Wtorek, 23 grudnia 1890, 15:30

Przystojny kapitan policji przed wejściem do bramy Mariańskiej numer 5 oskrobał buty z zimowej brei i schronił się przed śniegiem w elegancko wykafelkowanym przejściu jasno oświetlonym gazową lampą. Od strony podwórka pojawiła się okutana w kożuch sylwetka stróża. Stary wąsacz od razu poznał policjanta, ceremonialnie zdjął czapkę i głośno zawołał.

– Witam w domu wasza miłość.

– Witam, panie Maciejak – odpowiedział oficer i starannie odsalutował. – Roboty widzę, ma pan dziś huk.

– Oj, nawaliło śniegu wasza miłość, ale nie z taką zimą człek sobie radził. – Odparł dozorca i znacząco podniósł potężną szuflę, po czym wrócił do przerwanego sprzątania podwórza.

Kapitan już miał skręcić do klatki, gdy nagle poczuł że ktoś mu się przypatruje. Rozejrzał się – nikogo. Wyjrzał na ulicę – pusto. Wrócił do bramy i znowu to wrażenie. Czyjeś spojrzenie świdrowało go na wylot. Spojrzał w głąb podwórza. Na murze, w samym rogu, od strony ulicy Pańskiej siedział wielki kot.

Kawowo-mleczny, potężny. Futro miał zadbane, lśniące. W ogóle nie wyglądał na podwórzowego przybłędę, ale raczej na gospodarza domu. To ów kot wpatrywał się w niego fioletowawymi oczami.

– Co się mi tak przypatrujesz stary? – Zapytał policjant. – Posesji pilnujesz? Dobrze, dobrze. Mnie tu przebywać wolno, od frontu na drugim piętrze mieszkam. Chyba żeśmy się już gdzieś widzieli. – Uśmiechnął się do zwierzaka.

Kot lekko kiwnął głową, otworzył szeroko czerwoną paszczę i ziewnął, po czym z ogromnym zainteresowaniem zabrał się do zlizywania płatków śniegu z prawego boku.

Wtorek, 23 grudnia 1890, 15:32

– A więc taki jest ów słynny kapitan żandarmerii Zaleski. – Pomyślałem. – Niczego sobie jak na człowieka. Tylko czemu się dziwi? Przecież też spełniam swoje obowiązki.

Ja, kot Maurycy, obserwowałem policjanta już od miesiąca, gdy tylko objąłem podwórko przy Mariańskiej. Stary Tygrys koniecznie chciał, żebym go poznał. Choć dla nas, kotów, jakiś oficer nie jest oczywiście tak ważny jak wąsaty stróż Maciejak. Ze starym wąsaczem zresztą szybko się zaprzyjaźniłem. Tutejszy dozorca rozumiał, że koty są niezbędne by uchronić dom przed plagą szczurów lub myszy. To my wspólnie decydujemy o dobrobycie mieszkańców.

W ogóle dom robił dobre wrażenie i dlatego stary Tygrys wyraźnie niechętnie mi go przekazywał. Lecz sam był już bardzo leciwy, ledwo łapami powłóczył, futro wyłaziło mu garściami i gdyby nie myszy, które znosiła mu Łatka, dawno by zdechł z głodu. A jak wiadomo, każdy dom potrzebuje swojego kociego gospodarza, a dla mnie kolejna kamienica nie stanowiła problemu. Domy przy Mariańskiej i sąsiednie – przy Pańskiej i przy Twardej, stały się moim królestwem.

Objąłem więc Mariańską 5 wraz z jej kocim przychówkiem – Łatką i Lizą, zgrabnymi kocimi damami, Rysiem, największym ale i najbardziej niezdarnym kotem, jakiego kiedykolwiek spotkałem, Małym Kotem, zwinnym jednoroczniakiem i siódemką urodzonego latem kociego drobiazgu – bratem i siostrą czarnymi jak smoła, czwórką wesołych chłopaków-burasków i niezwykłą trzykolorową łaciatką, zwaną nie wiadomo czemu Luną.

Właśnie skończyłem kolejny obchód podwórza. Szły ludzkie święta i domu pilnować trzeba. Jest czego. Na pierwszym piętrze za oknem wisiał zając, a na trzecim, u starego kawalera, dwa bażanty i pulchne kuropatwy. Wszystkie skrzynie za oknami, gdzie zimą ludzie trzymają mięso, aż pachniały od wędzonych boczków, kiełbas, szynek, a w oficynach i na poddaszach od połci słoniny. Takie zapasy ściągały wredne szczurzyska, które i po gzymsach wędrować potrafiły. Ich szare cienie usiłowały przeniknąć na podwórko w dzień i w nocy.

