Udaj się w  nieznane

Mało kto wie, że Pojezierze Dobrzyńskie w ogóle istnieje. I gdzie to? Wysilmy więc pamięć, powróćmy do szkolnych lekcji historii i przypomnijmy sobie Krzyżaków.
Ziemia Dobrzyńska i Chełmińska. Pamiętacie toczące się o nie spory z Zakonem? A może zamek Golub-Dobrzyń? No dobrze, ale gdzie to właściwie jest?
Na wschód od Torunia, począwszy od Dobrzynia nad Wisłą, aż po Drwęcę na północy rozciąga się rolnicza kraina, z niewielkimi lasami i jeziorami położonymi wśród pięknych wzgórz. Góry i jeziora. Jak na Suwalszczyźnie.

Brama Sierpecka, Rypin
B i J Giedychowie, Rypin w grafice

Z miast jedynie maleńki Rypin (pewnie też można zliczyć Lipno), w którym nie widać ani 1000 letniej historii, ani garnizonowej przeszłości (koszary i dwie cerkwie rozebrano w międzywojniu), ani śladów ponad 3 tysięcy współbraci żydowskich. Od zamkniętych na głucho drzwi zarówno kościoła gotyckiego, jak i kościoła ewangelickiego odbiłem się.
Lecz ma swoją atmosferę, warto poszperać w załukach, a we wtorki i piątki od rana do 12:00 działa targ – źródło pysznych lokalnych miodów.

Ale, wszak nie dla miast tu przyjeżdżamy. Jeziora, przestrzenie, długie wędrówki wśród pól, rozproszone ślady przeszłości.
Na razie oprócz krótkich wypadów w najbliższą okolicę, gdzie znalazłem na przykład:

  • Fantastyczne tereny lęgowe mew na stawach w Mościskach,
  • Piękne jezioro Gulbińskie (Dłuskie)
  • Genialne miejsce kąpielowe w Sitnicy, właśnie ośrodek opuszczony przez lata, wraca do życia
  • Znane niegdyś z cukrowni Ostrowite (Restauracja Miodowa to najlepsza knajpa w okolicy)

Zrobiłem jeszcze dwie niewielkie pętelki rowerowe:

Weź właściwe narzędzia

I tu muszę krzyknąć: niech żyją Czesi! To ich aplikacja (Locus: https://www.locusmap.app/) daje wprost genialnie dokładną mapę Polski, każda ścieżka. Kudy nam do takiej jakości. Zresztą czeska Strava to też najlepsza aplikacja do śledzenia wyników chodzenia, biegania, roweru itd.

Pamiętaj by wzmocnić mięśnie

Teren zwodniczy, bo wszędzie góry i doły i dla mazowieckiego rowerzysty niezłe wyzwanie. Po 300m podjazdów, często stromych. Lecz niezwykle piękny. Patrzysz na falujące łany zbóż, teraz mieniące się różnymi odcieniami zieleni, w maju do obłędu przywodzą pachnące pola rzepaku, i nagle ciemna kępa drzew wskazuje obniżenie terenu, w którym rozlewa się spokojna tafla jeziora. Jeśli podniesiesz głowę znak kierownicy roweru i nie myślisz o jak najszybszym pokonaniu trasy, Ziemia Dobrzyńska wynagrodzi cię sowicie.
We wszystkich wsiach tablice historyczne i wiele można się dowiedzieć o regionie. Strzałek krajoznawczych niestety nie ma. Z jedzeniem, poza sklepami, marnie.

Zalicz pętlę wokół Żalskiego Wielkiego, a żałować nie będziesz

Najlepsze momenty na trasie 1 (wokół Żalskiego), 30 km, 280m góra / dół:

1. Wejście na skarpę przy żwirowni w Żałem i widok na jezioro Żalskie

2. Jezioro Ruda i laski dookoła. W tygodniu spokój, pięknie, nie ma działkowiczów. Widok na jezioro Ruda zapiera dech, taka klasyka pojezierzy. No i oczywiście obowiązkowa KĄPIEL

3. Widok na jezioro Oborskie – z drogi Chojno – Obory. Nikt się nie spodziewa, że nagle pola „zapadną się” i ukarze piękna dolina z malowniczym jeziorem.

