „Job waszu mać” – wszystko to sprawiło, że poderwali się w panice. Potracili głowy. Gdy wypaliłem z obu rewolwerów, myśleli już tylko o ucieczce. Strzelałem za nimi, trafiłem jednego wiejącego w plecy, drugiego w nogę, wciągnęli go na konia. Galop, wściekłe okrzyki. Przemytnicy zniknęli gdzieś na górskiej drodze.
Szybko rozciąłem więzy moich żołnierzy, zebraliśmy broń, bo napastnicy mogli przecież wrócić. Teraz uzbrojeni, byliśmy gotowi. Bandyci nie wrócili. My zaś dotarliśmy bezpiecznie do obozu. Tam już szykowali oddział poszukiwawczy, na ratunek. Akurat by przybyli na zebranie trupów.

Potem się okazało, że przemytników zostało tylko dziewięciu, ten, co go trafiłem, albo sam spadł w przepaść, albo kamraci go dobili, żeby nie wsypał.
– To czekajcie, dwóch od razu – generał zaczął liczyć, zginając po rosyjsku palce – ten, jak mówicie, wartownik łachmyta, ten, coście go trafili z rewolweru, i ten ostatni. – Pokazał zaciśniętą pięść. – Pięciu basmaczy żeście własnoręcznie ubili?
– Tak się złożyło, wasze priewoschoditielstwo.
– I dlaczego uważacie, że Griegorijewski kriest wam się za to nie należy? Swoich odbiliście, pięciu bandytów mniej, widno pticu po poliotu [4]. Gieroj.
– Przecież gdybym wystawił wartę, to nie wpadlibyśmy im w łapy. Wtedy całe to moje bohaterstwo nie byłoby potrzebne. Tak byłoby lepiej. Jeden z moich żołnierzy ciężko to odchorował, sznury, co był nimi związany, poraniły mu nadgarstki, krzyczał w nocy, na koniec musiał iść w odstawkę z niesprawną ręką. Moja wina.
– Obwinianie się, gdybanie, babskie gadanie. Czyny się liczą, poruczniku. Jerzego macie, noście go, bo to duma i chwała rosyjskiego żołnierza.
– Tak jest, wasze priewoschoditielstwo.
Zapadło milczenie.
– Czyli wtedy właśnie wstąpiliście do policji?
– Tak jest. W wojsku dostałem regulaminowy awans na podporucznika, a gdy mi wręczano Jerzego, spotkałem radcę nadwornego [5] z policji z Moskwy, wizytował Baku. Zapytał, czy nie chcę wstąpić. Jakoś po tej przygodzie w górach odeszła mi chęć do wojaczki. Pomyślałem, że mogę służyć imperium lepiej.
– I wstępując jako podporucznik, od razu mieliście sekretarza gubernialnego, trzynasty czyn przeskoczyć wam się udało.
– Tak jest, wasze priewoschoditielstwo.
– Niegłupi jesteście. – Generał wyciągnął brązową szkatułkę z papierosami i wskazał Andrzejowi krzesło. – Siadajcie i zapalcie, pogadamy o waszej sprawie.

 

[1] Wasze priewoschoditielstwo – tytuł przysługujący wysokim oficerom, od rangi generał majora i urzędnikom od szczebla rzeczywistego radcy państwowego.

[2] Georgijewski kriest (ros.) – Krzyż Orderu św. Jerzego, odznaczenie nadawane za zasługi wojenne, bohaterstwo. Charakterystyczna wstążka orderowa to dwa pomarańczowe pasy przedzielone czarnym.

[3] Praporszczyk (ros.) – dosł. proporcowy, najniższy stopień oficerski, czyli pochorąży.

[4] Widno… (ros.) – poznasz człowieka po czynach (dosł. rozpoznasz ptaka po jego locie).

[5] Radca nadworny – stopień służbowy w administracji, odpowiednik podpułkownika.

Warszawa, 23 października 1889

Październik tego roku był jak z kalendarza. Złota jesień trwała od dwóch tygodni i ulice miasta nie pokryły się jeszcze jesiennym błotem. Dzięki budowie pana Lindleya z wielu miejsc zniknęły cuchnące rynsztoki i można było chodzić, nie przykładając do nosa perfumowanej chustki. Lepiej niż w Piterze[1], tam powszechnej kanalizacji jeszcze się nie doczekali. Słoneczko przygrzewało, nie za mocno, w sam raz na służbowy płaszcz, dymy szły wysoko w niebo i niknęły rozwiane wschodnim powiewem. To był dobry dzień na obchód najlepszych ulic lub spacer na drugą stronę Wisły i podziwianie złotej jesieni w parku Aleksandrowskim[2], niekoniecznie zaś na żmudną policyjną robotę, na jaką się zanosiło.

Nowa kamienica przy Koszykach[3] była typową nową kamienicą warszawską. Dwie figury kobiece podtrzymujące balkon nad bramą. Duże łuki okien sklepowych. Lśniące tafle szkła i mosiądz ram. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu sklep na dole oznaczał dom niższego gatunku, dla pospólstwa. Wyżsi urzędnicy, ludzie majętni woleli kamienice o funkcjach tylko mieszkalnych. Dopiero otwarcie domu handlowego Hersego[4] uświadomiło właścicielom posesji, że sklep może być elegancki, zwiększać wartość domu i atrakcyjność wynajmowanych mieszkań. Tylko musi nazywać się „Salon mody”, „Futra z Paryża” albo w najgorszym razie „Artykuły kolonialne i luksusowe”. I właśnie salon mody kapeluszowej mieścił się na parterze kamienicy. Andrzej spojrzał na różowy kapelusz z delikatną woalką. „Lenie byłoby w nim do twarzy. Muszę tu zajrzeć po zakończeniu śledztwa” – przemknęło mu przez myśl.

Wtedy jeszcze, nawet nie zdawał sobie sprawy, że jeszcze nie raz zawita w tej kamienicy. I że widok kapeluszy na bezcielesnych głowach jeszcze mu obrzydnie. Nocami zaś zaczną go męczyć koszmary, w których gładkie twarze szczerzyć będą białe zęby i błyskać namalowanymi oczyma.

Stróż w bramie blokował wejście na klatkę. Wokół kłębił się tłumek gapiów i lokatorów – zarówno tych, co właśnie wyskoczyli z domu w przydeptanych kapciach i podomkach na rozchełstanych koszulach, jak i tych w modnych jesiennych płaszczach. Stróż w granatowej sukiennej kurcie szerokimi barami przesłaniał drzwi. Ukłonił się Andrzejowi zdawkowo i spojrzał z widoczną odrazą. Ach, to jeden z tych, co sami będąc na policyjnej liście płac, z pogardą odnoszą się do funkcjonariuszy. „Sprzedawczyk” zdawało się mówić to spojrzenie. Przez cztery lata służby w Królestwie już zdążył przywyknąć do tej obłudnej wyższości małych patriotów.

Marmurowe schody wiodły prostymi biegami. Korytarz jasno oświetlały gazowe lampy. Mieszkanie na pierwszym piętrze było otwarte, a w drzwiach stał stary prystaw Morozow i jakichś dwóch stójkowych. Morozowa Andrzej lubił. Mógł ufać jego doświadczeniu i temu, że w swojej rutynie nie przepuści najmniejszego drobiazgu. Już kilka razy Andrzej był świadkiem, jak stary wykazał się spostrzegawczością, tym dostrzeganiem pozornie nieistotnych szczegółów i wiązaniem ich w ciągi przyczynowo-skutkowe. Oczywiście Morozow był leniem. Jak wszyscy prystawi. Lecz leniem doświadczonym i inteligentnym. Co ważniejsze, chętnie dzielącym się swoimi spostrzeżeniami z innymi. To niecodzienne w tej służbie. Fakt, że wezwał kogoś z szarży, wskazywał, że sprawa jest nietuzinkowa.

– Witajcie, Morozow.

– Witam, wasze błagorodie.

– Co tam?

– Paskudnie, wasze błagorodie, sami zobaczcie.

Andrzej obejrzał uważnie piękne, lśniące mahoniem drzwi mieszkania.

Nu, żadnych śladów włamania. Sam sprawdzałem.

– A czornyj wchod[5]?

– Zamknięty, zasuwa od wewnątrz nieruszona. Też bez śladów włamania. Mogli oczywiście wejść tamtędy i zamknąć za sobą. Ale myślę, że weszli od frontu.

No tak, służąca leżąca tuż za progiem, z głową ułożoną niemal symetrycznie na kwadracie zadbanego dębowego parkietu i z poderżniętym gardłem, zdawała się potwierdzać ten scenariusz.

Ogromne tremo w ciemnodębowej, rzeźbionej ramie zajmujące z arszyn ściany zwielokrotniało ciało dziewczyny. Młoda, całkiem ładna, ocenił Andrzej. Pewnie ma z siedemnaście lat, ale żyje już kilka lat w mieście. Ufryzowane blond włoski wystawały spod czepka. Okrągła buzia rozciągnięta była ni to w uśmiechu, ni to w grymasie zdziwienia. Cały przód sukienki zalany był krwią. Uwagę przyciągała staranność ubioru dziewczyny. To nie był strój do sprzątania czy gotowania. Raczej na wyjście na piątkową zabawę. Mała elegantka. Na nogach pantofelki. Tak nie ubierają się służące. Chyba że na tę najważniejszą randkę. Ta wybrała się na ostatnią.

Klęknął. Dziwny zapach. Aha, to krew zmieszana z woskiem do podłóg. Niedawno pastowane. Posadzka aż lśniła świeżą, głęboko miodową barwą. Obejrzał ręce, żadnych śladów, ot, normalne dłonie pracującej dziewczyny. Żadnych więcej obrażeń. Gardło poderżnięte było jednym czystym cięciem, od prawej do lewej, bardzo ostrym narzędziem. Raz i po wszystkim.

– Co o tym sądzicie, Morozow? – spytał, wstając i otrzepując służbowe spodnie.

– Otworzyła im drzwi. Weszli, chciała się przywitać, a ci, chlast, podcięli jej gardło. Nawet nie zdążyła miauknąć. Przecięta krtań i struny głosowe.

„Struny głosowe” – takiego słownictwa Andrzej się po Morozowie nie spodziewał.

– Padła na wznak, lekko pchnięta. Musiała ich nieźle zachlapać krwią, z takiego gardła tryska jak z fontanny.

– Ich? – Andrzej zwrócił uwagę na ten szczegół wywodu Morozowa.

– Na pewno było ich więcej niż jeden. Lub jedna.

– Jedna?

– Ja bym niczego z góry nie zakładał. Mogli być wspólnicy. Może też i być wspólniczka. Służąca mogła otworzyć dziewczynie.

Hm. Morozow coś musiał wiedzieć. Lub przeczuwać. Ale Andrzej wolał sobie poukładać fakty po swojemu. Najpierw obejrzeć miejsce zbrodni. Przyjrzeć się ofiarom. Odpytać świadków. Przesłuchać tego bufoniastego stróża. I dopiero potem pogadać z Morozowem o jego teorii.

– A jak tam dalej?

– Nie lepiej, wasze błagorodie.

Faktycznie dalej nie było lepiej. Z korytarza podwójnie przeszklone, oflankowane przeszkloną ścianką drzwi odchodziły na prawo. Salon elegancki. Przy piecu wielka roślina, liście jak dwie dłonie mężczyzny. Ciężki, orzechowy stół przygotowany na sześć osób, krzesła o modnie wygiętych nogach, tapicerowane brązowym pluszem, jedno przewrócone i rozprute. Za stołem widoczne drugie drzwi. Tam na progu dziecięcej sypialni leżał może pięcioletni chłopczyk. Czarne kędzierzawe włoski. Długa nocna koszulka czerwona od krwi, poderżnięte gardło. Znowu jeden szybki ruch i głowa prawie odpadła od ciała. Andrzej widywał takie cięcia u górali kaukaskich czy kaspijskich. Ci operowali kindżałem jak chirurg lancetem.

W tej kałuży krwi widać było wyraźnie odciski butów wychodzące na dębową posadzkę, tu ułożoną w gwiazdy z ciemniejszych i jaśniejszych klepek. Odbiły się kwadratowe, modne noski męskich butów i coś dziwnego jak walonki. Andrzej pochylił się nad śladem, wzrokiem szukał kolejnych.

– Są tylko tutaj. Nigdzie więcej ich nie ma. Te ślady to od worka.

– Od worka?

– Tak, na buty założyli worki. Stary złodziejski numer. Dwa leżą tam, w kącie. I tym workiem wytarli też inne ślady butów i podeszwy. Na klatce nie ma ani kropli krwi, sprawdziłem na górze i na dole. – Morozow był naprawdę solidnym policjantem.

W sypialni story były zaciągnięte, panował półmrok. W łóżeczku po prawej stronie leżała mała postać przykryta poduszką.

– Dziewczynka, ze trzy latka, uduszona we śnie.

Głos Morozowa był twardy, ale słychać w nim było wzbierającą wściekłość. Pragnął dopaść zabójców. Siostrzenica Morozowa miała niedawno drugie urodziny. Razem to opijali.

Andrzej wzdrygnął się, widząc wystające spod poduszki mysie ogonki włosów. Dobrze że przynajmniej zginęła we śnie, może nawet nie zdążyła się wystraszyć.

Na środku pokoju wybebeszona, rzeźbiona w esy-floresy dębowa trzydrzwiowa szafa, wyrzucone koszule i suknie, oderwana tylna ściana i w głębi rozwarte żelazne drzwiczki. Sejf. Czym go otworzyli? Wytrych, narzędzia, nie na siłę. Ktoś znał się na robocie i wiedział, gdzie szukać, bo meble dziecięce były nienaruszone.

Za to salon wyglądał, jakby w nim przeszedł huragan. Prawie wszystko było pootwierane, ale nie dało się dostrzec śladów zniszczeń. Nikt tu bezmyślnie nie rozbijał mebli, szuflady przetrząśnięto w poszukiwaniu tajnych schowków i biżuterii. Zabrali wszystko, co miało dużą wartość i co łatwo było spieniężyć. Obrazy, beznadziejne romantyczne landszafty z zachodami słońca, niewiele warta masówka – nieruszone. Brali, co można stopić i sprzedać. Typowe.

Sypialnię państwa domu przeszukano mniej dokładnie. Tylko wybebeszyli ciemnoorzechowe komódki przy łóżku.

Pan domu, łysiejący, z czarnymi bokobrodami leżał przewieszony przez skraj wspartego na lwich łapach łoża. Głowa zwisała mu jak u lalki. Też jedno cięcie. Tylko jego żona zginęła od innego ciosu zadanego z dużą siłą. Zwykły nóż kuchenny wbity w serce. Fachowe uderzenie.

To była robota profesjonalistów, nie zostawili nic – zegarków, biżuterii. Na dłoniach małżonków ślady otarcia po zdarciu obrączek. Zaś małego pistoletu z rączką z masy perłowej spod poduszki nie ruszyli. Jak widać, pan domu obawiał się napadu, ale nie na wiele mu się przydała ta ostrożność.

Gabinet porządnie przeszukano, szuflady z ciężkiego biurka wyrzucono na gruby, zielony dywan.

– Był rejentem – powiedział Morozow podążający za Andrzejem jak cień.

– Rejentem, to ciekawe. Mógł mieć pieniądze klientów. Warto sprawdzić. Weźcie kogoś do pomocy, tylko gramotnego. Może Mondrzejewski i Tomaszewski? Niech uporządkują i przejrzą księgi. Może coś wygrzebią, tylko ostrożnie. Rejent z takiej kamienicy musiał mieć koneksje.

Tomaszewski był jak terier, wątku raz znalezionego nie odpuszczał. Jeśli ktoś ma coś znaleźć w papierach porozrzucanych po podłodze, to on. A Mondrzejewski niech się uczy.