Odpędzać musimy również łakome wrony i sroki. Te chętnie zanurzyłyby swoje wielkie dzioby w świeżym mięsie. Ba, nawet małe sikory, funt masła, gdy niezabezpieczony, w noc wydziobać potrafią. A przecież pojawiały się i wędrowne kocury, co swojego domu nie mają i potrafiły tu przyplątać się aż gdzieś z Woli. Rabusie bez wychowania. Kot domowy pilnować wszystkiego musi, to poważna praca.

– Melduję, że wszystko w porządku. – Jak duch pojawił się przede mną biały kształt Małego Kota.

– Sprawdziłeś śmietnik i przejście na podwórko? – Upewniłem się.

Mały Kot energicznie skinął łebkiem. Spojrzałem mu prosto w oczy. Nawet nie mrugnął. Czyli sprawdził.

Musiałem uważać. Nawet nie uwierzycie, gdy opowiem wam, co mnie wczoraj spotkało.

Poniedziałek, 22 grudnia 1890, 17:40

Siedziałem u siebie na strychu. Pilnowanie suszącego się prania przed złodziejami kradnącymi suszące się na strychach pranie – czyli przed pajęczarzami – nie należy oczywiście do kocich obowiązków. Od tego są stróże i policjanci. Lecz Mariańska to mój dom rodzinny. Tutaj się urodziłem i tu, po roku nauki w szkole kocich strażników przy Gościnnym Dworze, u samego kocimistrza Bonifacego, powróciłem, aby objąć pierwsze podwórko. Dlatego przy okazji pilnowałem i strychu.

Na czym to polega?

Wyobraźcie sobie. Śpisz spokojnie, przy ciepłym kominie i nagle słyszysz delikatne kroki po ławie kominiarskiej. Klapa dachowa unosi się bez jednego skrzypnięcia. Do środka wskakuje człowiek z wielkim worem i umazaną sadzami twarzą. Już wiesz – pajęczarz. Ty zaś w pogotowiu – gotów do akcji na belce pod sufitem. Jeden skok i z bojowym okrzykiem „Mrauuu” lądujesz na głowie amatorowi kradzieży suszącej się pościeli i bielizny. Pazurami orzesz mu czoło. Ten wrzeszczy. Stróż się budzi, pędzi zasapany po schodach chwytać złodziejaszka. A ów pajęczarz zmyka bez łupu gdzie pieprz rośnie.

Lecz wczorajszy wieczór zaczął się spokojnie.

Gosposie z zakupami dawno wróciły do domu. Skończył się nieustanny podwórkowy hałas robiony przez obnośnych handlarzy. Cichły krzyki skupujących szmaty, druciarzy reklamujących się „Garnki, garnki drutuję”. Umilkł zgrzyt maszyny staruszka ostrzącego noże. W ciemnościach rozpłynęli się przeróżni ludzie oferujący świąteczne ozdoby. Okna frontowych mieszkań płonęły blaskiem gazowych lamp, państwo siadali do wieczerzy. Z sutereny, gdzieś jak spod ziemi, dobiegał jeszcze warkot maszyny krawieckiej Klimontowej.

Na podwórku panował typowy przedświąteczny pośpiech. Do mieszkań w oficynie powracali sklepikarze i rzemieślnicy. Inżynier kolejowy Kowalski dźwigał wielki snopek siana. Wszystko na jutrzejszą wigilię. Z kuchennych okien buchała para, a zapach kapusty i duszonych grzybów wypełniał podwórze.

Elegancka pani mecenasowa z pierwszego piętra wychodziła właśnie z córkami na kiermasz dobroczynny. Wrócą za dwie godziny z lokajem objuczonym pudłami i upominkami. Ale co to? Już miałem zwinąć się drzemki, gdy ujrzałem ruch w kącie podwórza. Zza komórek wysunął się kształt kota. Wszędzie poznałbym ten kształt. To był Kitek!

Kitek był niegdyś przemiłym kotem, takim co tylko głaskać i bawić się. Trwało to do czasu jak uprzedniej wiosny chłopaki przywiązali mu pęcherz z grochem do ogona. Łobuzy, zabawę sobie znaleźli.