4. Kościół Kamedulski w Oborach. Barok nie jest moim ulubionym okresem, ale budynek kościoła w pięknym parku krajobrazowym, ponoć zadbanym rękami pokutników. wart zatrzymania i odpoczynku w cieniu ogrodów.

 

5. Drumliny (napiszę o nich oddzielnie). Trening dla dynamitu w nogach.

6. Bagienna dolina jeziora Okońskiego. Dziko. Bagniście. Takie naturalne krajobrazy to już rzadkość.
7. Piękna bryła i park pałacu w Ugoszczu. Szkoda, że jako Dom Opieki “Kombatant” obecnie niedostępny.

8. Widok na jezioro Kopiec od strony pól Kleszczyna z oryginalnymi domami letniskowymi (styl włoskiego modernizmu). Również fajna agroturystyka – tanie i wygodne miejsce na nocleg (od strony Mościsk). Późniejszym latem jezioro kwitnie na zielono.

Czy Strzygi są straszne?

Najlepsze miejsca na Trasie 2 (Strzygi), 35 km, 215 m góra / dół:

1. Kaplica w Studziance. Jeden z kilku ocalałych drewnianych kościołów.  Oczywiście poza niedzielą w południe zamknięta, ale fajnie posiedzieć w cieniu wielkich drzew i zaczerpnąć wody z „cudownego” źródełka.

2. Widok z pobliskiej drogi do Przyrowy na stawy

 

 

3. Pod Głowińskiem, i wielokrotnie po drodze, świadectwo jak sprytnie PiS buduje swój elektorat – remont każdego piarda drogi oznaczony tablicą z godłem i historią tym jak to Państwo pomaga lokalnej społeczności. My gadamy o autostradach, ekspresówkach. A po co one rolnikowi? Zaś za kilometr autostrady, owo mityczne pisowskie Państwo Polskie (bo to przecież nie z naszych, mieszczuchów, podatków, prawda?) wyremontuje kilkanaście kilometrów lokalnej drogi (koszt ok 3mln/km). Ileż to okazji do przecinania wstęgi?!

4. Sery Kozie z firmy Kozieławy, zaraz przy skręcie w Ławach z drogi Rypin-Golub. Mniam. Obowiązkowy punkt kulinarny! Polecam „Trzy pleśnie” i typowy kozi camembert. Sporo serków z intrygującymi dodatkami, np z orzechami moczony w czerwonym winie. Można zobaczyć jak panie je robią.

 

5. Rusinowo – no nie wiem czy fajnie, bo słynnego spichlerza dworskiego jednak nie znalazłem ☹ Brak strzałki, a spieszyło mi się, zresztą zapach nie zachęcał do poszukiwań.

6. Strzygi – kościół renesansowy, przebudowany. Ale wrażenie robi. Na pewno obowiązkowy postój. W środku niestety dominuje rokoko i najnowsze witraże. Warto też wybrać się na cmentarz. U stóp kościoła piękny drewniany dom wiejski.

7. OMIJAJ Z DALEKA – „Karczma pod Złotą Rybką”. Reklamują się już przed Rypinem, ale miejsce nastawione na wesela i inne imprezy. Przede mną od kontuaru odbiło się dwóch ojców z piątką dzieci (nie pojawił się nikt z obsługi). Ja zjadłem schabowego z puree. Był naprawdę w porządku. Ale zupy dnia nie było, a napaliłem się na kartoflankę. Z zieleniny tylko nieśmiertelny „zestaw surówek”, którego ja nie cierpię. Ani sałaty, ani pomidorów, ani kiszonego ogórka. Z nalewaka „chce się Ż”. Butelkowe też „regionalna” Warka. Nędza.

Już lepiej zjedz sobie serek z Koziejławy ze świeżą bułką i popij kefirem z melczarni w Rypinie.