Rozległo się ciężkie tupanie na klatce.

– Lekarz, wasze błagorodie – zawołał stójkowy.

Doktor Wilmowski przepchnął się przez drzwi. Ale nawet nie zdążył otworzyć ust, gdy z klatki dobiegł ich dziki kobiecy wrzask.

– Antoś! Helenka!

Na dole stróż szarpał się ze smukłą osóbką w szarym płaszczu i kapelusiku, spod którego wylewała się fala brązowych loków. Kobieta pchnęła stróża, wcześniej kopnąwszy go w kostkę, i wdarła się na schody. Stójkowi nie mogli jej utrzymać.

– Puśćcie mnie do moich dzieci! Co się z nimi stało? Złaź z drogi, łajdaku! – Z fiołkowych oczu za okrągłymi okularkami błyskały wściekłe ognie. – Już, zjeżdżaj z drogi.

Zderzyła się z Andrzejem, który podskoczył do progu, i trochę ją to wyhamowało.

– Pani jest matką tych dzieci? – zapytał tonem nieznoszącym sprzeciwu.

– No, nie – odparła lekko zaskoczona panienka. – Ale prawie.

– To kim pani jest i co pani tu robi?

– Magdalena Kosakówna, opiekunka dzieci, guwernantka. Co tu się dzieje? Żądam wyjaśnień. Chcę widzieć dzieci.

– Gdzie pani była wczoraj i ostatniej nocy?

– Co się stało? Niech pan mnie puści do Antosia i Helenki.

– Ja tutaj zadaję pytania. Więc pytam, gdzie pani była ostatniej nocy?

Pod ostrym spojrzeniem Andrzeja panienka wyraźnie oklapła.

– To był czwartek. Zawsze w czwartek mam wychodne. Idę do siostry na Wołową[6] i tam nocuję. Siostra mieszka z mężem.

– Kim jest mąż?

– Szymon Małachowski, przedsiębiorca budowlany.

Nazwisko nie było obce Andrzejowi. Firma Małachowskiego budowała drogi publiczne, parę razy dostał bardzo intratne kontrakty rządowe.

– Zawsze we czwartki nocuje pani u państwa Małachowskich? – dociekał Andrzej.

– Kiedyś nie zawsze, ale ostatnio tak. Siostrze urodził się synek. Lubię się nim zająć i ostatnie miesiące to już każdy czwartek u niej. Ale czemu nie mówi pan, co z Antosiem i Helenką? Gdzie oni są?

– Nie żyją.

Ku zaskoczeniu Andrzeja panienka nie wybuchła płaczem, nie zemdlała, nie zaczęła wrzeszczeć. Stała jak osłupiała i nic do niej nie docierało.

– Zajmij się panią Morozow – powiedział, wracając do splądrowanego mieszkania.

Gotówka i biżuteria. No tak, to był główny łup bandytów. To przepada bez śladu. Chodził od pokoju do pokoju i nie mógł znaleźć żadnego punktu zaczepienia. Czas przesłuchać świadków. Jednak nim zdążył cokolwiek zrobić, znowu jak duch pojawił się Morozow.

– Proszę na słóweczko, wasze błagorodie.

Przeszli do salonu, gdzie przynajmniej nie było trupów.

– No, co się dzieje, Morozow?

– Dobrze, że wasze błagorodie zajmuje się tą sprawą, już się obawiałem, że dadzą ją Malinowskiemu.

No tak, zwykle sprawami pospolitych morderstw wśród polskich mieszczan zajmował się Malinowski. Andrzejowi dawano sprawy z Rosjanami.

– No i?

– Bo to nie pierwszy raz.

– Co nie pierwszy raz? – Andrzej nie wierzył własnym uszom. Przecież o podobnie drastycznym morderstwie musiałoby być głośno. W końcu Warszawa to małe, spokojne miasto, nie jakaś Łódź czy Piter, stolica imperium, gdzie na nowych przedmieściach trup się gęsto ściele.

– Bo te poprzednie to byli, panie poruczniku, Żydy i taki jeden.

Żydzi. To wiele wyjaśniało. O morderstwach na Żydach nie mówiło się dużo. Kogo obchodzi, że jednego parcha mniej? Tak rozumowało naczalstwo. Tak uważali polscy prystawi. Zresztą i gmina żydowska nie lubiła carskiej policji. Oni mieli swoją dintojrę[7] i wszystko było szyto-kryto.

– Jacy Żydzi i jaki znów jeden?

– No Żyd, taki ze Śliskiej. Ni to adwokat, ni to lichwiarz. On, żona, służąca i czworo dzieciaków. To było w maju. Wyglądało tak samo jak tutaj. Przy drzwiach służąca, poderżnięte gardło, oni zabici w łóżkach, jedna mała na korytarzu, pewnie też usłyszała hałas. Pełno krwi, a śladów żadnych. Węszyłem za tym…

– Czemu?

– Kahał daje tysiąc cełkowych[8] nagrody za znalezienie sprawców.

Tak, to mogło zachęcić Morozowa. Dwuletnie pobory.

– Ponoć w domu było dużo złota od jednego klienta. Nikt się o nic nie upomniał. Jak temu adwokatowi było? Jagiełło albo Kościuszko…

Teraz Andrzej sobie przypomniał. Coś to tym słyszał. Mecenas Łokietek. Żydzi lubili historyczne nazwiska. To było w maju.

– A ten „taki jeden”?

– To nie nasz rewir, Ochota. Jakiś lewus, żulik. Też zarżnięty, on i dziewucha ze wsi, ponoć jakiś łup zniknął.

– Czemuście mi nic nie mówili?

– To sprawy Malinowskiego, zresztą do dziś nie widziałem związku. Morderstwa jak morderstwa. Wasze błagarodie wie, jak jest, pracy nie brakuje, człowiek nie wie, którą ręką ma się podetrzeć.

Ech, te kwieciste rosyjskie wulgaryzmy. Andrzej uwielbiał ich melodię. Uśmiechnął się lekko, po raz pierwszy w tym ponurym dniu.

– Dobra robota, Morozow. Pogadamy o tym, jak skończycie przesłuchiwać lokatorów. Idźcie już, muszę to przemyśleć.

Wrócił do doktora. Wilmowski uważnie przyglądał się ofiarom.

– Coś dziwnego, doktorze?

– Świetne cięcie, sam bym tak nie potrafił. Ręka rzezaka.

Rzezak. No, na taki pomysł by nie wpadł. Choć w sumie też możliwe. Dobry koszerny rzezak potrafi poderżnąć gardło krowie jednym cięciem. Co prawda, krowa jest zwykle wtedy ogłuszona. Tym niemniej warto będzie popytać przy rzeźni na Pradze.

– Niech pan sprawdzi, doktorze, czy dziewczyna była dziewicą.

– Dobrze. Już teraz? A po co?

– Nie wiem, nie pali się, ale to może być ważne. I wszystko, co wyjdzie przy sekcji. Cokolwiek nietypowego.

– Znam swoją robotę, poruczniku.

– Oczywiście, przepraszam, panie doktorze. To taka cholernie obrzydliwa sprawa. Te szkraby. A swoją drogą, słyszał może pan, doktorze, o adwokacie Łokietku?

– Chyba nie żyje, nic więcej nie wiem.

– Niech pan sprawdzi, kto robił obdukcję zwłok i co jest w protokole. To może być ważne.

– Aha, sprawdzę. Jak patrzę na to cięcie, to przypomina mi się Pyrzak i jego służąca.

– Pyrzak?

Czyżby ten żulik, o którym mówił Morozow?

– Zwykle takimi się nie zajmuję. Pyrzak to był dość znany na Ochocie paser. Zabito go ze dwa miesiące temu. Wezwano mnie przypadkowo, bo mieszkam obok. Bardzo to podobnie wyglądało. Oboje z poderżniętymi gardłami.

Andrzej poczuł, jak mu się włosy jeżą na karku. Czyżby w mieście grasowała szajka morderców – rzeźników. Jak się prasa dowie, nie chciałby być w skórze naczalstwa.

– Panie doktorze, spotkajmy się wieczorem. Podjadę do pana na Grójecką. Muszę wszystko spisać. Te sprawy wydają mi się powiązane.

– Jak pan chce, poruczniku, po szóstej będę w domu. Myśli pan, że to ten sam sprawca?

– Kto wie. Teraz muszę przesłuchać mieszkańców, może ktoś coś widział.

 

[1] Piter (pot. z ros.) – Petersburg.

[2] Park Aleksandrowski – obecnie park Praski.

[3] Koszyki – obecnie ulica Koszykowa.

[4] Ekskluzywny dom mody Hersego został otwarty w 1868 r.

[5] Czornyj wchod (ros.) – drzwi dla służby, wychodzące na inną klatkę, którą noszono węgiel, stąd nazwa.

[6] Wołowa – obecnie część ulicy Targowej.

[7] Dintojra (jid.) – sąd żydowski.

[8] Cełkowe (z ros.) – ruble.

Plan miasta i przypisy na końcu tekstu

Poniedziałek, 4 maja 1925r.

 

Bródno map

A. Kupniewski Map – Pętla tramwaju 21, w górnym rogu szkoła kolejowa

Andrzej Zaleski telepał się tramwajem 21 do pętli na Wysockiego. Nieliczni o tej porze pasażerowie wysiedli przy warsztatach kolejowych i teraz w wagonie siedział on, jakaś babina, pewnie jadąca do jednego z domków na Ustroniu, i starszy konduktor.

Rano z pocztą przyszła wiadomość od Michała, która skłoniła go do tej podróży „Przyjedź koniecznie do mnie do szkoły. Mamy problem i może twoje umiejętności nam pomogą, sam nie daję rady. Michał”.

Jego stosunki z przybranym synem Michałem były napięte. W 1892, po śmierci rodziców Michała, chłopów z rodzinnego Białaczowa, w opoczyńskiej epidemii cholery, Andrzej adoptował ojcowego chrześniaka i zajął się nim formalnie. Już wcześniej, zgodnie z ostatnią wolą swego ojca, zabrał chłopca do Warszawy i dbał o jego wykształcenie. Michał skończył szkołę kolei Warszawsko-Wiedeńskiej, a że miał talent matematyczno-techniczny, potem Instytut Politechniczny w Petersburgu. Młody inżynier praktykował w Belgii. Wybuch wojny, a potem rewolucja, przerwały kontakt prawie na 5 lat. W wolnej Polsce ich drogi się rozeszły.

Sam Andrzej nie bardzo potrafił się odnaleźć. Początkowo, jak wszyscy, był pełen entuzjazmu. W czasie wojny bolszewickiej, z oddziałem zebranym po stepach Rosji i Ukrainy, przedarł się pociągiem do Kijowa. Dostał dowództwo batalionu, ale dość szybko go odsunęli. Legionowi dowódcy i hallerczycy nie lubili socjalistów rosyjskich i zapamiętano mu czerwono-zieloną1 flagę na lokomotywie, gdy wjeżdżał do miasta. Po wojnie bolszewickiej wrócił do policji.

To było jego przeznaczenie, świat, który lubił. I co tu dużo ukrywać, był w tym dobry.

Niestety, okazało się, że były carski policjant, nie jest dobrze widziany. Siedział w wydziale finansowo-gospodarczym, jako zastępca komisarza, kilka stopni niżej, niż wskazywałaby jego przedwojenna ranga, wszak odpowiednik podpułkownika żandarmerii. Nie miał o to żalu, szkoda mu było służby czynnej. Tylko i tam długo się nie utrzymał. Wypchnięto go do policji rzecznej. Ot, uczestniczył w oględzinach trupów, dokumentował wypadki, od wszelkiej roboty trzymali go z daleka. Gdy rok temu odezwał się bark, uszkodzony w akcji jeszcze w 1890, chętnie skorzystał z okazji do emerytury, ze względów zdrowotnych. Uścisnęli mu rękę, na odchodne dali Virtuti Militari za to przebicie się do Kijowa i szybko o nim zapomnieli.

Michał zaś, w nowej rzeczywistości, czuł się jak ryba w wodzie. Odbudowywał i rozbudowywał zniszczoną przez wojska zaborców infrastrukturę kolejową, realizowano jego projekty inżynierskie. Fotografował się i z narodowcami z ZLN2 i z byłymi pepeesowskimi legionistami gromadzącymi się wokół Piłsudskiego. Niedawno został też dyrektorem nowej szkoły kolejowej3.

Kłócili się z Andrzejem o różne sprawy – nieprzeprowadzoną reformę rolną, sprawiedliwość społeczną, losy ludzi pod zaborami. Michał uważał, że podstawowy obowiązek państwa to budowa nowoczesnej Polski – usunięcie zniszczeń wojennych, a tych, szczególnie na kolei, nie brakowało, rozwój gospodarki. Na zadbanie o biedotę, która wciąż stanowiła prawie 80% społeczeństwa, a którą wyniszczyła inflacja i niedawna reforma walutowa4, przyjdzie czas potem.

Andrzej był wierny swym socjalistycznym przekonaniom. Jego zdaniem na krzywdzie i biedzie silnego państwa zbudować się nie da. Choć, po doświadczeniach rosyjskich, od komunistów trzymał się z daleka.

Widywali się z Michałem coraz rzadziej. Czasem, siedząc w domu na Ząbkowskiej, ze swą żoną Anisą i dwoma kotami, Andrzej czuł się okropnie samotny i niepotrzebny. Tak więc list od syna wywołał w nim radość, pomieszaną ze złością – bo, z jednej strony, jeszcze go potrzebują, z drugiej zaś, odzywają się tylko wtedy, kiedy mają kłopot. Nie lubił też mieszać się do spraw policji. Jest prawo, jest policja od jego pilnowania. Cywile niech trzymają się przestrzegania przepisów.

Tym niemniej, wskoczył w niedawno uruchomione „oczko” – jak od numeru nazywano tramwaj 21 – i już dojeżdżał do pętli. Cisza i pustka na Wysockiego kontrastowały z pracą wrącą w warsztatach kolejowych, tam przy Białołęckiej. Wiosenny dzień był szary i chłodny. Bruk był mokry od deszczu, a słupy trakcyjne odbijały się w taflach kałuż. Nacisnął głębiej kapelusz i kuląc się od chłodu poszedł w kierunku szkoły i bursy, błyszczących zza drzew klinkierową elewacją i cynowymi parapetami.

Coin photo

Pilsudski moustache on a coin

Stary woźny poznał go bezbłędnie.

– Dzień dobry panie komisarzu. Do dyrektora?

– Dzień dobry panie Wojciechu, jaki ja tam komisarz, emeryt jak i pan. – Andrzej przygładził siwe wąsy, w których osiadły kropelki rosy. Nosił się z duchem czasu, „na Dziadka”.

Wspiął się na górę. Zapukał do znajomych drzwi.

– O, dzień dobry, panie komisarzu – starsza pani pilnująca spokoju Michała i prowadząca całą korespondencję szkoły, uśmiechnęła się smutno, okulary skrywały zaczerwienione oczy.

– Dzień dobry pani Janino, ależ pani do twarzy w tej modnej fryzurze.

– Komplemenciarz z pana, komisarzu. – Zarumieniła się. – Dyrektor czeka.

Wszedł do umeblowanego nowocześnie gabinetu. Metal i szkło, czarne drewno. Szkoła kolejowa to w końcu symbol nowoczesnej Polski. Mapy i wykresy ukazywały rozwój kolei w ostatnich latach, ogromny wysiłek powojennej odbudowy i spajania ziem różnych zaborów.

– Witaj, ojcze. – Michał poderwał się i uścisnął Andrzejowi rękę.

– Witaj, Michale, przypomniałeś sobie o mnie, co?

