Witam JAKUB BIELIKOWSKI to ja

Urodziłem się w zeszłym stuleciu an Saskiej Kępie, a wychowałem na warszawskich Szmulkach.

Ukończyłem Politechnikę Warszawską z tytułem inżyniera chemika, lecz nie zdążyłem zanurzyć rąk w instalacjach przemysłowych. Wciągnął mnie wir finansów ery prywatyzacji. Na przełomie wieków mieszkałem i pracowałem w Londynie, Sztokholmie i Atenach. Kilkanaście lat temu osiadłem w ulubionej Warszawie, choć próbował jeszcze przeprowadzki do RPA i do Moskwy. Teraz mieszkam na zielonych Bielanach.

Studiowałem także w Laboratorium Reportażu Uniwersytetu Warszawskiego. Potem poległem w walce z doktoratem i publikowałem na tematy zarządzania multikulturowego i karier kobiet w IT. Po drodze ukończyłem Warwick Business School w Coventry. Od wielu lat pracuję w sektorze informatycznym – od plaż Sydney, przez kazachskie stepy i pustynie Arabii, aż po hipisowskie San Francisco.

Wiecie jak to jest kiedy czujecie potrzebę ekspresji?

Jeśli tak, to rozumiecie czemu piszę. Ale sztuka nie jest jedyną ekspresji. Samorealizacja może przebiegać pokrętnymi ścieżkami.

Opowiem wam nieco więcej.

Czteroletnim brzdącem będąc, mieszkałem w nowych osiedlach wstawionych w serce warszawskich Szmulek, więc uciekałem z przedszkola by podreptać na Bazar Różyckiego, gdzie chłonąłem zapach dorożek na Brzeskiej, widok handlujących tłumów i to wszystko czego mama chciała mi zabronić, bym wyrósł na grzecznego chłopca.

W dużym stopniu udało jej się, choć spora część moich kolegów z klasy poszła w złodziejkę i szemrane życie, ja codziennie pędziłem spóźniony obok panów z bazaru („piwo ciepłe, piwo” – goniły mnie nawoływania w zimie) do szacownych murów Władysława IV.

W smętnych czasach po stanie wojennym wkręciłem się w wir życia studenckiego. Jakież życie studenckie można mieć na Politechnice? Kiedy po 50 godzin tygodniowo siedzisz na laborkach i ćwiczeniach? Dawaliśmy radę – moje cudowne koleżanki (tak, tak na Chemii były piękne dziewczęta) i super koledzy. Choć wtedy wydawało się, że skończę, jako naukowiec w jednym z sekretnych laboratoriów USA. W tamtych czasach, dla inżyniera chemii, była to jedyna rozsądna przyszłość.

Lecz czasy zmieniły się – i zamiast tego wciągnąłem się w rytm prywatyzacji, tworzenia finansowych podstaw nowego kapitalizmu, w ramach szkoły życia w Arthur Andersen. Nie słyszeliście? To firma audytorska, którą sądownie rozwiązano, by ochronić bushowskiego wiceprezydenta Cheneya zamieszanego w aferę Enronu. Andersen przepuścił mnie przez korporacyjną wyżymaczkę, wdrukował mi chęć dorobienia się i zostawił pierwsze zgliszcza w moim życiu osobistym. Żyję ze świadomością krzywd, jakie wyrządziłem wtedy najbliższym.

Za czasów afery Enrona, mnie już w Andersenie nie było. Znalazłem się w Anglii, jeszcze zanim komukolwiek przyszło do głowy tam pojechać. Wiem, co to los emigranta z czasów sprzed Unii. Kiedy pracy zmienić nie można, będąc przywiązanym pracowniczą wizą, którego partnerka bezskutecznie poszukuje pracy, ”bo potrzebuje pozwolenia”. Mimo wszystko przeżyłem kolejną przygodę życia, jako doradca IT. Przeprowadziłem się na rok do pięknej kamienicy na Vasastan w Sztokholmie, a potem pod Akropol w Atenach, i jeszcze nad ocean w Kapsztadzie.

Gdy Polska znalazła się w Unii, mi urodziła się wspaniała córka, dziś prawie dorosła, a ja już mieszkając w Warszawie, wylatałem miliony kilometrów pracując w prawie w pięćdziesięciu krajach.

A potem znów zostawiłem za sobą zgliszcza i poryw serca rzucił mnie do Moskwy. O mały włos nie ostałem się pod rządami wiecznego prezydenta.

Od dekady lat jestem z powrotem tu, w mojej Warszawie. Znam ją nieźle, mieszkałem wszak na obu Pragach, Dolnym i Górnym Mokotowie, Służewiu, Powiślu, by w końcu, przelotem przez Żoliborz, osiąść na zielonych Bielanach. Spokojnie, próbując znowu zbudować od początku. Sprowadzając na świat kolejną fantastyczną córke.

Teraz okazało się, że brunatna fala zalewa i niszczy świat, który jakoś tam budowałem dla moich dziewczyn. One żyć będą w kraju gdzie antyfeminizm i ksenofobia stały się ideologia państwową i fundamentem społeczeństwa. A ja, mogę co najwyżej, o tym napisać. I dlatego piszę.

Ale nie martwicie się, piszę też dla rozrywki. Historie sensacyjne o świecie, którego nie było i nie ma. Czytajcie moje opowiadania, a potem zamknijcie oczy i udajcie się w podróż z carskim policjantem Andrzejem Zalewskim, albo z kotem Maurycym.

Na drugim blogu Widelec Travel czytajcie o jedzeniu i o prawdziwych podróżach, bo nie samym słowem żyje człowiek