8. Dolinka Rypienicy pod Strzygami. Zaraz obok stawy i panowie moczący kije.

9. Kapliczka w drodze ze Strzyg na Warpalice. Takich kapliczek tu dziesiątki, ale ta, to autentyczny XIX wieczny zabytek

Te nazwy w okolicy chyba były układane by zagony Krzyżackie i Pruskie idące na Mazowsze gubiły drogę i nie mogły się rozpytać. „Od granicy idźcie przez Półwiesk lub Radzików, na Wąpielsk, Warpalice, Strzygi, Czyżewo, Głowińsk, Borzymin, Nadróż, Charszewo, Czumsk, lub Szczekarzewo, skręćcie na Skrwilno, przekroczcie Skrwę, a potem prosto przez Rogotwórsk i Dzierzążnię…” „Ja, ja, gut. Wohin? Sie haben „Mlawa” gesagt?”

10. Długie – zabudowania podworskie (chyba młyn) nad pięknym stawem. Pałac Platerów, obecnie prywatny i niestety nie ma dostępu. Co widać przez płot i park dworski wygląda znakomicie. Przed wjazdem figurka z XIX wieku (na zdjęciu prezentuje się świetnie).

11. Zjechanie nad jezioro Dłuskie / Gulbińskie (dwojga imion). Przepiękne jezioro rynnowe. Niestety jedyna publiczna plaża a w Gulbinach. Ale chyba od Długiego też jest dostęp. Przynajmniej tak pokazuje niezastąpiony Locus.

12. Przed samym powrotem kąpiel na kąpielisku gminnym w Żałem (tuż przed skrzyżowaniem z drogą na Brzuze niewielka droga w prawo). Duży pomost, woda raczej do pływania, bo dość szybko robi się głęboko.

Co dalej?

Planuję jeszcze trzecią trasę, ale dopiero jak poprawię rower, bo mi łańcuch obciera. Czeka Radzików (widziałem tylko gotycki kościół, a są wszak i ruiny zamku), Wąpielsk, Gulbiny, Trąbin i na koniec Ostrowite.

A potem można kolejną wycieczkę w stronę „szopenowskiej” Szafarni. Lub w kierunku jezior koło Lipna.

I nad Drwęcę. Do Golubia-Dobrzynia, wszak rzut beretem.

Cydr budzi u mnie rozedrgane emocje smakosza. Fakt braku dobrego polskiego cydru, w kraju będącym takim producentem jabłek, nie tylko przemysłowych (wszak na naszych bazarkach wciąż można dostać stare odmiany), wywoływał mój głęboki smutek. Szczególnie, gdy w Anglii poznałem uroki tego napitku. Postanowiłem więc zebrać, co na dzisiaj wiem o polskim cydrze i rozszyfrować zagadkę jego zakupu.  Aha – mówię tylko o cydrach wytrawnych. I żadnych gruszek, sorki.

Cydr z dolnej półki

Dolną półkę, wymuszono częściowo naszymi przepisami akcyzowymi, czyniącymi alkohol powyżej 4,5% drogim. Ale i wśród tej masowej produkcji można trafić na pijalne zjawisko.

Cydr Miłosławski Półwytrawny spełnia wszystkie wymogi niezobowiązującego napoju o naturalnym smaku. Oczywiście puryści z winicjatywa https://winicjatywa.pl/cydr-miloslawski-polwytrawny/# burzą się na to, iż płytki i że w połowie butelki przestaje być atrakcyjny, lecz to mankament u cydrów przemysłowych powszechny. Ja mam tak pijąc w większości angielskich pubów serwujących tzw. „lepsze” cydry (Orchards, Stowford Press, Mortimer, irlandzkie Bulmers i Magners, itd).

Lecz nie przesadzajmy. Mamy tu prawdziwy smak jabłek, nie soku z kartonika, poczucie rzeczywistej fermentacji i po prostu orzeźwiający trunek. Najlepszy wybór w grupie ok 5zł.  http://www.browarfortuna.pl/nasze_piwa/cydr-polwytrawny/

Gdzieś tam w tej lidze obraca się Dzik i Ignaców, choć  wyższa cena.