– Wiesz jak to jest w robocie, jak mówiliście za cara „podetrzeć się nie ma kiedy”. Odbudowa idzie pełną parą, a ta szkoła pochłania resztę wolnego czasu. Dobrych kadr trzeba nam jak powietrza, a tu jeszcze ta sprawa. Boję się, że za tymi kradzieżami może kryć się coś gorszego.

– Może wyrazisz się jaśniej. – Andrzej usiadł i z uśmiechem wziął filiżankę mocnej herbaty z rąk pani Janiny.

Michał poczekał, aż drzwi się zamkną i spokojnie kontynuował.

– Od kilku miesięcy mamy plagę drobnych kradzieży, głównie złote łańcuszki, medaliki i pieniądze. Nikogo nie złapaliśmy, ale to uciążliwe. Zebrało się strat na ponad pięćset złotych.

– Pięćset – mruknął Andrzej – ładny pieniądz.

– Tak, a ostatnio pani Janinie ktoś zdjął z ręki złotą bransoletkę, jeszcze po prababci, biedaczka ciągle płacze. Duża sprawa.

– Co na to policja? To chyba ich rzecz.

– Wiesz, my jesteśmy w takim dziwnym miejscu. Podlegamy pod kolejową XVIII5, a dla nich „towary, urządzenia kolejowe, pasażerowie to priorytet”, szkoła ich mało obchodzi. Zaś w XXV na taki problem tylko machnęli ręką. Teraz komunistów tropią, co tu na Annopolu i w fabrykach się mnożą. Niesłychane, agitują nawet wśród kolejarzy. Zaś na Bródnie kryminaliści nie próżnują. Niemal każdego dnia kogoś z poderżniętym gardłem znaleźć można. Dla policji nasze kradzieże to drobiazg. Ja zaś, po pierwsze nie mam czasu…

– A po drugie, nie lubisz się bawić w śledczą robotę. Pamiętam, pamiętam. – Andrzej uśmiechnął się na wspomnienie o nieudanych próbach wciągnięcia Michała w policyjne zadania. – Opowiadaj więc ze szczegółami, co i jak, po kolei, po inżyniersku.

– Zaczęło się cztery miesiące temu. Antkowi z kursu przygotowującego do studiów inżynierskich zginął duży złoty krzyżyk, prezent od chrzestnego. Jeszcze w tym samym tygodniu w VIIIa zginęło 10 złotych, a w IXa złoty sygnet, co go chłopak na chwilę zdjął w łazience. Od tego czasu nie ma tygodnia bez dwóch, czy trzech takich kradzieży. Bardzo zmyślne. Po gimnastyce ktoś zauważa brak złotego medalika, z kieszeni ginie dwuzłotówka. Ogłosiliśmy, by oddawać do depozytu, ale zaraz następnego dnia zginęły stamtąd dwa złote łańcuszki.

– Skradziono wszystko, co oddano w depozyt?

– Nie, srebra i zegarków nie ruszono, tylko złoto. Kiedy zaś zginęła bransoletka pani Janiny, postanowiłem zwrócić się do Ciebie. Jesteś na emeryturze, ale może takie małe ćwiczenie policyjne Ci nie zaszkodzi.

Andrzej chrząknął. Nie lubił, gdy wypominano mu emeryturę i gdy mówiono o jakimkolwiek śledztwie jako o rozrywce. W pracy policjanta nigdy nie wiadomo co skończy się tragedią. Pamiętał jak na wsi pod Kijowem tłum zabił wiejskiego głupka za podkradanie jajek. Z jego doświadczenia, młodzi chłopcy potrafią z równą brutalnością wymierzać sprawiedliwość po swojemu. Sprawą trzeba się zająć.

– Dobrze, pogadam z chłopakami. No i z panią Janiną oczywiście. Za dwa, trzy dni powiem ci co się dzieje. Aha, daj mi też przepustkę na miesiąc do warsztatów, tam mogą być powiązania.

Po prawdzie wątpił, że akurat u kolejarzy znajdzie jakiekolwiek ślady, lecz okazji posiedzenia w warsztatach, wdychania znowu zapachu smaru i kutego metalu, popatrzenia z bliska na wagony i parowozy, tej przyjemności odmówić sobie nie potrafił. Jak dla typowego dziecka XIX wieku, kolej i przemysł były jego miłością. Dzięki kolei schwytał najważniejszego w swym życiu złoczyńcę. To pociąg pancerny przywiódł go z powrotem do kraju. A kto wie czy taki emeryt jak on, będzie mógł kiedyś jeszcze zanurzyć się w trzewiach hal mechanicznych?

Czwartek, 7 maja 1924r.

Przez kolejne dni Andrzej chodził po szkole, rozmawiał z uczniami, nauczycielami, woźnymi, pracownikami szkolnych warsztatów, zajrzał i do zakładów. Kolejarze chętnie z nim gadali, czuli prawdziwą pasję. Potrafił wejść w rolę niegroźnego starszego pana, wzbudzającego zaufanie. Ze starszymi wypalił papierosa, z młodszymi pogadał o domu i szkole, z robotnikami posiedział w warsztatach, z nauczycielami wypił herbatę, z woźnymi, po godzinach, kieliszek starki ze swojej piersióweczki. Nie spieszył się. Notatki robił po rozmowie, nie lubił gdy rozmówca widział, że coś pisze. To rozpraszało.

– Jak ci idzie? Widzę, że Michał wciągnął cię mocno w tę swoją sprawę. – Zapytała Anisa trzeciego dnia, gdy wrócił później niż zwykle. Tramwaje już nie kursowały i musiał tłuc się dorożką. – Przemęczasz się.

– Nie rób ze mnie starego dziada. – powiedział z uśmiechem głaszcząc czarne futro Morusa. Kot skorzystał z jego powrotu do domu, by wskoczyć na kolana i dopominać się pieszczot. – Daję radę. Podejrzewałem wpierw, że chłopaki grają w karty z miejscowymi i przegrywają. Ale to niespójne z ginącymi przedmiotami. Gracz nie pogardziłby srebrnym ryngrafem czy zegarkiem. Tu zaś giną tylko pieniądze i złoto.

Anisa postawiła przy nim talerz z jego ulubionymi tatarskimi pierożkami z baraniny. Wiedziała, że gdy pracuje, lubi przekąsić, wtedy nie chce odrywać się od myślenia na jakąś wspólną kolację. Wolał siedzieć w swoim miękkim fotelu, w łagodnym świetle lampy. Głaskał kota i czasem notował.

Piątek, 8 maja 1925r.

Nazajutrz na Ząbkowskiej Andrzej przeciskał się przez poranny tłum Żydów wychodzących z koszernych jatek, gospodyń dźwigających kosze zakupów z Bazaru Różyckiego, robotników idących na Kawęczyńską, podróżnych spieszących między dworcami, wozów wyładowanych towarem ciągnących z hukiem po bruku. W nos uderzały zapachy chały, smażonej cebuli, spoconych ciał, końskiego moczu.

Z ulgą skręcił w zieloną Tragową. Parasole szpalerów drzew chroniły przed majowym słońcem i tłumiły gwar ulicy. Jednak tłum przy Dworcu Wileńskim, był nie mniejszy niż przy bazarze, a gdy zobaczył „oczko”, pozostało mu wiszenie na stopniach. Tramwaj był nabity robotnikami fabrycznymi pachnącymi smarem i tytoniem lub mydłami z nowych zakładów Schichta6. Kilku kolejarzy w mundurach patrzyło z góry na robociarską brać. Oni byli prawdziwą elitą. Przy Konopackiej i Szwedzkiej rozluźniło się nieco, a gdy brukowana Białołęcka zastąpiła asfalt Odrowąża, w tramwaju było już praktycznie pusto.

Michał czekał nań niecierpliwie.

– I co odkryłeś ojcze? Co się dzieje?

– Co, to jest jasne, na razie tylko nie wiem kto i dlaczego.

– Co niby, jest jasne?

– No modus operandi7. Działa u was dwóch, lub trzech, kieszonkowców. Metody klasyczne, kradzież w tłumie, jeden odwraca uwagę, drugi kradnie. Albo, gdy chłopcy mają coś innego na głowie. Ktoś ma bardzo zręczne palce. Posłuchaj opowieści pani Janiny: „Uczniowie wchodzili na apel klasami, pod przewodnictwem nauczycieli. Wtem mały Janek z VIIIb się potknął i zrobił się tłok. Starsze klasy ze śmiechem pchały się naprzód, młodsi piszczeli. Podbiegłam by pomóc, długo to nie trwało. W czasie przemowy dyrektora coś mi nie pasowało. Wychodzę z sali, a tu bransoletki nie ma. Panie komisarzu, była w mojej rodzinie od stu lat, za wojen napoleońskich pradziadek przywiózł ją dla narzeczonej, z samej Hiszpanii.” Popłakała się. Oni, moim zdaniem, działają pod wpływem chwili. Occasio facit furem8

– Straszne, kieszonkowcy w szkole kolejarskiej. Pomyśl, kiedyś zostaną kolejarzami i będą okradać pasażerów. Nie możemy do tego dopuścić. Złap ich, ojcze.

– Powiedz, czy któremuś z twoich chłopaków możemy zaufać?

– Uczniowi? Edek Popławski i Julek Mazur są zastępowymi, starzy harcerze, ręczę za nich. Myślę też, że Antek Poświatowski jest poza podejrzeniami. Ziemiańska rodzina z tradycjami, rodzice regularnie przysyłają mu pieniądze, po co by mu to było? Dorabia już w warsztatach, bardzo zdolny, no i jemu pierwszemu skradziono złoto. O innych, podpytaj wychowawców.

– Gotów jesteś wydać parę złotych na złapanie sprawców?

– Ile? – Michał nie słynął ze szczodrości.

– Będę potrzebował pomocy z Bródna. Znam dwóch takich. Zapłacisz im teraz po pięć złotych, a po tygodniu, jak dostarczą wyniki, po piętnastaku. Zadanie na wieczory.

– Razem cztery dychy, niemało, ale może być. Ty tu znasz kogoś?

– Kiepski byłby ze mnie policjant, jakbym pomocników na Bródnie znaleźć nie potrafił. Znam takich cwaniaków. Mieli robotę na Szmulowiźnie, ale fabrykę zamknięto po podniesieniu podatków i są bezrobotni. Gotowy grosz im się przyda. Z normalną policją by nie współpracowali, ale dla mnie zrobią co trzeba. Teraz pogadam z tym Edkiem i Julkiem.

– Z Antkiem też?

– Póki co, wolę tylko harcerzy.

– Jak sobie chcesz, masz wolną rękę. Ci, co ich zatrudniasz, jakoś się nazywają?

– Wystarczy ci, jak będziesz wiedział, że to Stasiek i Benek.

– Benek, żydek?

– Żyd, sprytny chłopak – Andrzej nie lubił antysemickich odzywek Michała.

– Dobra, dobra, twoi ludzie.

Andrzej wydał instrukcje, porozmawiał z chłopakami. Znowu czekał. W robocie policyjnej, czekanie to często najtrudniejsza i najważniejsza rzecz.

Wtorek, 12 maja 1925r.

Edek i Julek przyszli z raportem we wtorek. Solidne, harcerskie typy.

– Panie komisarzu – zaczął Edek – działaliśmy zgodnie z poleceniem. Tu jest lista wszystkich, co wychodzili wieczorem z internatu. Spisane kiedy i co robili, póki nie przekazaliśmy ich pana chłopakom z Bródna.

Andrzej przyjrzał się liście: Antek Poświatowski i Franek Kowalski z ostatniej, Paweł Boruc z dziewiątej, Wojtek Łyńka z ósmej, ci regularnie, pozostali najwyżej raz, łącznie z dziesięć osób. Antka widziano całującego się z ładną kobietą, Franka czekającego pod bazarkiem Kobuszewskiego9 na gimnazjalistkę. Paweł zawsze wsiadał do tramwaju, czujnie oglądał się za siebie, więc dalej go nie śledzili.  Wojtka przekazali Staśkowi w uliczkach Bródna. Tak to wygląda. Popytał jeszcze o drobiazgi, kazał dalej obserwować.

Gdzież to mógł jeździć Paweł? Oglądał się? Czyżby sprawdzał, czy ktoś go nie śledzi? Znaczy się, Andrzej sam musi wziąć się do roboty.

Czwartek, 14 maja 1925r.

Dla starego policyjnego wygi śledzenie chłopaka nie było żadnym problemem. Kto by zwrócił uwagę na dziadka w spranej bluzie byłego pracownika gazowni, czyściutkiego emeryta, który stoi obok ciebie na przystanku? I nikogo nie zdziwiłoby, że wysiada przy Szwedzkiej, wszak w okolicy zakładów przemysłowych nie brakuje. Paweł szedł spokojnie, aż do budynku zakładów zbrojeniowych i tam rozpromienił się na widok postawnego mężczyzny wychodzącego po fajrancie z fabryki.

– Ah, jakie to szczęście, że dziś wuja spotkałem! – Radosny okrzyk Pawła przeznaczony był wyraźnie dla uszu pozostałych przechodniów.

– Pawełku! Co tam u was na kolei? – Zabrzmiał w odpowiedzi bas robotnika, sądząc z dostatniego ubioru i nowej cyklistówki, co najmniej majstra.

Dopiero uważny obserwator dostrzegłby lekką sztuczność w objęciach zaserwowanych przez „wuja” chłopaka. A ruch ręki, który umieścił niewielki pakiecik w robociarskiej kieszeni umknąłby uwagi nawet wytrawnego agenta. Lecz kto uważa na emeryta grzebiącego końcem laski w rynsztoku i wydobywającego stamtąd z okrzykiem tryumfu dziesięciogroszówkę?

Paweł i robotnik postali razem tylko chwilę. „Wuj” wyraźnie gdzieś się spieszył, a chłopak coś wspomniał o bibliotece i ruszył w kierunku Wileńskiej. Andrzej mógł sobie darować dalsze śledzenie.

„Wuj” chłopaka był mu dobrze znany. Stary pepesowiec. Ale jeszcze bardziej był mu znany tłusty trzydziestolatek o świńskich oczkach, który obserwował obu z fabrycznego tłumu. Czarnek, zwany „Pęcherzem”, szpicel już od przedwojnia, obrzydliwy gość. Paweł i “wuj” to oczywiście socjaliści, konspiratorzy z bożej łaski. Trzeba będzie dać znak Karolowi, że w fabryce mają ogon.

Czyli z tego wątku nici. Teraz cała nadzieja była w raporcie Staśka i Benka.

Poniedziałek, 19 maja 1924r

Z chłopakami z Bródna spotkał się wieczorem, przyjechali do niego na Ząbkowską, oddał im za tramwaj, poczęstował porządną kolacją.

Blondyn Stasiek wyglądał biednie w zniszczonej kurtce, fantazji dodawał sobie czerwoną apaszką i czapką w kratę, ale buty ledwo trzymały się podeszwy. Andrzej sprawdził rozmiar i przypomniał sobie o przedwojennych trzewikach Michała, będą w sam raz. Potężny Benek sprawiał bardziej zawadiackie wrażenie, grał w „Makabim”10, chciał zostać policjantem, niestety wpierw przyjmowali byłych żołnierzy. To Benek był szefem tej dwójki i przygotował raport.

– Dziękuję chłopaki, zrobiliście świetną robotę. Te tropy powinny mnie doprowadzić do rozwiązania. Muszę tylko im się przyjrzeć i posłuchać, co dokładnie planują.

– Dziękuję chłopaki, zrobiliście świetną robotę. Wasz trop powinien doprowadzić mnie do rozwiązania. Muszę tylko im się przyjrzeć, zajrzeć do ich meliny i posłuchać, co dokładnie planują.

– Może to my, panie komisarzu, podsłuchamy, tam trudno się dostać.

– Ale mówiliście, że na dach da się wejść od tyłu?

– Niełatwo, trzeba przyjść już koło trzeciej, gdy ludzie wracają z warsztatów i nikt nie zwróci uwagi. Potem długo czekać. Niewygoda.

– Dam radę i w komisariacie uwierzą łatwiej, jeśli będę naocznym świadkiem.

– Jak pan komisarzu chce, jeśli pomoc będzie potrzebna, to wystarczy sygnał.

– Dziękuję, jutro wtorek, pójdę rano do warsztatów, obejrzę okolicę, zobaczę tę waszą królową, a po południu, jak mówicie, będę na Siedzibnej.

Chłopaki zebrali się niechętnie. Wyraźnie obawiali się o Andrzeja, mimo iż ten tryskał energią i pewnością siebie.

Stasiek zapierał się, butów michałowych brać nie chciał. Wstyd widocznie mu było. Dopiero jak Anisa rugnęła go porządnie, zmieszał się i wdzięczny przypadł całować ją po rękach. Zaleskiemu, aż głupio się zrobiło, takie sprytne chłopaki i ledwo koniec z końcem wiążą. Nie to co on, pan emeryt w czteropokojowym mieszkaniu od frontu i służącą, siedząca gdzieś tam w służbówce przy kuchennych schodach. Cholerne szklane domy im urządziliśmy.

Brodno view

A. Kupniewski rysunek 1940, warsztaty kolejowe i słynna okrągła parowozownia. Puste przestrzenie to wynik bombardowań z 1939r.

Wtorek, 19 maja 1925r.

Rano Andrzej wysiadł z „oczka” i skręcił w brukowaną Palestyńską. W niewielkim, czerwonym, budynku portierni uważnie obejrzeli jego przepustkę, zaraz po wejściu poszedł w prawo. Obsypane świeżymi liśćmi drzewa skrywały drewniany budynek dyrekcji, ale Andrzej zdążał w kierunku ceglanych hal warsztatowych z wielkimi oknami. Tam uczniowie mieli zajęcia i dorabiali na obrabiarkach. Patrzył na dotaczanie mosiężnych części do kotła, naprawianie miedzianej instalacji wodnej w wagonach, popytał się majstrów. Nic. Dopiero ostatnim warsztacie, skąd widać było w całej krasie słynny, okrągły, kształt praskiej parowozowni, jeden z robotników opowiedział mu dziwną historię.

– A wiesz pan, myślelim nawet, że chłopaki kradną. Cuś w karmanach wynosili. Stary Mizgalski, co tu pilnuje, nawet im rewizję zrobił. I wiesz pan, ale się obśmialim. Opiłki, kieszenie opiłkami napełniali. Gadali, że jakieś eksperymenta chimiczne robio.

– Uuuu – przenikliwy gwizd parowozu, wytaczającego się w chmurze dymu i pary z parowozowni, przerwał im rozmowę. Czekali, aż czarne cielsko przetoczy się ze zgrzytem.

– Głupstwo, nawet zamietlim je dla ich na kolejny raz. – Kontynuował robotnik.

– Pamiętacie może, którzy to?

– Kto by tam ich spamiętał. Na pewno wysoki z konopiastą czupryną i mały rudy. Jeszcze dwóch, lebo trzech. Wiela tego.

Ciekawe. Skręcił wśród drzew i poszedł spokojnie do wyjścia przy Kiejstuta. Układało się.

Piosenka Lata dwudzieste

O pierwszej siedział w knajpie u Popielarskiej11 przy oknie i obserwował Białołęcką. Z sąsiedniej sali dobiegał stukot bilarda. Patefon grał głośno „Gdy zobaczysz ciotkę mą, to jej się kłaniaj, ”. Szlagier ośpiewywało ostatnio pół Warszawy, a nogi same przytupywały pod stołem w rytmie foxa.

https://staremelodie.pl/piosenka/1586/Gdy_zobaczysz_ciotke_ma

Zamówił duże piwo i galaretę. Piwko było świeże, delikatnie spienione, nie za zimne, ot w sam raz na wiosenny dzień. Nóżki doskonałe, mocno pieprzne i z solidnymi kawałkami mięsa, a nie nafaszerowane marchewką. Chałka pachniała jak z najlepszej żydowskiej piekarni. Rozkoszował się smakiem i czekał. Na wszelki wypadek położył przy talerzu pięćdziesiąt groszy, by móc wyjść w każdej chwili. Tak, znad kufelka, mógł i parę godzin śledzić co się dzieje na ulicy.

Lecz, jeśli chłopaki byli precyzyjni, zaraz powinna się pojawić. Rzeczywiście. Szejne szikse12, jak opisał Benek. W bródnowskim tłumie płynęła jak królowa, o pół głowy wyższa od przechodniów. Jakże inna od miejscowych, przysadzistych i cycatych blondynek. Smukła, czarne włosy obcięte krótko, zgodnie z modą z najlepszych salonów Warszawy. Malutki fioletowy toczek, harmonizował z takimże płaszczykiem, krótkim, odsłaniającym zgrabne łydki. Jak ona przejdzie błotnistą Oliwską? Poderwał się by przeciąć jej drogę. Delikatnie potrącił, po czym zaczął przepraszać wylewnie, może nazbyt, całować rączki. Dało mu to czas przyjrzeć się jej czarnym oczom, takim, że utopić się w nich można, delikatnym ustom, podbródkowi z dołeczkiem i ostro zarysowanym kościom policzkowym. Prawdziwa piękność, choć jej „dajta już pokój dziadu”, powiedziane chrapliwie, z praskim akcentem, nie świadczyło o wykształceniu. To była słynna Tyczka, bródzieńska zdobywczyni serc.

Jeśli miał jakąkolwiek wątpliwości czy podjął właściwy trop, to spotkanie rozwiało je zupełnie. Na nadgarstku królowej przedmieścia połyskiwała złotem hiszpańska bransoleta pani Janiny.

No tak, już wiedział „kto”, trzeba tylko zidentyfikować całą szajkę i upewnić się „dlaczego?”. Choć już chyba wiedział. Kawałki układanki wpadały na swoje miejsce.

Zgodnie z instrukcjami agentów poczekał do trzeciej. Ulice zagęściły się tłumem wychodzących z warsztatów. Nie było łatwo dostać się na dach piętrowego, niczym niewyróżniającego się, drewniaka przy Siedzibnej. Na szczęście jabłonie kwitły i zasłoniły Andrzeja, gdy mozolnie wspinał się od strony ogrodu. Ułożył się na dachu i wyjął swój stary, policyjny wynalazek. Gumową rurkę z lejkiem na końcu. Wpuszczenie jej przez okno wymagało nie lada akrobacji. Dzięki niej dźwięki z dołu będą biegły wprost do jego ucha.

Piętnaście po dziewiątej, w świetle płonącej regulaminowo lampki numerowej, zobaczył sylwetkę Tyczki. Nie do pomylenia. Obok niej wysoki Antek. Objęci. Chwilę całowali się namiętnie. Zaraz za nimi pojawiła się jeszcze jedna, niska postać w szkolnej kurcie. A potem dwóch zwalistych osobników w płaszczach. Zaskoczenie, bo jednak nie spodziewał się bródzieńskich kryminalistów.

Trzaski drzwi, charczenie, szuranie nóg.

– Macie? – rozległ się przepity głos o praskim brzmieniu.

– Jutro wieczorem szefie, musimy jeszcze rozdrobnić pył i przesypać w woreczki. – to Antek.

– Tylko nie skrewcie, bo… – nieznany mężczyzna zawiesił głos.

Spokojnie, szefie. Antka mundur przecież jak kolejarski, wzbudza zaufanie. Będzie doprowadzał do młodego. On robi za uciekiniera z sowietów, co rodzinne skarby wyprzedaje. Od takiego młodego chętnie wezmą, połaszczą się na zysk – głos Tyczki był niski, powabny – ja będę naganiać.

– Ty szefie i Rudy musicie być obstawą, by komuś nie przyszło do głowy oszukać, wziąć nas na rympał, to duże pieniądze. – Wtrącił Antek.

Andrzej posłuchał jeszcze trochę. Uśmiechnął się. Dokładnie jak dziś się domyślił. Złoty piasek. Stary warszawski numer. Prawie o nim zapomniał. Dobra, czas iść na policję.

Ruszył się, by zwinąć rurę i wtedy poczuł jak zsuwa się z dachu. Nie było czego się złapać. Rozłożył szeroko ręce i nogi by spowolnić ruch. Próbował chwycić rynnę, lecz była pełna mokrych kwiatów i liści, palce mu się ześlizgnęły. Cholera, nie da rady, wyląduje przed samym wejściem, będzie poruta, Antek pozna go i zwieje. Zawalił, cholera, zawalił.

To była ostatnia myśl, nim z łomotem wylądował na ziemi. Dwadzieścia lat temu, to nawet by nie poczuł i jak sprężyna odbił się na równe nogi. Ale lata już nie te. Zabolało ramię, znowu lewe, aż krzyknął. Drzwi otworzyły się z hukiem. Poczuł uderzenie w głowę. Stracił przytomność.

Ocknął się od kopnięcia w żebra. Wokół ciemność. Leżał w wilgotnym błocie. Mięśnie zesztywniały mu od chłodnej ziemi. Czuł jak sznur wbija mu się w nadgarstki, krępuje nogi. Był związany jak baleron. Głowa pulsowała bólem.

– Żyjesz dziadu? – Pochylona nad nim postać wionęła przetrawionym alkoholem. – To się ciesz, bo już niedługo. He, he.

Gdzie ja do cholery jestem? Wytrzeszczył z wysiłkiem oczy. Ceglany mur, zimne błoto, obok ciemne kupy ziemi. W słabym świetle lampki dostrzegł krzyże. Aha, Cmentarz Bródnowski, akurat miejsce na koniec życia.

– Słyszysz? – Znów owionął go smród podłej gorzały i cebuli – To Rudy kopie ci grób.

Przyjemniaczek, nie ma co. Głupio kończy się jego historia. Wyjść cało z rąk kaukaskich przemytników, wymknąć się spod noża żydowskim alfonsom, nie dać się angielskim szpiegom w dalekim Nepalu, przeżyć ostrzał artylerii tureckiej w czasie Wielkiej Wojny, wyrwać się z łap czechosłowaków i bolszewików, a dać się wykończyć nędznym urkom13 z Bródna.

Zgrzyt metalu o kamień. Pogwizdywanie. Za plecami bandyty pojawiła się postać z łopatą.

– No dobra, dziadu…

Świst, wrzask, mlask padających w błoto ciał.

– Piękna noc, panie komisarzu – zabrzmiał spokojny głos Staśka.

Zabłysła latarka. W jej świetle zobaczył jak Stasiek chowa za pazuchę paragraf – ołowianą kulę na sprężynie, straszliwą broń uliczników.

– Pan to prawdziwy meszunge14, komisarzu. Nocne spacery po Cmentarzu Bródnowskim – dodał prześmiewczo Benek, przecinając więzy i stawiając Andrzeja na nogi. – Jak tam głowa?

– Przeżyję – odparł ciężko, powstrzymując siłą woli zawroty i starając się nie czuć straszliwego pulsowania na potylicy. Powoli rozcierał stężałe mięśnie. – Uratowaliście mi życie, chłopaki.

– Oj panie komisarzu, mówiliśmy, że to sami zrobimy. Woleliśmy mieć na pana oko, ale mogliśmy włączyć się dopiero tutaj, gdy Rudy i Edek zostali sami. Nie chcieliśmy zepsuć akcji.

Odprowadzili go do samych drzwi XXV komisariatu. Uściskał ich serdecznie. Tacy w policji pracować powinni.

Młody posterunkowy, pełniący dyżur nocny, obrzucił podejrzliwym wzrokiem porwane i ubłocone ubranie Andrzeja.

– Czego pan sobie życzy?

– Muszę rozmawiać z komisarzem Rylskim. Połączcie mnie proszę, powiedzcie, że major Andrzej Zaleski ma pilną sprawę.

Połączono go natychmiast, na młodym glinie szarża zrobiła wrażenie.

– To ty Andrzeju? Już myślałem, żeś o starym druhu zapomniał. Wpadłeś do mnie na kieliszeczek starki? – W słuchawce huknął radosny głos Rylskiego.

– Dzisiaj niestety służbowo. Przyjedź, proszę, do komisariatu. To pilne.

Komisarz Rylski, gładząc gęste siwe włosy, wysłuchał uważnie opowiadania Andrzeja, od czasu do czasu, zadając celne pytania.

– Faktycznie nietypowa sprawa. Szajka, to starzy znajomi z Bródna. Ten szef, to oczywiście Czarny Julek, Tyczka, panna Izabella, to jego była flama. Rudy, to Rudy Kosa, już niejednego smykiem przeciągnął. Wasi chłopcy wdepnęli w paskudne towarzystwo. Musimy natychmiast działać, bo nie wiadomo, jak długo chłopaki przeżyją. Samego wkładu złota za sześć stówek, gotowy towar sprzedaliby za co najmniej trzy tysiące. Czarny Julek nie będzie się takimi pieniędzmi dzielił.

– Dobra, to do roboty.

– O nie Andrzeju, ty do domu i do łóżka, dorożka czeka. Od roboty jest Policja Państwowa.

Chciał dyskutować, ale po próbie gdy gwałtownie wstał, zakręciło mu się w głowie tak, że do dorożki musieli go sprowadzić. W domu Anisa na widok poturbowanego Andrzeja załamała ręce, ale nie pisnęła złego słowa. Opatrzyła mu bark, nadgarstki, kostki, przykładając maść pachnącą stepowymi ziołami. Napoiła go obrzydliwie gorzkim wywarem, rozpoznał smak kory wierzbowej i kwas cytryny. Obejrzała guza z tyłu głowy i machnęła lekceważąco ręką. Nawet nie pamiętał jak zasnął.

Środa, 20 maja 1925r.

Następnego dnia po południu Andrzej siedział w gabinecie Michała. Bark miał opatrzony, syn nie zauważył nawet obrażeń ojca.

– Powiedz, o co właściwie chodziło? – niecierpliwił się Michał.

– Numer jeszcze z czasów imperium. Sprzedają złoty piasek. W normalnych woreczkach z bankowymi pieczęciami. Tylko, że w woreczkach złoto jest tylko na wierzchu, a pod spodem opiłki miedziane.

Woreczki mają pewnie jeszcze z banku Rosji, kazionne15. Niejeden dał się na to nabrać. Okazja kupić złoty piasek, za pół ceny. Teraz ludzie też się boją o losy nowej złotówki i chętnie czegoś bezpiecznego poszukają. Sierota, uciekinier z sowietów, wyprzedaje majątek rodziców, pomaga mu dobry, polski kolejarz. Historia wyciskająca łzy i wabiąca amatorów łatwego zarobku. Dlatego kradli złoto i pieniądze, by mieć na tę górną warstwę. Gdybym wiedział, że chłopaki wynoszą z warsztatów opiłki, to wcześniej bym zrozumiał, co planują.

– Nie mogę uwierzyć, że to Antek. Taka ziemiańska, patriotyczna rodzina, pieniędzy sporo mu posyłali. Gotów byłem za niego zaręczyć – Michał nerwowo pocierał dłonie i wykręcał palce.

– Zakochał się, a taka miłość kosztuje. Izabella, zwana Tyczką, piękna kobieta. Owinęła chłopaka wokół palca. Najpierw wyciągnęła z niego wszystko, co mu rodzina posyłała i co dorobił w warsztatach. Wiesz, ile kosztuje taki płaszczyk? – ze dwie stówki. Jak już był goły, chciała go rzucić. Wtedy Antek zalazł Wojtka Łyńko, biedaka, co ma zręczne palce. Omamił sutym udziałem. „Podzielimy równo na trzy, dostaniesz tysiąc złotych”. Dla piętnastolatka to fortuna. Razem podszkolili się i kradli. Benek był świadkiem, jak Wojtek wyciągnął pugilares urzędnikowi kolejowemu.