Długo nic

Niestety, póki co nie znalazłem w Polsce cydru za 10-12zł (czyli do 25zł/l). Kiedyś można było dostać cydry na przecenie w M&S (oryginalna cena to 17zł/0,5l), ale to nie były polskie produkty.

W tych granicach bywał Jabcok Mauera, ale piłem go tylko raz, do smażonego boczku z kwaszoną kapustą i wtedy sprawdził się znakomicie, lecz taka mieszanka daje niewiarygodne opinie.

Cydr górna półka cenowa

Tu oczywiście mamy kilka firm – Chyliczki, Nadwiślański, Smykan, Szczepanówka – których cydry są osiągalne na rynku, czy to przez Internet czy w sklepach.

Chyliczki Reneta 2019Zacznę od słabych

Szampański korek ma sugerować specjalne okazje, ale nowy Chyliczki Szara i Złota Reneta jest okropny. Gorzki, o słono-spleśniałym posmaku. Ten cydr sprawdził się po odgazowaniu do zrobienia sosu do gęsiny. Wtedy dopiero wyszło z niego jabłko, które uprzednio istniało w aromacie, lecz nikło w smaku samego cydru.

Muszę przyznać, że skutecznie zniechęcił mnie do produktów podwarszawskich Chyliczek. Jeszcze uaktualnię wpis, jak spróbuję czekającego u mnie na schłodzenie Chyliczki Chopin z nowej, mocno reklamowanej, odmiany jabłek.

 

Smykan Biała RenetaNiezłe – Smykan Biała Reneta

Przenieśmy się do Beskidów. Dobra średnia liga cydrów. Klarowny, jasna barwa. Autentyczny smak jabłek, faktycznie słodkawo-kwaśnawy smak przywodzi na myśl jabłka reneta. Lekki w smaku 6.5% alkoholu, więc dość naturalny poziom, dla tych co wolą cydr niezobowiązujący. Etykieta sugeruje cydr dla kobiet. Nie wiem, czy to komplement, bo co niby ma oznaczać?

Smykan to moim zdaniem w ogóle niezłe wprowadzenie do porządnych cydrów.

Na pewno pije się go bez problemów, z przyjemnością. Może na koniec pojawia się nieco ziemista nuta, czyli to nie soczek. Reneta to poważne jabłko. Nowość.

Szczepanówka 2018

Szczepanówka

Z Lubelszczyzny pochodzi Cydr Mętny Półmusujący 2018. To jest ciekawa oferta dla tych, co nie przepadają za bardzo wytrawnymi cydrami. Niewielki dodatek pigwy i gruszki pogłębia smak owoców. I pewnie daje nieco ciemniejsze zabarwienie. Typ trunku, którego nie zauważasz jak znika.

Cydr, który pozwala nam stać się koneserami tego trunku, a nie smakoszami Lubelskiego.

Oczywiście dla mnie zbyt gazowany, ale doceniam lekko mętny styl. Solidne 7,7% alkoholu, niewyczuwalnego. 25zł/but to cena jak na nasz rynek akceptowalna. Mojej teściowej ten smakował najbardziej.

For quaffing 🙂

Liderzy

Nawiślański Mutsu

Od razu przyznam się, że tego cydru z okolic Kazimierza nie piłem już prawie 3 lata i moje wspomnienia mogą być zbyt różowe. Był mało gazowany (to dla mnie plus). Jaśniutki, prawie biały. Z tego co widzę to tylko 6% alkoholu, lecz miał intensywny smak jabłek. Może to sprawiało samo Mutsu, które jest jabłkiem interesująco winno-słodkim. Była to mój pierwszy kontakt z jakościowym polskim cydrem. W ogóle jestem ciekaw, czy jeszcze jest osiągalny, bo nie istnieje na internetach po 2018…

Szczepanówka Cydr mętny musujący 2015

Pijmy go, póki jest pyszny, bo pewnie niedługo będzie nie będzie już pijalny. Zbyt musujący, więc ja otworzyłem go dwa dni wcześniej, po spróbowaniu odpompowałem i zostawiłem na dwa dni zamkniętego korkiem Vacuvin, który oczywiście nie trzymał i gaz swobodnie się ulatniał. Po tych dwóch dniach cydr okazał się wyśmienity. Naturalny i głęboki smak jabłek, odpowiednia kwasowość, orzeźwiający i wytrawny. 7,3% alkoholu. Uwielbiam taką naturalną mętność jabłecznika. To jest cydr do smakowania.

Jest podobny też z Cydr Wytrawny Musujący z 2016r, solidne 8% alkoholu. Ale moim zdaniem powyższy jest lepszy.

Szczepanówka sprzedaje cydry po 25zł w swoim sklepie internetowym https://szczepanowka.pl/

 

Smykan GrochówkaSmykan Grochówka

Grochówka to świetny produkt Smykana, 7% alkoholu. Piję już drugi rocznik i moim zdaniem wart tych swoich 27zł/but. Smykan jest też autorem cydru Cuvee Garage, który nieźle wspominam. Starego Sadu nie próbowałem, bo wyglądał na słodki.

Ale wracając do Grochówki. Bursztynowy kolor, głęboki. Intensywne jabłko, takie kojarzące się z jesiennymi, twardymi jabłkami starego typu. Winno-słodkimi o mocnym aromacie, intensywnej skórce. Moim zdaniem to najlepszy polski cydr wytrawny. Panowie z winicjatywy twierdzą, że chłopski. Ja tam się nie znam, wiem tylko co lubię.

Smykan jest dostępny po kontakcie przez FB z firmą  https://www.facebook.com/Cydr-Smykan-351451518355421/ Podadzą kontakt na lokalnego dystrybutora. W Krakowie i okolicach sami dostarczają (mają Krakusy szczęście).

Rozbój w biały dzień

Pojawiły się na rynku cydry w cenie powyżej 50zł/l (Kwaśne Jabłko itd.)  Żadnego nie próbowałem. Takie ceny uważam za rozbój w biały dzień. Mam do nich podobny stosunek jak do polskich byle jakich win w cenie 70zł/but. Znam lepsze sposoby wydawania pieniędzy.

Anglia

I jeszcze o Anglii. Dostępny bywa u nas bardzo dobry Weston Special Reserve Vintage Cider, tylko niestety za 20zł/0,5l but. W Anglii kupowałem go po £2.99/but, lub £5 za trzy.

W brytyjskich marketach kupowałem też bardzo fajne Old Rosie Scrumpy, Thatchers Vintage i Kathy, M&S Somerset Traditional Cider czy Orchards Pig. Oczywiście lokalnie można tam kupić za mniej niż £3/0.7l cydr od małych producentów. No i szukajmy w pubach lokalnych cydrów! Omijajmy z daleka Strongbowy, Diamondsy, Blackthorny itd. Więc jeśli jeszcze kiedyś pojedziemy do Anglii to radzę spróbować.

Covid ograniczył nam możliwości podróży, ale póki nie jesteśmy zarażeni warto skorzystać z tego, że ciągle odczuwamy smak. Więc ogrzejmy się przy piecu (kuchennym) piekąc te niezwykle proste bułeczki na zakwasie. A potem pycha śniadanie.

Prosty przepis

To pierwszy naprawdę prosty przepis na pieczywo na zakwasie i póki co udały się za każdym razem, kiedy opanowałem kilka trików, którymi się z wami podzielę.

Składniki:

Zakwas żytni – dwie łyżki (30-40g)

Mąka żytnia 720 lub coś w ten deseń (nie razowa) – 30g (dwie czubate łyżki)

Mąka pszenna lub orkiszowa 150g (szklanka)

Woda przegotowana, letnia – 0k 70-100ml

SÓL (nie zapomnieć!), łyżeczka

Wieczorem

Składniki wymieszać, ciasto powinno być bardzo gęste, prawie takie, że możnaby z niego toczyć kulki. Nie trzeba go wyrabiać długo (ręcznie z 2-3min, w robocie też). To piękna część tego przepisu.