– Ukradł, na ulicy? – Michał poczerwieniał i prawie krzyknął.

– Nie, oddał go, wsuwając w inną kieszeń, dowcipniś. Robota majstersztyk, chłopak ma w rękach talent. Plan był prosty. Pieniądze wydane na złoto, złoto starte na opiłki. Miedź na spód. Miłość jest ślepa i głupia, choć pomysłowość wyzwolić potrafi.

– Co się stanie z chłopakami?

– Znam komisarza Rylskiego, da im szansę. Twoje chłopaki są przerażeni, sypią równo, pomogli policji odzyskać skradzione złoto i pieniądze. Czeka ich więzienie, ale łagodny wyrok za współpracę. Może trafią z dala od prawdziwych urków.

– Szkoda Antka, zmarnował się przez dziewczynę.

– No wiesz Michał – Andrzej żachnął się – nikt go nie zmuszał, by okradał kolegów. Nauczka teraz, póki młody, da mu szansę na otrzeźwienie. Z bogatej rodziny jest, nie zginie. Przynajmniej pani Janina odzyska bransoletkę, widziałem ją na ręce u Izabelli. Widać twój Antek nie dołożył jej do puli, ale potraktował jako osobisty prezent dla kochanki. Wojtek, który ściągnął bransoletę, nawet o tym nie wiedział. Ale to Wojtek będzie musiał sobie poradzić z wyrokiem na koncie. Antek wciągnął go, a dla dzieciaka szkoła kolejowa to była życiowa szansa. Z takimi palcami byłby świetnym mechanikiem. Bez pomocy rodziny i państwa Wojtek znajdzie się na marginesie życia.

– Masz chyba rację ojcze. Wojtkowi państwo i rodzina nie pomogą. Oni nie, ale my możemy. Warto zainwestować parę setek. – Michał sięgnął po czarną słuchawkę telefonu. – Pani Janino, niech mnie pani połączy z mecenasem Śmiarowskim16.

Andrzej patrzył na syna, naprawdę zaskoczony.

 

Bródno i Praga 1925

Przypisy

1 – czerwono-zielona flaga eserów, rosyjskich socjalistów-rewolucjonistów

2 – ZLN – Związek Ludowo Narodowy, partia współrządząca Polską w latach 1923-26

3 – na potrzeby opowiadania rok otwarcia szkoły kolejowej na Bródnie przesunięto o dwa lata na 1923

4 – reforma walutowa Grabskiego w 1924, zastąpienie Marki Polskiej przez Złotego

5 – XVIII komisariat kolejowy

6 – fabryka mydła i kosmetyków Schichta przy Szwedzkiej

7 – łac. sposób działania

8 – łac. okazja czyni złodzieja

9 – Edward Kobuszewski, ojciec Jana Kobuszewskiego, był właścicielem bazarku na Bródnie

10 – Makabi, słynny warszawski przedwojenny, żydowski, klub sportowy

11 – restauracja u Popielarskiej istniała na Bródnie przy Białostockiej

12 – szejne szikse, jid. piękna dziewczyna (nie Żydówka)

13 – urkom, gwar. złodziejom

14 – meszunge, jid. wariat

15 – kazionne, ros. skarbowe, z oficjalnymi pieczęciami skarbowymi

16 – mecenas Śmiarowski – znany przedwojenny warszawski prawnik

Drzewica, środa, 14 września 1892

Alina nie miała już siły płakać. Ciężka ziemia, rzucana pełnymi łopatami na odkażoną wapnem trumnę Eli, przecinała ostatnią nić wiążącą ją z przeszłością, z domem rodzinnym.

Trudno było uwierzyć. Ela, zawsze taka energiczna, pełna sił. Dla Aliny jedyna starsza siostra. Od kiedy pamięta, Ela była obok. Do niej przybiegała z podrapanym kolanem. Ona uczyła ją zaplatać warkocze. Za nią chroniła się, gdy rozbiła dzbanek. Siostra potrafiła uspokoić rozsierdzoną nianię i to dzięki jej wstawiennictwu Alina mogła bezkarnie spędzać całe dnie w stajniach, oborze, czy strzelając do rzutków.

Matki nie pamiętała, Ela zaspokajała ojcowską potrzebę posiadania w domu prawdziwej kobiety. Rządzącej kuchnią, służbą, twardą rączką komenderującą ojcem, ale i będącej ozdobą każdego prowincjonalnego balu. Siostra rozsiewała wokół blask i poczucie elegancji. Jej gra na pianinie była akuratna, głos nie za wysoki, lecz przyjemny w śpiewie, haft bezbłędny. Alina mogła więc spełniać bardziej rolę syna. Niesfornego, rozhasanego, gdzieś tam blisko zwierzaków i pachnącego raczej polem niż paczulą.

Choć Alinie przypadała rola wieczornego czytania, gdy Ela w towarzystwie służących Marty i Teosi cerowała, szyła, haftowała, czy darła pierze. Ojciec, w te dni, gdy końskie interesy nie zatrzymywały go w mieście, albo źrebienie się klaczy w stajni, zwykle przeglądał gazetę gubernialną, ćmił krótką fajeczkę, lub po prostu drzemał, udając słuchanie. Gdy głos Aliny, zmęczony lekturą, słabł i chrypiał, siostra podnosiła głowę znad robótek i spokojnie mówiła, zawsze to samo:

– Alu weź soku z kredensu po lewej stronie. Malina z lipą gardło wzmacnia. No już, teraz.

Lecz to również dzięki Eli odebrała właściwe wykształcenie. Pamięta jak podsłuchała jej awanturę z ojcem. Przyłożyła szklankę do ściany ojcowskiego gabinetu i wszystko słyszała.

Ela nie krzyczała, lecz mówiła spokojnym, nie znoszącym sprzeciwu, głosem. „Całkiem dziewczyna zdziczała. Ledwie co czytać i pisać umie. O sztuce nie porozmawia, na instrumentach nie gra, nie zatańczy. Krzywdę jej robicie ojcze. Dziewczyna zaraz dwanaście lat będzie miała, za pięć lat czas za mąż ją wydać, a kto taką dzikuskę weźmie? Miejscowy pijus jaki. Tego dla niej chcecie ojcze?”

Alina za mąż się nie wybierała, ale taniec i muzyka pociągały ją niezmiernie. Więc nawet przesadnie nie grymasiła gdy przysłano pannę Malarską, co właściwym dla dziewczyny kształceniem się zajęła . Lecz wolne chwile spędzała z siostrą, popisując się nowo nabytymi umiejętnościami iwciąż korzystając z niezwykłej dla panien swobody. Wieczorami zaś siedziały razem przy świecy i w pismach wyszukiwały sztychy obrazów. Alina zafascynowana była symboliką malarską i doszukiwała się w każdym malunku niewypowiedzianych otwarcie treści.

Potem zaś Ela wpadła w oko samemu młodemu Jankowi Gerlachowi[1].

Stary Gerlach krzywił się na mezalians, że chłopak, wart kilkaset tysięcy rubli, drugi w linii do dziedziczenia takiej fabryki, bierze sobie jakąś biedaczkę, na pięćdziesięciu morgach łąk. Lecz Janek walnął pięścią w stół, krzyki ponoć było słychać aż w giserni. A i Ela okręciła sobie starego pana wokół palca. Trudno było oprzeć się jej urokowi. Jedno spojrzenie tych chabrowych oczu spod złotych loków i mężczyźni topnieli. Alina próbowała się tego nauczyć od siostry, lecz śmiesznie wychodziło to w wykonaniu nieopierzonego podlotka.

Ojciec sprzedał stado koni, wesele było huczne. Bawiono się trzy dni. W końcu nie co dzień żeni się syn takiego fabrykanta i córka ostoi powiatowego ziemiaństwa.

Mimo małżeństwa,siostry pozostały blisko. Powozem do Drzewicy była mała godzina, a Alina i w siodle wyrwać się potrafiła. Tylko ojciec jakoś zapadł się w sobie. Zmarniał. Brakowało mu widać tej kobiecej obecności, której Alicja wtedy zapewnić nie umiała.

A owej jesieni, osiem lat temu, nieokiełznany bułanek zrzucił ojca i strzaskał mu kość udową. Poszła gangrena. Nogę odjęli za późno i ojciec do Bożego Narodzenia nie dotrzymał. Janek i Ela gospodarkę ojcową sprzedali, Alina przeniosła się do Drzewicy, ale jakoś źle się czuła w fabrykanckim świecie. Ela też to widziała i starała się spędzać z siostrą jak najwięcej czasu. Ale jakim towarzystwem jest siedemnastolatka dla poważnej pani lat dwudziestu czterech, brzemiennej drugim dzieckiem?

I jak się los dziwnie układa. Na przyjęciu u Gerlachów w Warszawie, gdzie Alina jechać się opierała, stanął przed nią młody porucznik. Przystojny, rudawy wąs, smukły jak trzcina. O ile ciekawszy od tych prowincjonalnych głupków, co im tylko rola i pieniądze w głowie. Z porucznikiem szło porozmawiać i o Tołstoju i wiersze Asnyka znał, a i w naukach się orientował.

Zdziwiła się, gdy porucznik okazał się być policjantem, ale także i synem Zaleskiego z sąsiedniego Białaczowa. Dlaczego nigdy w powiecie go nie widziała? Dopiero później wyjaśniło się, że to był ów młodzieniec, którego do kadetów posłano. Ela nie była zachwycona, oświadczynami. „Caratowi służy, pluć za nim i tobą będą. Na pewno chcesz tego? Jeśli do Warszawy chcesz, to u kuzynów mieszkać możesz. Ładna jesteś, znajdziesz sobie lepszego.”

Lecz ona lepszego nie chciała, Andrzej też z miejsca się zakochał. Ślub był cichy, rodzinny. Gdy Alina za Andrzejem do Warszawy pojechała, kontakty z siostrą nieco się rozluźniły. Listy do siebie długie pisały, niemal co tydzień, ale widywały się rzadko. Ela z Drzewicy wyjeżdżać nie lubiła. Potem zwaliły się na siostrę nieszczęścia. Najpierw Tomuś na krztusiec zszedł. A potem Julcia na różyczkę zapadła, akurat jak Ela była w ciąży. Mały Adaś okrutnie zniekształcony trzech dni nie przeżył. Ledwo ochrzczonego pochowali tu, zaraz obok Tomusia. By Ela obok nich spocząć mogła, cały dół wapnem wysypali. Cholera.

Cholera szalała w opoczyńskim od roku. Zbierała swoje żniwo, choć głównie wśród biedoty i żydostwa.

Jak zaraziła się nią pani Gerlachowa? Wszak w domu i fabryce woda czystą była, doły kloaczne dezynfekowano, nikt inny nie zachorował. Musiał zgubić Elę jej samarytański charakter. Po wsiach jeździła. Ciemnym chłopom konieczność prac asanacyjnych[2] tłumaczyła. Jej się słuchano i problemów jak w innych powiatach nie bywało. Z komisją sanitarną ostatnio w Wygnanowie była. Musiała coś nieostrożnie wypić lub zjeść. Do Aliny telegram o ciężkim stanie siostry przyszedł przedwczoraj. Przyjechała bez zwłoki, wczoraj wieczorem. Już było za późno. Siostra we wtorek rano zeszła na cholerę.

I teraz Alina została sama. Siostry już nie ma. Nigdy nie będzie. Czuła wokół siebie pustkę, której już nigdy nie wypełni. Pustkę w miejscu, w którym zawsze królował silny głos Eli i jej energiczna sylwetka. Klucz do wspomnień ze szczęśliwego dzieciństwa.

Janek Gerlach to miły chłopak, ale pewnie zaraz nową żonę znajdzie. Takiemu długo nie być samotnym wdowcem. Ponoć po stracie Adasia najlepiej między nim a Elą  nie układało. Już tam się pani Staszewska koło niego kręciła. Ponętna kobieta. No i Julci matka potrzebna.

Co ona ma zrobić? Po co siedzi pod tym cholernym Opocznem? Podjedzie do Marty. Dowie się, co w Białaczowie słychać. Tylko jeszcze wstąpi do Lei Zilberman do Przysuchy, nie widziały się od trzech lat.

Petersburg, czwartek, 15 września 1892

Andrzej zdumiony patrzył na telegram od żony.

„Jadzka, Maciej i ich dzieciaki zmarli na cholere Stop Michal zdrowy w Warszawie Stop Ela nie zyje Stop Przyjezdzaj Stop Linka Stop”

Nie bardzo wiedział co ma zrobić. Zbieg okoliczności był niesamowity. Akurat wezwali go z Sachalina do Pitera[3]. Jechał ponad miesiąc z kurierami nie będąc pewny, czy za ucieczkę skazańców zdegradują, czy za złapanie bandy Jurija nagrodzą. Lecz podpis na wzywającym go piśmie „Podpułkownik I Oddziału Żandarmerii W. G. Czeburdanidze” napawał optymizmem. Stary znajomy.

Dobre przeczucie go nie zawiodło. Przyjechał do stolicy, by dostać Annę II klasy[4] z brylantami. Widział w tym też rękę generała Czerskiego, który w międzyczasie awansował na rzeczywistego radcę państwowego w ministerstwie, a po sprawie z pociągu sprzed półtora roku, bardzo cenił Andrzeja.

Więc telegram od żony zastał go w Piterze. Czy da radę pojechać? Jak? Nie może Linki zostawić z tym samej, Ela była jej ukochaną siostrą. Trzeba też zdecydować, co z Michałem. Musi porozmawiać w ministerstwie.

– Witam wasze wysokobłagarodije[5]. -Na smętnej zwykle twarzy Gruzina błąkał się lekki uśmiech. Z Czeburdanidze, wtedy jeszcze majorem służącym w Warszawie, bardzo polubili się tamtej zimy 1891, bywali u siebie często. Okazał się być niesłychanie ciekawym człowiekiem, o szerokich horyzontach, no i połączyła ich wspólna pasja do królewskiej gry. Nad szachownicą spędzali długie wieczory komentując partie Stenitza[6] i Zukertorta[7] i spierając się, czy Austriak jest prawdziwym mistrzem świata. Andrzej lubił twierdzić, że to lubliniakowi Cukiertortowi, bo tak prawdziwe nazwisko mistrza brzmiało, należy się palma pierwszeństwa. Po wygranej Steinitza z 1886, był to spór czysto teoretyczny.

– Witam panie pułkowniku, jak się miewa generał Dowłatow?

Awans Czeburdanidzego na radcę dworu, czyli podpułkownika, był na pewno zasłużony. Gruzin był utalentowanym organizatorem i potrafił nawet z byle jakich dokumentów z głubinki[8] wycisnąć istotę sprawy. Dowłatow był ich wspólnym szefem w Warszawie i obaj wysoko cenili starego generała.

– No już rok, jak generał w odstawce[9]. Nie uwierzycie kapitanie, ale przeprowadził się gdzieś do Siedmiorzecza[10] i z młodą tatarką się ożenił. Piękna jak rumak na stepie, ponoć z rodu chanów i od Alego[11] się wywodzi.

– Proszę bardzo, jednak ciągnie wilka do lasu.

Generał Dowłatow spędził młodość walcząc z chanatem fergańskim i zawsze cmokał z zachwytem nad urodą tatarek.

– Siadajcie kapitanie – Gruzin wskazał mu wygodny fotel naprzeciwko swego ciężkiego biurka. – Wam Andriej Stanisławowicz udało się z Jurijem. Dobrze, że to był szpieg japoński, a nie zwykły bandyta, więc o ucieczce zesłańców wam zapomniano. I Annę dostaliście. Gratuluję.