Po łyżce ciasta wkładam do wysmarowanych oliwą foremek. Wyjdzie 5 foremek, może 6 foremek.

Wkładam do ogrzanego do 40-45C, wyłączonego piekarnika. Zostawiam do rana (8-10 godzin, tak muszą długo wyrastać)

Rano

Ciasto  w foremkach nieźle wyrosło. Znawcy mówią by je nieco naciąć na wierzchu, szybkim cięciem noża, wtedy lepiej rosną. Ustawić piekarnik z termoobiegiem na 200C.  Po 20min smaruję z wierzchu oliwą by były ładniejsze, pewnie można i od razu. Po 30min wyrzucam z foremek i zostawiam w wyłączonym piekarniku na 4-5min (nie dłużej).

Wyciągam, przykrywam ścierką (czystą!). Do zjedzenia po kolejnych 10 minutach. Najlepsze jeszcze ciepłe.

Są też pyszne do sałaty, można nimi świetnie wycierać sos.

Sekrety

Nie przejmować się! Łyżka do zakwasu naprawdę może być metalowa.

Jeśli zakwas z lodówki to wpierw niech podrośnie z samą żytnią mąką.

Nie zapomnić posolić.

Mąka dowolna, najtańsza pszenna też OK.

Nie wyrabiać za długo. Nie ma po co.

Foremki  (np jak do muffinów) potrzebne są by bułki nie były płaskie. Płaskie też są dobre, ale mają dużo chrupkiej, dość grubej skórki, mało środka.

Foremki najlepsze silikonowe – nie przywierają. Ale takie papierowe też się sprawdzą.

Nawet jak bułeczki będą mniej wyrośnięte, to na ciepło i tak będą pyszne.

Nie będą puchate jak z piekarni, ale za to smaczniejsze, zdrowsze i pożywniejsze.

 

W ostatniej chwili przed lockoutem i zamknięciem restauracji udało nam się odwiedzić w Warszawie dziwne miejsce z super jedzeniem  Youmiko – Vegan Sushi

Youmiko vegan sushiByło nas dwoje, w sumie pięcioro gości w knajpie, która zwykle pękała w szwach, siedzieliśmy więc w bezpiecznych odległościach. Ale nie o tym, tylko o jedzeniu, bo właśnie ono jest tam prawdziwym przeżyciem.

Vegan Sushi brzmi jak oksymoron i właściwie dla kogoś kto lubi w sushi surową rybę, a ja na pewno jestem jednym z tych, wydaje się dziwolągiem. Ale i dziwoląga można spróbować. Warto.

Bierzemy zestaw na dwoje (koniecznie z “torcikiem”) za 200zł. Niemało, ale uczta uzasadnia cenę.

Z winem gorzej, bo mają tylko ograniczne. Więc czerwone marnawe za 90zł (chyba, że się lubi lekkie wina). Ale herbata ryżowa oczywiście bardzo dobra.

Edamame hummusZaczynamy od pyszności z głównego obrazka – sashimi z kiszoną rzodkiew i marynowanym imbirem. Jeden z moich ulubionych kawałków. Chrupka rzodkiew, w smaku nieco przypominająca kimchi, idealnie ugotowany słodkawy ryż (do ryby byłby odrobinę za słodki), ostry imbir. Pyszne.

Potem idą ciekawe rolki z humusem edamame (zdjęcie obok), hosomaki z tykwą, różne rolki z kiszonymi warzywami i rolki z warzywami w tempurze. Ta ostatnia porcja sześciu rolków odrobinę monotonna, choć mojej pani bardzo smakowała.

 

Podsumowując to szaleństwo tekstur, delikatnych smaków i ciekawe przeżycie kulinarne.

Torcik i rzodkiew

Sugeruję by poprosić o podanie “torcika” w bakłażanie z awokado jako ostatniego. Ten smak chciałbym najlepiej zapamiętać z całego wieczoru.