Andrzej zarumienił się. O zesłańcach wolał nie rozmawiać, to był śliski temat, nawet z Czeburdanidze. Stary lis mógłby rozszyfrować jego rzeczywistą rolę, a wtedy Sachalin stałby się dla niego nie miejscem niewdzięcznej służby w żandarmerii, ale prawdziwego zesłania. Na szczęście pułkownik nie drążył tematu.

–  Jego ekscelencja wiceminister generał Swierdłow proponował też dla was 200 rubli w złocie, ale wytłumaczyłem mu, że pewnie dwa tygodnie urlopu będziecie woleli.

Andrzej rozpromienił się.

– Dziękuję wam Waso Gogowicz.

Na otczestwo[12] przeszli którejś nocy w Otwocku, po wygranej majora czarnymi w partii francuskiej i wielkiej ilości gruzińskiego koniaku. Waso – „carski”, wydawało się wielce odpowiednim imieniem dla surowego Gruzina, szczególnie w obliczu takiej nowiny. A Gogowicz od imienia Gogo, czyli po gruzińsku bohater, dobrze wyrażało uczucie wdzięczności przepełniające Andrzeja.

– Nawet nie wiecie, jak żeście mnie ucieszyli, takiej nowiny się nie spodziewałem.

– No wyobrażam sobie, że wasza piękna Alina tam usycha z tęsknoty.

Póki co, Andrzej nie zdecydował się zabrać żony ze sobą na daleki wschód. Klimat na Sachalinie był paskudny, a warunki życia ciężkie. Nie na darmo nazywano go „wyspą-więzieniem”. Czechow pisał wprost „piekło na ziemi”. Nawet nadzorowi nie było tam lekko. Zimą padało, wiało od Pacyfiku i te zwykłe -20C było cięższe do zniesienia niż jakuckie mrozy. A latem lało. Lało bez końca. Wszechwładny brud, wilgoć, groźba epidemii tyfusu i ta obezwładniająca nuda.

Tęsknił więc za Aliną jak wariat. Chciał ją po prostu zobaczyć, epidemia cholery, czy nie. Tym bardziej jeśli teraz potrzebuje jego wsparcia. Śmierć Eli musiała być dla Linki bolesna. Przytuli żonę mocno, jak od ponad roku tego nie robili.

Jeszcze tego wieczoru kupił bilet pierwszej klasy do Warszawy i od razu kolejny na pociąg kolei Warszawsko-Wiedeńskiej do Piotrkowa. Czas w drogę.

Skrzyńsko pod Przysuchą[13], piątek, 16 września 1892

W karczmie panował zwykły mrok i zaduch. Nad stołem, poplamionym i porżniętym przez chłopskie pokolenia,w kutym kaganku żółtym światłem migała samotna świeczka. Druga paliła się nad kontuarem Cwiego, by gorzałki po ciemku nie rozlewać. Słońce już zaszło i chłopi cisnęli się wokół starca zajmującego wielki zydel, na którym zwykle wójt lub Pęczek siadywali. Tym razem Pęczek, mimo, że we wsi gospodarz najzamożniejszy, na dwudziestu trzech morgach siedzący, miejsca wędrowcowi ustąpił. Bo i dziad opowiadał rzeczy niezwykłe.

– Widzita chłopy. Strzeżta się. Widziałech to za Wisłą. Komisyje asanacyjne na wsie nasyłają. Niby z cholerą walczyć. A wicie gospodarze co oni robio?

Chłopi pokręcili głowami. „Asanacyjne” brzmiało groźnie. Zresztą czy kiedykolwiek miastowe wymyśliły coś dobrego dla wsi? Tylko nowe podatki i pobór do wojska, co najlepszych chłopaków na dwadzieścia lat z gospodarki wyrywał i gdzieś na wojnę z Turkiem, czy innymi poganami wysłał.

Wpatrywali się więc w siwobrodego,dziwnie odzianego, starca. Ubrany był ni to w sukmanę, ni to w habit mnisi. Ciężka brązowa wełna tworzyła głębokie fałdy kryjące postać, a sznur przepasał go jak zakonnika. Tylko poniżej pasa poły schodziły się ja w nogawki spodni. Ale świętobliwie i dostojnie wyglądał. Na stopach pokryte kurzem drogi, choć nadspodziewanie solidne skórzane sandały. W takich to wiele wiorst przejść można. Dziad zadowolony z uwagi odgarnął za uszy tłuste włosy, wielki krzyży żelazny, na grubym rzemieniu wiszący poprawił i ciągnął.

– Ta komisyja, to ziemniaki i zboże wam zabierze. Kwasem karbolowym zaleją, zniszczą wszystko, jako przez cholerę skażone. I co jeść będzieta? Zimą z głodu pomrzecie. A kto chory to zabiorom. Dokąd? Tam skąd jeszcze nikt nie wrócił. Doły też kopać wam każą. Kloaczne powiadają. Bo tam za potrzebą biegać macie. Jakoś rodzicom i dziadom waszym potrzebne nie były. Dobrze żyli. Wam po co? Jeszcze podatek nowy od dołu nałożom. Strzeżcie się!

Przerwał na chwilę i spojrzał na gospodarzy. – W gardle zaschło, dalibyście łyk czegoś przepić.

Kulawy Tworek rzucił się do kontuaru Cwiego i przykuśtykał po chwili z przyjemnie bulgoczącym kamiennym kubkiem. Promieniejąc z dumy postawił go przed dziadem

– Co wy mi tu piwo podsuwacie? Mówiłech wam. Tylko gorzałka. Gorzałka cholerę zabija. Dochtory to ukrywajo, bo byście nie chorowali i im kabzy nie nabijali. Ale Żydy i pany? One wiedzą, że jak cholera, to pić więcej będziecie. Mówią, że Żydy, karczmarze – tu rzucił nieprzyjaznym okiem na Cwiego – studnie zatruwajo, by więcej okowity cholerykom sprzedać.

– Eh, Cwiemu to pokój dajta, on swój Żyd. – Odezwał się Maślak. Karczmarz Cwi faktycznie był w Skrzyńsku lubiany, bo Żyd był wesoły i wieczorami pięknie chłopom w karczmie śpiewał.

– Swój, swój, ale Żyd – mruknął dziad, lecz wątku nie ciągnął. Za to skwapliwie łyknął podsunięty mu kieliszek wódki i cebulą przekąsił.

– I jakem wam mówił. Matka Boska mnie posłała, bym po wsiach chodził i chłopów ostrzegał. By kościół święty, matkę naszą przed Żydami bronić. Noc ciemna była, jak pod Maciejowicami, gdzie Kościuszkoświętej pamięci, co wolność chłopów chciał dać, przez panów zdradzony został, pod kapliczką przed deszczem się schowałem. Głowa zmęczona mi opadła, gdy blask nieziemski w me oczy uderzył i taka jasność mnie ogarnęła. I głos słyszę, słodki i łagodny, jak głos matki nad kolebką dziecięcia.  Ów głos powiada. „Józefie, idź i nauczaj o zarazie, ludzi prostych przed Żydami ostrzegaj, idź do mego obrazu do Ostrej Bramy, a tam medaliki poświęcone weź i ludziom by od zarazy ich chroniły nieś.” – Stary zawiesił głos i rozejrzał się czy chłopi go słuchają. Otwarte z podziwu oczy zebranych wpatrywały się w niego jak w obraz. – To jak tylko wieść o zarazie w Galicyji i Królestwie gruchnęła, żem poszedł. Ten kostur wziąłem i do Matki Boskiej Ostrobramskiej,do samego Wilna,żem pokuśtykał. A tam? Eh byście widzieli!Kościoły jakich i w Warszawie nie masz. A ilu księdzów, mnichów, świętych ludzi? Matka Boska swymi oczyma z obrazu najświętszego spogląda, lud błogosławi.

Zamilkł na chwilę, chlapnął gorzałki z podsuniętej mu bez słowa kolejnej szklanki.

– Jednego mnicha świętobliwego żem spotkał. Wielce pobożny tomąż i pismach uczony. 6 dni w tygodniu suszy, a w piątki całkiem nic nie jada. Ludzie mówią, że tu na ziemskim padole, ze świętymi obcuje. Widzenie swoje żem mu opowiedział, to ze mną poszedł i te medalki pod obrazem Matki Boskiej sam ksiądz biskup wyświęcił. „Idź i nieś je do mego ludu, z tej i z tamtej strony Wisły, niech Maryja Panna ich swą świętą dłonią od zarazy ochrania. Niech modlitwą szczerą do jej serca supozycję wnoszą i ona się przed swym synem za nimi wstawi. Każden, kto ten medalik nosić będzie, a przez trzy piątki różaniec dziewięciokroć odmówi ten siebie i rodzinę swoją od zarazy całkiem ochroni. Chłopa, babę, pacholę i dziewkę. Każdą chrześcijańską duszę Matka Boska, orędowniczka nasza obroni.”

Stary sięgnął za pazuchę i wydobył zza niej pięć medalików.

– To jak mi ksiądz prałat nakazał, od wsi do wsi wędruję. Ale medalików niewiele, to nie więcej niż pięć na wieś ostawić mi wolno. – Potoczył wzrokiem po zebranych. – Tych chrześcijan najlepszych wybrać mam i chronić. Miasta omijam, bo tam nieprawość się szerzy i szczerych dusz nie znajdziesz. Wszystko za pieniądz by dostać chcieli.

Znowu milczał, a w karczmie zapanowała ciężka cisza. Chłopi kiwali głowami. W końcu Pęczak, gospodarz wszak wśród zebranych najprzedniejszy i urząd podwójciego piastujący, nie wytrzymał.

– A wiela to taki medalik stoi?

– Jakem mówił, tu nie w pieniądzu siła, tylko czy kto chrześcijanin prawdziwy, czy Żydem się brzydzi i czy bronić świętej wiary gotów. To główne. Wy kto jesteście?

-Pęczak Bartosz. Tu każden o mnie powi, żem we wsi wiary i siły ostoja.

– Tedy za cztery i pół złotego takiemu szczeremu chrześcijaninowi medalik dać mogę.

Niemało to było w Skrzyńsku było, ale Pęczak tylko poskrobał się po siwym łbie i stosik monet odliczył. Od razu się kilku chłopów cisnąć poczęło, ale tylko Baran i Maślak gotowiznę przy sobie miało. Michalak, syna do chaty posłał i czwarty medalik kupił. Tworek chciał od Cwiego pożyczyć, ale dziad mało go kosturem nie obił. Od żydowskich pachołków naubliżał i Tworek jak zmyty pokuśtykał do chałupy. Piąty medalik niespodziewanie Antkowi, co u Baranów służył przypadł. Antek w Przysusze ostatnio w kuźni robił, to i grosz gotowy w sakiewce nosił.

– Tylko pamiętajcie – grzmiał dziad na odchodne – komisyji zwieść się nie dajcie. To Żydy i Moskale na zniszczenie ludu i waszą biedę ich nasyłajo. Przegnać ze wsi, niech do swej diabelskiej maciory idą. Was tu Matka Boska suknią swą świętą przed zarazą ochroni.

Chłopi zamruczeli. Ale jeszcze nim dziad z karczmy wyszedł i w ciemności się rozpłynął, baby, co zdyszane z zagród przybiegły, na progu go opadły.Coś mu do ucha pytlowały, za poły ciągnęły, w ręce monety pchały. Wreszcie dziad zrezygnowanym ruchem do kieszeni sięgnął i jeszcze Marcinkowa, Duda, Cioskowa i ta Jadźka żołnierka, po rubelku każda, medalik wyfasowały.

Pęczak siwy wąs podkręcił, podparł się pod boki i twardo oznajmił.

– Słuchajta chłopy i baby, działać nam trzeba, wieś naszą przed komisyją i zarazą chronić.

Przysucha, sobota 17 września 1892

Alina ledwo dziobała stojący przed nią omlet. Lea była świetną kucharką, a już omlet z gęsich jaj z ziołami, to było prawdziwe dzieło sztuki. Puszysty, pachnący masłem i z tym niepowtarzalnym smakiem ziół i traw zebranych gdzieś tu przez Leę. Wyczuwała lekki kwasek szczawiu, podsmażone z czosnkiem liście lebiody, słodkawy smak rozmarynu. Do tego pachnąca szabasowa chała. Zilbermanówna dawno odeszła od tradycji żydowskiej i szabasu nie przestrzegała, choć tu, w Przysusze, kryć się z tym musiała. Dlatego smażyła omlety nie na kuchni, lecz na gorących kamieniach, grzanych w piecu. Nikt z miejscowych chasydów, co i tak wilkiem na żydowską nauczycielkę patrzyli, nie zobaczy dymu unoszącego się z komina przyszkolnego mieszkania Zilbermanówny.

Lecz Alinie było nie do jedzenia, choćby nie wiem jak pachniało i kusiło. Przegadały z Leą całą noc. Wypłakała się. Czuła że zapas łez skończył się i teraz pozostał tylko głęboki smutek i uczucie niezapełnialnej pustki.

Wysłuchała i trosk koleżanki. Lea nie raz żałowała, że dała się omamić pozytywistycznej idei pracy u podstaw. W rodzinnej Przysusze do szkoły dzieci nie posyłano. Cheder to było odpowiednie miejsce dla młodych chłopców. Siedzieli od rana do nocy nad Torą i komentarzami. Po co chasydowi szkoła?

Szkołę założono dawniej, nim Przysusze odebrano prawa miejskie i budynek był wiekowy, nieremontowany. Przychodziło tych kilkoro dzieci gojów, i tych z miejscowych postępowych Żydów, którzy prowadząc interesy z cesarstwem chcieli by dzieciaki dobrze rachunki opanowały i o najważniejszych dla Rosjan książkach porozmawiać umiały. Z polskim było gorzej, nikt tego nie potrzebował. Ale Lea nie ustępowała. Uczyła wszystkiego. Miała swój pomysł i uparcie, od pięciu lat go realizowała. Chodziła też po domach kształcić dziewczynki. Los żydowskiej dziewczyny był nie do pozazdroszczenia. Małżeństwo w wieku szesnastu lat, potem kolejne dzieciaki i po trzydziestce kobieta była już wrakiem. Tylko nielicznym udało się wyrwać do miasta i innego życia. A w mieście nie skończyć jako służąca, lub w podłym lunaparze.

Lea chwilami miała dosyć tej orki na ugorze. Wrednych, ostentacyjnie bogobojnych, żydowskich sąsiadów, plujących za jej plecami. Wytykania palcami przez dzieciaki. „Nikt nie jest prorokiem między swymi” mówiła z goryczą. Trzeba mi było jechać gdzieś za Wisłę, albo choć do Piotrkowa, żaliła się.

Więc teraz obie grzały dłonie o szklanki herbaty i skubały w zamyśleniu omleta.

Głośny stukot kołatki wyrwał kobiety z zamyślenia.

Zilbermanówna  zaciągnęła zasłonę oddzielającą kuchnię od reszty pokoju, podeszła do drzwi i ostrożnie je uchyliła. Widać był to ktoś znajomy, bo wpuściła do środka, odsunęła zasłonę, zaprosiła do kuchni. Wszedł szczupły Żyd, wyglądający na zbiedniałego kupca. Bił z niego lęk, prawdziwy strach.

– Alino, poznaj to Cwi Lublin, karczmarz ze Skrzyńska. Cwi, to pani Alina Zaleska, moja najlepsza przyjaciółka. Niegdyś z naszych stron, teraz z Warszawy. Nie mamy przed sobą tajemnic. Siadajcie Cwi i mówcie co was sprowadza, bo widzę, że sprawa jest poważna, byście w szabas przed modlitwą do mnie przybiegli.

– Pani nauczycielko, ja nie wiem jak zacząć i do kogo pójść po pomoc. Wójt się w chałupie zamknął, udaje że go nie ma. W kahale[14] mnie słuchać nie będę, w mieście wyrzucą mnie jako parcha za drzwi. A tu taka sprawa się szykuje. – Cwi mówił bez akcentu, melodyjnym głosem i używając słownictwa niespotykanego u miejscowych Żydów. – Więc do pani przyszedłem. Aron tyle dobrego o pani mówił, jak pani wszystko wie i na każdy problem lekarstwo znajdzie.

– Wasz syn, Aron, zbyt dobrego mniemania jest o prostej nauczycielce, ale mówcie, jak będę wiedziała jaki macie problem, to może i coś zaradzę.

– Bo, to pani nauczycielko rozruchy będą, krew się polać może, a my, Żydzi jak zwykle najwięcej ucierpimy. Lecz nie o siebie, czy Żydów mi chodzi. Z tą zarazą wszak sami sobie nie radzimy i tylko te komisje sanitarne coś pomóc mogą.

– Poczekajcie, jakie rozruchy? I co ma z tym wspólnego komisja sanitarna? Przecież w poniedziałek zjedzie do was, do Skrzyńska.

– No i stąd cały problem.

Słowo po słowie, systematycznie, Cwi opowiedział o zajściu w karczmie i o tym jak za namową dziada, stary Pęczak chłopów i baby przeciw komisji podburzył.

– Zobaczy pani nauczycielka, źle będzie, chłopi są wystraszeni, nikogo słuchać nie chcą, ale już za kije chwycić gotowi. A potem wiadomo. Polecą kamienie, karczmę mi spalą, bo Żydzi zawsze winni. Kto wie, może i na miasteczko pójdą. Wie pani, oni nas naprawdę nienawidzą, choć zazdraszczać[15]przysuszaśkim Żydom nie ma czego.

To była prawda, Przysucha może po Świętym Żydzie[16] pięknej synagogi się dorobiła i słynęła jako ośrodek chasydzki na całą gubernię. Do ohelu[17] jego i Smychy Bunema ciągnęły pielgrzymki. Po dawnej świetności przemysłowej pozostały co prawda dwa wielkie kościoły i mieszczańskie domy. Lecz po powstaniu i utracie praw miejskich miasteczko podupadło, ściany pokryły się liszajami. W dawnych kamienicach kupieckich gnieździły się obecnie całe rodziny biedoty chasydzkiej, pejsaci Żydzi z czeredami brudnych dzieciaków. Śpiewali pięknie i modlili się żarliwie jak nikt inny, ale głodowali i zajęci religią nie tworzyli ani przemysłu, ani interesów. Zaś Dębińscy, właściciele miasteczka, może i dwór piękny wybudowali, ale gospodarować nie umieli. Gdyby z błota złoto robić można było, to uliczki Przysuchy byłyby nim brukowane.

– Rozumiem – powiedziała zamyślona Lea. – Sytuacja naprawdę wygląda groźnie, szczególnie, że z cholerą nie ma żartów. Pamiętacie Wolę Żałężną. Ile tam przeżyło? Czternaście rodzin, z prawie setki. Zaraza nikogo nie oszczędza. Dobrze, że u nas kahał zgodził się na dezynfekcję studni i zmianę użycia cmentarza, tak by deszcze wody do źródeł nie zmywały. Jak jeszcze krew się poleje, wojsko przyjdzie porządek robić, domy spalą i więzienia się zapełnią.

– Czemu ten dziad na komisję szczuje? Ochrana rozruchy antyżydowskie wywołać chce? – Zapytał wprost Cwi. – Chłopi chcieli już jutro, zaraz po mszy, pogrom rozpocząć, ale baby zakrzyczały ich, że wpierw komisję odgonić trzeba i dezynfekcji zapobiec.

– Nienawiść do Żydów, na pewno ma znaczenie. – Wtrąciła się milcząca dotąd Alina. – Ale naprawdę to dziad dla pieniędzy panikę sieje. Nie brakuje chętnych dorobienia się na zarazie. Ile tych świętych medalików dziad u was sprzedał? Pięć po cztery i pół złotego i jeszcze pięć po rublu, nieprawdaż? Razem prawie dziewięć rubli. Medaliki warte pewnie dwugrywiennika[18] każdy, więc ma sześć rubli na czysto. Sto, albo i sto pięćdziesiąt cełkowych na miesiąc z tego wyciągnąć można. Jeszcze wódką napoją i nakarmią.

Cwi gwizdnął przeciągle. – Tak na to nie patrzyłem. Ładny grosz.

– Ochrany bym do tego nie mieszała. Tym niemniej coś robić trzeba. Może proboszcz od Świętego Wojciecha z ambony ogłosi? Czasem to działa. – Ciągnęła Alina.

Lea wybuchnęła śmiechem.

– Ksiądz Leon? Ten ledwo dychający fajtłapa? Kto się starego safanduły słuchać będzie? Zresztą znając go, to prędzej modły zbiorowe przed tym ich świętym obrazem zarządzi i do tego obłąkanego dziadowskiego różańca przyłączyć się każe, niż do dezynfekcji namówi. Ognisko ciemnoty na całe radomskie.

– Masz rację, pamiętam tego katabasa. Nic dobrego po nim spodziewać się nie należy. – Zamyślona Alina bezwiednie nawinęła lok złotych włosów na palce i lekko zmarszczyła się. Była teraz tak podobna do Eli, że Zilbermanówna aż się wzdrygnęła. – Andrzej jutro rano przyjeżdża z Pitera, może on coś poradzi.

– Andrzej Zaleski, mąż Aliny jest kapitanem żandarmerii. – Wyjaśniła Lea Cwiemu. Widząc skrzywienie na twarzy karczmarza dodała. – On stąd, z Białaczowa. Mądry, jak na policjanta.

Alina prychnęła. Sama uważała, że miejscowa inteligencja do pięt Andrzejowi nie dorasta. Zresztą w żandarmerii też się marnował. Lecz przeczuwała, rozumiała, że jest coś więcej, ważniejszy cel, który sprawia, iż służby nie porzuca.

– Nie obrażaj się Alu, lecz urzędnicy carscy rozumem nie grzeszą.

– Spierać się z tobą nie będę. Lecz zaufaj Andrzejowi, poradzi sobie lepiej niż tutejsi mądrale. – Obróciła się do Cwiego. – Czekajcie na mnie w niedzielę wieczorem. Przyjadę z mężem i może z kimś jeszcze. Można do waszej karczmy wejść dyskretnie, żeby miejscowi podejrzeń nie nabrali?

– Mój brat, Moryc, przywiezie was swoim wozem. Nawet jeśli chłopi zobaczą, pomyślą, że kupcy z interesami. Spotkacie się z nim tu, w Przysusze, mieszka koło rebLewiego.

– Drugi dom w lewo za synagogą, z zielonymi drzwiami – wyjaśniła Lea.

Białaczów, niedziela, 18 września 1892

Porozmawiać o problemach Skrzyńska nie udało się zbyt szybko. Andrzej zajechał koło południa powozem, sam,powożąc na koźle. Alina wyskoczyła z domu Marty mu na powitanie, a on tylko wpił się w jej usta, chwycił Linkę w pasie, do powozu wciągnął, konie zaciął i pod las pognał. Sądząc z odgłosów, które z spod opuszczonej budy przez najbliższe godziny dobiegały, nie zajmowali się tam rozmowami o filozofii i zapobieganiu epidemii.

Potem zaszli do Marty, omówić sprawę Michała. Zgodnie z testamentem Stanisława, ojca Andrzeja, który był chrzestnym Michała, Andrzej zaopiekował się jedenastoletnim wtedy chłopakiem, zabrał do Warszawy. Tam zakwaterował pod opieką Tomasza, syna Marty, posłał do szkoły przygotowawczej, a gdy okazało się, że chłopak ma prawdziwy talent matematyczny i ciągnie go do zagadnień mechaniki, załatwił miejsce w Szkole Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej.

Jednak była to opieka za zgodą Jadźki i Macieja, rodziców Michała, a teraz po ich śmierci nie bardzo było wiadomo, kto jest formalnym opiekunem chłopaka. Teoretycznie Florian, brat Macieja, który łakomym wzrokiem patrzył na opoczyński domek po bracie i dwie chude morgi co się jeszcze ostały z Jadźkowego wiana.

Marta miała własne zdanie.

– Niech pan kapitanie, pójdzie do Floriana, walnie pięścią w stół i weźmie Michała pod swoją pieczę. Temu chytrusowi tylko na majątku zależy, chłopaka zabierze z powrotem do Opoczna i zmarnuje. Roku dzieciak nie przeżyje. A urzędowej osobie nie odmówi, bać się będzie.

Potem jeszcze przy obiedzie rozmawiali. Podano duszonego królika ze słynnej hodowli Marty. Trzeba przyznać, że Marta przyrządzała go po mistrzowsku z estragonem i świeżą śmietaną. Do tego delikatne kładzione kluski, wyborne jadło.

Alina przypatrywała się mężowi. Jadł, domowym piwem zpijał, ale jakby nieobecny duchem. Widać było, że jest zagubiony, nie bardzo wie, co ma robić. No, cóż, ktoś musi podjąć decyzję.

– Adoptujmy go Andrzeju, załatwisz to bez problemu.

– O czym ty mówisz Linko?

– Przecież o Michale. Adoptujmy go. Mądry chłopak, lubię go. Dobrze byłoby mieć takiego syna.

Zaleski milczał. To był bolesny temat. Nie mieli dzieci. Wiedział, że Linka bardzo chce, on też często myślał, że chciałby mieć syna, albo dwóch. Nauczyć ich wszystkiego, co sam umie. Albo córkę, tak mądrą jak jego młodsza siostra. Lecz nie wychodziło. Nie rozmawiali o tym. Teraz zaś sama Linka podsunęła rozwiązanie.

Siedzący przy piecu stary Konstanty chrząknął. Sługa ojca musiał mieć już dziewiąty krzyżyk, wojnę napoleońską pamiętał i Marta przygarnęła go do domku podarowanego jej przez Andrzeja i Emilię po śmierci Stanisława Zaleskiego.

– To będzie dobrze, paniczu, tak trzeba. – Usłyszeli lekko ochrypły szept. Po czym Konstanty zamilkł, ponownie przygryzł pożółkły od tytoniu siwy wąs, a wyblakłe oczy odpłynęły gdzieś w inne światy.

Andrzejowi kamień spadł z serca. Michała, w ciągu tych trzech miesięcy spędzonych razem w Warszawie, zanim Zaleskiego na Sachalin nie posłali, naprawdę polubił. W ostatnim roku ojcowy chrześniak zaczął pisywać do niego listy, w których z niespotykanym u trzynastolatka humorem i dystansem relacjonował mu sprawy w Warszawie i naukę w szkole kolejowej. Wiele razy, ich lektura, obok namiętnych pism Linki, pozwalała kapitanowi przetrwać w ponurym oficerskim mieszkaniu w korsakowskiej warowni[19], oderwać się myślami od deszczu, zimna i skazańców.

Plan był w gruncie rzeczy prosty. Florianowi oddadzą gospodarkę i ziemię Jadźki. Formalnie sprzedadzą, tylko pieniędzy nie wezmą, a oni w zamian adoptują Michała. Brat Macieja powinien być szczęśliwy, dostanie co dla niego najważniejsze. Jak zażąda więcej, to Andrzej szepnie słowo w Opocznie i miejscowa żandarmeria szybko przekona go, że z szarżą się nie zaczyna. Z takimi jak Florian, nie ma się co cackać. Dla chłopaka zaś tak będzie najlepiej.

Linka nie oponowała. Długo omawiała z Andrzejem szczegóły i dopiero przed wieczorem przypomniała sobie o cholerze i szykującym się proteście w Skrzyńsku.

– Najlepiej byłoby od razu ściągnąć patrol kozacki, nich im nahajkami z łbów głupie pomysły powybija.

– Daj spokój Andrzeju, tak nie można. To prości ludzie, ale Skrzyńsko jest znane w całej guberni. Jeśli tam przeprowadzą asenizację bez problemu, w całym powiecie pójdzie gładko. Sam wiesz, jak ważne są prace komisji sanitarnych.

– Dobra, dobra, po prostu zmęczony jestem. Jedźmy do Skrzyńska, czy gdzie się z tym karczmarzem umówiłaś. Mam pewien pomysł.

Po drodze do Przysuchy Alina wysłuchała planu Andrzeja. Był oczywiście bardzo prosty. Przyjedzie komisja w zwykłym składzie – doktor, urzędnik sanitarny z powiatu i żandarm lub wiejski stójkowy dla asysty. Raczej siła, której nikt się nie wystraszy. Jeśli chłopi zaatakują komisję, to schowają się w karczmie Cwiego. Andrzej wyjdzie wtedy z dwoma rewolwerami, w mundurze, wrzeszcząc swoim oficerskim głosem i rozgoni towarzystwo.

Popatrzyła się na niego uważnie. On naprawdę uważał, że to zadziała. Był przyzwyczajony do lęku na widok munduru, broni, autorytetu władzy. Nie miał pojęcia jak to jest na wsi.

– Nie chciałabym cię rozczarować Andrzejku, lecz twój plan ma jedną poważną słabość.

– Jaką znowu?

– Co zrobisz z babami?

– Czemu miałbym coś z nimi robić?

– Bo właśnie baby staną w pierwszym szeregu. One rewolwerów się nie wystraszą. Wiedzą, że nie wystrzelisz. A jeśli byś był na tyle szalony, to powinniśmy zajechać tam wozem, lecz już z zamontowanym tym waszym karabinem Maxima. Od razu też zbierzmy środki na odbudowę karczmy Cwiego. I wezwij już sotnię kozaków, aby rozruchy powiatowe uśmierzyć. Bo po zranieniu głupiej baby walka będzie na śmierć i życie. Bić miastowych, Żydów i panów! Słyszę już ten wrzask jak przy galicyjskiej rabacji. Mi się jakoś na tamten świat nie spieszy.

– Jeśliś taka mądra Linko, to masz lepszy pomysł?

Wjechali w wyboiste uliczki Przysuchy. Zapadł zmrok i tylko z niektórych okien wątłe światło świeczek rozświetlało ciemność. Póki co na wsiach nie wprowadzono obowiązku posiadania lampy z numerem domu, a wszak nawet taka nędzna olejówka była lepsza niż nic. Na kolejnym powrocie mało nie stracili koła wpadając w jakąś zastałą kałużę, która skrywała wyrwę głęboką na łokieć.

Milcząc zatrzymali powóz pod domem Moryca.

– Masz magnezję? – Spytała Alina wysiadając.

– Jaką znowu magnezję?

– No do zdjęć. Zwykleś aparat ze sobą woził.

Andrzej poklepał drewnianą skrzynkę.

– Mam, lecz magnezji niewiele. Na dwa-trzy zdjęcia.

– Może wystarczy, zapytamy też Moryca, w Przysusze są dwa kościoły, może jakiś przedsiębiorczy fotograf śluby wiejskie robi.

– Co ty kombinujesz?

– Potem ci wyjaśnię. Teraz idź do Moryca, wypytaj. Ja jeszcze mam sprawę do Lei.

Po czym znikła w mroku zostawiając Andrzeja pod zielonymi drzwiami Moryca Lublina.

Skrzyńsko, poniedziałek, 19 września 1892

Wóz Lublina zajechał pod karczmę Cwiego już dobrze po północy. Jechali noga za nogą, bo Alina musiała wszystkim wyłuszczyć plan. A jeszcze czekało ich powtórzenie wszystkiego Cwiemu. Jego udział będzie kluczowy. Każdy miał swoje zadanie, choć zdaniem Andrzeja niepotrzebnie zaangażowali Tadka i Wojtka. Obaj lnianowłosi, pryszczaci, sprytne chłopaki z Przysuchy, byli chętni do pomocy, przydźwigali worki ze sprzętem, lecz mogło się to dla nich marnie skończyć. Oby nie.