O etyce oglądania słoni

Na Sri Lance jedną z głównych atrakcji jest możli­wość obejrzenia słoni. Tylko czy to właściwa turystyka?

Słonie oglądamy na safari w parku narodowym lub w słynnym “sierocińcu” Pinnawala. Pinnawala to największe stado słoni, nie na wolności, liczy 80-90 osobników i ma do dyspozycji teren 80ha z rzeką.

Hotel słoniowy
Zatrzymaliśmy się w Elephant Bay Hotel, nie najnowszym hotelu, za to z widokiem na rzekę gdzie kąpią się słonie. Pływanie w basenie, gdy masz za plecami słonie, jest naprawdę niezłym przeżyciem. Nawet dla pięciolatki. Będzie się je pamiętaćWspomnienie słoni

A jakie słit focie wszyscy robią…

O restauracji bez jedzenia
Właściwie nie tyle bez, co jest ono zupełnie nieważne. I tak, przy śniadaniu i lunchu, nie sposób oderwać oczu od słoni. Więc, na niezłe curry nie zwraca się specjalnej uwagi. Przekąska warta ceny.

Oglądanie słoni
Słonie przyprowadzają do kąpieli partiami
między 9:00 a 16:00. Dużo pluskania i widok baraszkujących w wodzie olbrzymów poruszający.

Video
Chwilami, podchodzą tuż do schodów i masz je w zasięgu ręki (NIE dotykamy).

Wątpliwości etyczne
Budzą się kiedy widzimy, że kilka z tych słoni jest w łańcuchach. A potem poczytasz na Internecie różne historie. Ponieważ jednak wiele z nich brzmi “uważam, że…” i nie są pisane przez ekspertów od słoni, wiec poszukałem faktów Profesjonalna opinia i są one następujące:

  • W hodowlanych warunkach trzeba od stada izolować samce w okresie rui, bo stają się bardzo agresywne. W naturze nigdy nie ma  w stadzie dorosłych samców.
  • Łańcuch w takich sytuacjach jest konieczny i bezpieczniejszy dla słonia, jak wskazuje doświadczenie, niż liny
  • Tradycje hodowli słoni w Azji sięgają 5 tysiecy lat (na Sri Lance ponad 2 tysiące) i są to zupełnie inne słonie niż Afrykańskie. Słoń azjatycki to głównie słoń roboczy. I te, które dzisiaj jednak nie muszą pracować, mają szczęście
  • Bez turystów i dochodu z ich biletów, nie dałoby się utrzymać tych słoni (17 ton paszy dziennie), a na wolności nie przeżyją. Wiele z nich to znajdy, chore lub słonie uratowane od złych właścicieli.

Alternatywa
Można oczywiście inaczej. Jak pokazuje Sheldrick Trust – niewątpliwie podręcznikowy przykład ochrony. Turystom pokazuje się słoniki (w Narobi) przez max 2 godziny dziennie. I tylko partiami. To jest super atrakcja i warta też “adopcji słonia”.

Sheldrick opiekuje się słoniami afrykańskimi i zawsze dzikimi, uratowanymi sierotami. Trust ma mnóstwo miejsca, rezerwat z półdzikimi słoniami i cały system wprowadzania dojrzałych już słoni w naturę. Ale nawet im czasem się nie udaje.

Ja zaś uważam, że Pinnawala jest bardziej etyczna niż rozjeżdżanie się dżipem po Parku Narodowym.

Czy w Londynie można przeżyć kulinarną przygodę za niewielkie pieniądze?

Oczywiście, jeśli myślimy o kuchni azjatyckiej i wybierzemy się poza centrum. Ponieważ chciałem spróbować czegoś nowego i wybór padł na kuchnię z regionu Xi’an http://xianimpression.co.uk/

Niewielka knajpka koło stadionu Arsenal (metro Holloway Road), nie zrażajmy się marnym wyglądem i menu będącym po prostu zużyta zafoliowaną kartą ze zdjęciami w stylu turystycznym. Za to, za nie wielką opłatą, można przynieść swoje piwo lub wino, ja szczególnie polecam mocny cydr typu Westons Vintage lub Old Rosie pasujący do jedzenia.