Noc była pochmurna, bezksiężycowa. Nad Skrzyńskiem zapadła całkowita ciemność. Mijały godziny.

Potworny huk zerwał śpiących na równe nogi. Jeszcze jeden. Bim, bom, bom, bom – dzwon kościelny rozległ się na trwogę. Chłopy, baby, dzieciaki wylegli z chałup. Pożar? Co się dzieje?

Wtem nad wzgórzem kościelnym buchnęła ognista zorza. Oślepiający blask. Wieśniacy bez wahania całą gromadą ruszyli pod sanktuarium. Pierwsi pędzili Antek i Józek Baran, obok zaraz Marcinkowa i czerwona jak burak z wysiłku Dudowa. Tłum biegnących wydawał nieartykułowane okrzyki, dyszeli ciężko.Byli nie więcej niż sto sążni do kościoła, gdy znów nad lewą wieżą błysnęło świetliście.

– Na kolana ludzie, to cud, patrzajcie na wieżę! – zabrzmiał z boku głośny okrzyk.

Tam dwie smugi światła skupiły się na odzianej w zwiewną szatę postaci o długich jasnych włosach.

– Matka Boska nam się ukazała! Módlcie się prostaczkowie! To znak, z samego nieba.

– Zdrowaś Maryjo, łaskiś pełna – zabrzmiał silny głos Pęczaka i Maślaka, po chwili dołączyła do nich dyszkantem Cioskowa i piskliwie Tworek. Cała wieś padła na kolana.

– Ludu, mój ludu, słuchaj mych słów – rozległ się nagle głos melodyjny, ale nadspodziewanie silny – bo straszna diabelska moc się na was uwzięła, więc błagajcie mnie o ratunek i wstawiennictwo u syna mego!

Znów oślepiający błysk. Postać na wieży jakby popłynęła w powietrzu. Wyciągnęła do ludzi ręce i uniosła je w górę.

– Sam dyjabeł pod postacią starca parszywego do was się zakradł i fałszywymi medalikami, szatańskim piętnem splamionymi, omamił. Na śmierć pewną od cholery wystawić was chce. Do rozlewu krwi podjudza. Byście zamieszki rozpoczęli i pod szablą kozacką skonali. Módlcie się boście zbłądzili!

– Na twarz nam paść i o przebłaganie prosić! – krzyknął klęczący z boku młodzieniec.

Ludzie niewiele myśląc na ziemię padli i drżeli z przerażenia.

– Nie lękaj się mój ludu – brzmiał mocny lecz słodki głos. – Ja asanacyjne starania swym błogosławieństwem wesprę. Diabelska zaraza cholera mej mocy niebieskiej się nie oprze. Módlcie się i nakazań doktorów słuchajcie, a oszczędzeni będziecie!

Znowu błysnęło i ze wszystkich stron huknęło. Ludzie ze strachu kułakami uszy zatykali, dzieciaki i baby w bek uderzyły. Z daleka rozległo się dzwonienie straży pożarnej z Przysuchy.

Nagle zapadła cisza, w której usłyszano głuche walenie i krzyki z plebanii. Tworek, jako najodważniejszy z gromady do drzwi pokuśtykał, założone przez kogoś na drzwi brewiono bez wysiłku zdjął i starego proboszcza Leona, jego gospodynię Małgorzatę i młodego wikarego Krajewskiego ze środka wypuścił.

Nad ranem cała wieś aż huczała. Nikt nie wiedział co się stało. Krążyły rozmaite plotki, lecz dominował strach. O wyprawie na Przysuchę i rozprawie z Żydami zapomniano. Ksiądz Leon modły zarządził. Przed kościołem zgromadzili się mieszkańcy nie tylko Skrzyńska, ale chłopi i baby z Przysuchy, Janikowa, Jakubowa i wielu okolicznych wsi.

Koło południa, drogą od Opoczna, od strony Zawady, ciągnęła dziwna procesja. Na przedzie, stępa na koniu, odziany w paradny mundur, podążał Andrzej Zaleski. Za nim, w powozie zaprzężonym w dwa konie, jechali doktor, felczer i sekretarz prowincjonalny z powiatu. Na koźle, obok woźnicy, rozsiadł się żandarm Sierow, przed którego gniewem drżała cała okolicy. Z tyłu biegło dwóch linianowłosych chłopaków z Przysuchy, tym razem uzbrojonych w urzędowe lagi strażników gminnych.

Komisja sanitarna.

Andrzej podniósł się na strzemionach i oznajmił.

– Mieszkańcy Skrzyńska! Wielka łaska was spotkała. Z rozkazu najmiłościwszego pana, cara Wszechrusi, Aleksandra III, komisja asanacyjna z powiatu przybyła, by straszliwą zarazę cholery wyplenić. Wszelkie nakazy wypełnić macie, a doktor i pomocnicy jego wszystko wam działania wyłożą. A teraz podążajcie za mną, to wszystko wam wyjaśnione zostanie.

Ludzie stali w milczeniu, zastygli w bezruchu.

– Słyszeliście głos najświętszej panienki w nocy! – Zawołał organista. – Idźcie i nakazanie Matki Bożej, patronki naszego sanktuarium, wypełniajcie.

Tłum posłusznie ruszył w kierunku wsi.

Oczom stojącej z boku Aliny nie uszedł drobny szczegół. Z tyłu w powozie, w nogach urzędników, leżała związana postać. Dziwnie milcząca i nieruchoma.

Andrzej widząc jej pytające spojrzenie wstrzymał konia i poczekał aż komisja przejedzie. Zeskoczył z siodła i odciągnął na stronę, rozglądając się, czy ciekawskich uszu za blisko nie ma.

– Złapałem dziada w Bielinach. Tak, jak myślałem polazł w stronę Opoczna, wioskami, tam ma branie największe. Żandarmi sprawdzili, Szymon Żaryna, zbiegły z robót pod Siedlcami. Szymon w parafii świętego Szymona złapany, taki traf. Sądzony za oszustwa i wielokrotne kradzieże. Teraz łatwo się nie wymiga. Podburzanie przeciw komisjom sanitarnym w tych czasach nikomu nie ujdzie płazem.

– Czemu by ujść miało? Ktoś mu w tej ucieczce pomógł? Jakieś zadania dla Trójki[20] Szymon wykonuje?

– Domyślna jesteś. Z więzienia uciec nie łatwo. Choć przypadki się zdarzają. Nawet u nas na Sachalinie, katorżnicy-socjaliści czmychnęli. Rozpłynęli się bez śladu i to na służbie feldfebla Gromowa.

– Tego sadysty, coś mi o nim pisał?

– Tego samego. Teraz Gromowa zdegradowali do efrejtora i na samą północ przenieśli. Dobrze, że to nie na mojej służbie było. A i tak, com się nasłuchał.

– Biedaczysko – Linka mrugnęła porozumiewawczo. – Ale jeśli z Trójką prawda i chcieli rozruchy antyżydowskie wywołać, to również i tym razem nasz Szymon się może wymigać.

– Chyba nie. W sprawach sanitarnych nie ma żartów. Oszustwo, podburzanie do rozruchów antyżydowskich, żaden problem. Lecz co innego utrudnianie walki z cholerą. Chyba jego mocodawcom nie będzie się chciało wychylać w takiej sprawie. Zresztą gdyby tak się stało, pomyśl, co zrobili by chłopi, gdyby przypadkiem się zwiedzieli i oszusta w swe ręce dostali? Na Syberii bezpieczniej dziadowi będzie. Sam o tym wie. Ktoś mu wspomniał… – puścił oko do Alicji i cmoknął na konia. – No, na mnie czas. Widzimy się za trzy godziny w Opocznie, jeszcze mi naczelnik powiatu pogratulować zapobieżenia rozruchom na pewno zechce. Również sprawy Michałowe załatwić razem musimy.

Warszawa, czwartek, 22 września 1892

Andrzej przeciągnął palcami po białym ramieniu Aliny, potem delikatnie opuszczając dłoń w kierunku jej piersi pochylił się muskając ustami jej obojczyk. Żona westchnęła i wyprężyła się wystawiając na pieszczoty.

– W sumie nie wiem Linko, czy po tym jak na Matkę Boską awansowałaś, to profanacji nie uprawiamy?

Żona zaśmiała się gardłowo.

– Nieźle wyglądałam, nieprawdaż? W aureoli świateł z luster. Dobry pomysł Lea miała. Pasował do wybuchów magnezji. Ale najlepiej wypadł Cwi jako głos niebieski. Przez tubę nikt go nie poznał, a brzmienie ma iście niebiańskie. Pasowało, w końcu to żydowski bóg przemawiał, nieprawdaż? A ten Tadzik krzyczący, by wszyscy na twarz padli? Aż żal było wtedy uciekać. Takie piękne przedstawienie.

– Ja chyba też rankiem, jako posłaniec cesarski, dobrze wypadłem?

– Jak sam Hermes, mój ty dumny mężu. Zobaczmy, czy twój kaduceusz[21] posłańca bogów w innych okolicznościach się sprawdzi – zamruczała Alina wędrując powoli szczupłymi palcami w dół brzucha Andrzeja, a potem przesunęła językiem po linii policzka nad jego rudawym zarostem.

Przez kolejną godzinę czas nie upływał im na rozmowie.

– Michał powinien zamieszkać z nami. Jest teraz naszym synem. – Oznajmiła Alina ubierając się.

– Miejsca mało. – Andrzej rozejrzał się po mieszkaniu. Przyzwyczaił się mieć tu spokój. Nie wyobrażał sobie dzieciaka w swojej przestrzeni. Taki trzynastolatek nie jest łatwym kompanem.

-Chyba na razie to nie twój problem. Chyba, że nie wracasz na Sachalin?

Westchnął ciężko. Niestety, służby uniknąć się nie dało.

– Wiesz kochanie, że za tydzień muszę być w Piterze. Droga na wschód mnie nie ominie i pospieszyć się muszę, nim w październiku śnieg i błoto trakty zawalą, rzeki nieprzebyte będą i do zimy jazda będzie niebezpieczna. Budowę Wielkiej Drogi Syberyjskiej dopiero rozpoczęto. Do Czelabińska dotrę koleją, a co dalej? Zimować gdzieś za Irkuckiem, na kurierskiej stanicy, mi się nie uśmiecha.

– Więc póki co, ja tu z Michałem mieszkać będę. Kiedy zaś wrócisz, może na Pragę się przeniesiemy? Natan piękną kamienicę tam przy Ząbkowskiej wam kończy, a świat się zmienia, na Szmulowiźnie nowe zakłady powstają, domy rosną. Targowa jak z żurnala wygląda. Już nie wstyd tam mieszkać, nawet takiemu ważnemu oficerowi.

– Jak chcesz kochanie.

Andrzej pogładził Alinę po włosach. Niech ma po swojemu. I tak jest sama w Warszawie. Zaś po prawdzie, jego bardziej dręczyły słowa starego Konstantego. Sługa pokuśtykał do niego przed odjazdem i słabym głosem wyszeptał.

– Dobrze, że panicz się synem zajmie, a nie jak inni panowie, na łasce porzuci.

O nic więcej wypytać nie zdołał, bo stary zniknął, a jechać trzeba było.

Dużo o tym myślał. W Białaczowie był w 1878. Szedł mu osiemnasty rok. Jadźka tamtego lata wdzięków mu nie szczędziła, tym bardziej się zdziwił, jak za Macieja poszła, a jego propozycję małżeństwa wyśmiała. Michał urodził się w 1879, ale 3 lipca, tak w akcie przecież zapisane. Niemożliwe, aby był jego synem. Jak odjąć dziewięć miesięcy to październik wychodzi. On 10 września pojechał z powrotem do kadetów. Nie zgadza się. Przecież wpisu w księgach parafialnych nie sfałszowali. Ksiądz by na to nigdy nie poszedł. Ksiądz Jędrzej, młody wtedy, wielki przyjaciel jego ojca… Nie, bzdura wierutna. Konstantemu w starym łbie się pomieszało. Definitywnie. I już.

 

Nota autora – Skrzyńsko, ziemia Opoczyńska i Radomska

Epidemia cholery rzeczywiście dotknęła ziemie zaboru rosyjskiego w latach 1891-93 zbierając na ziemi Opoczyńskiej śmiertelne żniwo. Historia Woli Załężnej jest autentyczna. Jednak walka z epidemią przebiegała na tych ziemiach sprawnie i przy współpracy mieszkańców. Ataki na choleryczne komisje sanitarne i zamieszki miały miejsce w zupełnie innych miejscowościach, po drugiej stronie Wisły oraz w Galicji.

Opisane wydarzenia NIE odnoszą się do rzeczywistych mieszkańców Skrzyńska i do obsady parafii Św. Wojciecha. Działania i poglądy postaci są wymysłem autora i nie mogą być uważane za opinie o rzeczywistych mieszkańcach Skrzyńska i innych wymienionych miejscowości. Jako, że Skrzyńsko było wsią korzystającą w XIX wieku z rozwoju przemysłu, opisane postawy są wręcz nieprawdopodobne.

Akcja została umiejscowiona tam wyłącznie dlatego, że główny, fikcyjny, bohater pochodzi z Białaczowa i jest związany z tradycjami Powstania 1863r, w którym bohatersko uczestniczyło wielu mieszkańców Opoczyńskiego. Jeśli ktoś z mieszkańców Skrzyńska lub ich potomków czuje się urażony, to stokrotnie przepraszam za wybryki mojej fantazji.

 

[1] Postać fikcyjna, jako spadkobierca rodu Gerlachów, właścicieli słynnych fabryk w Drzewicy i Warszawie

[2] Przest. Dezynfekcyjne, związane z zapobieganiem epidemii

[3] Pot. Ros. Petersburga

[4] Order Św. Anny, państwowe odznaczenie rosyjskie, początkowo trzystopniowe, potem czterostopniowe

[5] Tytuł przysługujący wyższym oficerom i urzędnikom carskim

[6] Wilhem Steinitz, pierwszy oficjalny mistrz świata w szachach

[7] Jan Cukertort, znany jako Johannes Zukertort, najbardziej znany szachista polski XIX wieku, pochodzący z Lublina, był uważany za najważniejszego rywala Steinitza do tytułu mistrza świata

[8] Ros. prowinicji

[9] Ros. Na emeryturze

[10] Siedmiorzecze – potoczna nazwa okolic dzisiejszej Ałma Aty w Kazachstanie

[11] Mowa o potomkach Alego, zięcia Mahometa, uważanego przez Szyitów, za prawowitego następcę Mahometa

[12] Mówienie sobie po imieniu i otczestwie, czyli pochodnej od imienia ojca było w dorewolucyjnej Rosji świadectwem zażyłości, odpowiednikiem polskiego mówienia sobie po imieniu.

[13] Wszystkie wydarzenia w Skrzyńsku są fikcyjne – patrz nota autora

[14] Jid. Gmina żydowska

[15] Starop. zazdrościć

[16] Jakow Icchak Rabinowicz znany jako Jakow Icchak ben Aszer z Przysuchy, słynny cadyk, zwany Świętym Żydem lub Świętym Judą

[17] Jid. Grób żydowski w formie budynku, często cadyka lub znanego rabina.

[18] Pot. Ros. Dwadzieścia kopiejek

[19] Korsakow – miasto na południowej części Sachalina, centrum administracyjne w XIX wieku

[20] Trójki – tu w rozumienia trzeciego oddziału, czyli Ochrany, policji politycznej Rosji

[21] Laska Hermesa, posłańca bogów