Na start pysznie

Nieduży “burger” z bułki bao wypełnionej szarpaną wieprzowiną. Lekko słodkie, pikantne, w sam raz niewielka przekąska. Myślę, że trzy takie o pełen obiad, można mieć trzy różne – zwykły, ostry, z wołowiną.

Pikantne danie szefa

Xian impressions

Szeroki, płaski makaron z wołowiną, może nie wygląda świetnie, ale za to smakuje wyjątkowe. To tradycyjne danie Xi’an z ostrym (ale nie wypalającym kubeczków smakowych), aromatycznym sosem, ręcznie robionymi leciutko sprężystymi kluskami i kawałkami wołowiny to niezwykłe przeżycie kulinarne. Połączenie smaków, różnych tekstur i solidna porcja jedzenia.

 

Na koniec

Nie mogłem zmarnować okazji by na “deser” nie spróbować pysznych podsmażanych pierożków “potstickers” z kurczakiem, grzybkami i kolendrą. Aromatyczne mięso, zioła, leciutko chrupiące ciasto. Czego chcieć więcej?

Konkretnie, czy warto wydać te 50 funtów na kolację w Brindisa Tapas w Londynie?

Obietnica

Tłum kłębiący się na zewnątrz i w środku narożnego budynku przy wejściu na Borough Market (róg SouthwarkStreet) zwiastuje ciekawe przeżycia –BrindisaTapas. Bez rezerwacji – wchodzisz do środka, dopychasz się do baru i albo zwolni ci się miejsce przy stoliku, albo zamawiasz i jesz przy barze. Jak w Hiszpanii. I hałas, jak w przyzwoitym madryckim tapas barze.

Pierwsze otrzeźwienie

Rzut oka na ceny. Jednak jesteśmy w Hiszpanii, Tapas kosztuje 6-9 funtów, kieliszek wina nie nieśmiertelne 2 euro, ale 8 funtów. Witamy w Londynie. Ale pachnie wspaniale i to, co widzisz na talerzach sąsiadów wywołuje tylko jedno pragnienie – Ja chcę!

Seria przyjemności

Zaczyna się niezwykła seria tapas:

  1. Dwie połóweczki anchois z kawałkami brzoskwini i serem przypominającym kremową bryndzę (tylko mniej słonym). Jest to prawdziwy koncert smaków i tekstur: słono-wędzony, lekko sprężyunjący anchois, słodka miękka brzoskwinia, kremowość sera. Dzieło sztuki.
  2. Widzę w menu mój ukochany samphire (soliród) z krewetkami i kawałkami ziemniaczków. Danie zaskakujące – kreweteczki malutkie, smażone w skorupkach i tak się też je. W całości, z odrobiną majonezu, solirodem, i chrupko-jabłkowymi podsmażonymi ziemniakami. Pyszne.
  3. Kalmary – grillowane kawałki – podane na czarnym aioli i z kosteczkami smażonego chorizo. Tu pewnie przydałby się kawałek pieczywa, ale i bez tego zdołałem wyczyścić talerz.
  4. No i wędzona wołowina – pewnie najmniej udane z tej pysznej serii – bardzo dobra, ale ser okazuje się jedynie delikatnym pudrem, a czekolada praktycznie niewyczuwalna. Nieco więcej tych dodatków i może odrobina owocu (np. mango salsa) i danie byłoby cudowne, bo główny składnik świetnej jakości.
  5. Dwa kieliszki wina – świetny gewurztraminer, chyba najlepsze tapaswine, jakie można wymyślić i bardzo dobre tempranillo. 9 funtów za te ostatnie to ostra cena.

Cena przyjemności

Rachunek – z obowiązkowym 12.5% napiwku– to 50 funtów. Zdecydowanie niemało, nawet bardzo dużo, choć dało się najeść. W Warszawskim Romesco zapłaciłbym tyle za dwójkę … – i też by było warto.

Z drugiej strony taka seria przyjemności to nieczęsta rzecz – więc sami spróbujcie.