Czy wiecie co to znaczy? Kot krzyczy rozpaczliwie, wyrywa się z rąk, zaczyna biec i wtedy groch wydaje upiorny grzechot! Myślisz, że to jakiś potwór cię goni. Im szybciej biegniesz, tym gorszy hałas. Koszmar.

Więc oczywiście nasze biedaczysko zaczął biegać jak szalony. Próbowałem go zatrzymać. W końcu nauczono mnie, jak uwalniać zwierzęta z takich pułapek, lecz on nic. Gdzie tam. Latał, wił się, miauczał, pędził przez okoliczne podwórka. Żebyście słyszeli te świdrujące wrzaski i koci płacz. Zaś złośliwe chłopaki skręcali się ze śmiechu. W końcu kotek skoczył na płot i pęcherz uwiązł między sztachetami. Szarpnął raz, drugi, trzeci, nagle zawył jak dziecko i ogonek o ostry kant ciach, na pół. Została mu tylko krótka kitka, stąd i imię. Po tej kitce i brązowych uszach poznać go było łatwo.

Po tym strasznym przeżyciu Kitek zdziczał, podejść do niego nie można, zadaje się z podejrzanymi typami. Wyniósł się aż za ulicę Leszno. Od tego czasu nie bywał na naszym podwórku i dlatego, widząc jak się skrada, czujnie otworzyłem oczy.

Kitek ostrożnie rozglądał się dookoła, po czym wskoczył na murek i przyczaił się w kącie. Coś się szykowało.

Wtem z ulicy zabrzmiały dźwięki bębenka i harmonijki. Wysoki dziewczęcy głos zaśpiewał „Hej kolęda, kolęda!”. Przez bramę weszła szóstka przebierańców: oczywiście koza, umazany sadzami diabeł, żołnierz, pasterz i ubrany w starty kożuch wielki, bury niedźwiedź. Na ich czele kroczyła wysoka dziewczyna z białymi anielskimi skrzydłami i długimi warkoczami ukręconymi z lnu, kręcąca barwną gwiazdą. Wkoło biegało troje dziecięcego drobiazgu z koszykami i kilkoro miejscowych urwisów. Czyści aż dziw brał. Kolędnicy, już dzisiaj? Nie spodobało mi się to.

Przedstawianie ruszyło. Żołnierz nałożył brodę, wcisnął koronę i wygłosił tyradę Heroda. Jak to on, król Judei, nakazuje szukać dzieciątka we wszystkich domach i zagrodach Betlejem.

Potem pasterz z niedźwiedziem obronili stajenkę przed wymachującym drewnianą szablą żołnierzem, a diabeł porwał złego króla do piekła. Panienka odstawiła gwiazdę i zaśpiewała:

„Krakowiaka koza powiedzie, powiedzie,

W pierwszą parę pójdzie z niedźwiedziem, z niedźwiedziem”

Ja się ludzkiej na muzyce nie znam, lecz dziewczę chyba miało piękny głos.

Koza skakała. Kolędnicy, a z nimi dzieciaki, zatańczyli krakowiaka. I jeszcze oberka. Potem żołnierz i diabeł sypali żartami, aż wyglądające z okien pulchne gosposie trzęsły się ze śmiechu.

Zwykle przebierańcy chodzą z kolędą w drugi dzień świąt i aż do Nowego Roku. Ci zaś przyszli przed Wigilią. Dziwne. A co się dzieje z Kitkiem? I wtedy go zobaczyłem.

Korzystając z zamieszania i odwrócenia uwagi Kitek śmiało kroczył po gzymsie, w kierunku wiszącego za tylne łapy zająca. Mimo braku połowy ogona, który koty używają do utrzymywanie równowagi, szedł z zgrabnie i szybko. Wyskoczyłem przez strychowe okno by przeciąć mu drogę, ale dzieliły nas trzy piętra. W dodatku poślizgnąłem się na śniegu z parapetu i tylko szybki zwrot uratował mnie przed upadkiem na sam dół. Zaparłem się tylnymi łapami i mozolnie właziłem na występ muru.

Mogłem tylko patrzeć jak Kitek błyskawicznie uderzył pazurami w sznur. Lina pękła, a zając, niezauważony przez nikogo, zleciał na dół. Jeden z biegających wkoło chłopaczków płynnym ruchem schował go za pazuchę i ulotnił się przez bramę. Ani stróż, ani gosposie, nic nie spostrzegli. Ci ludzie to prawdziwe gapy.

Nic to, jak znam złodziejaszków, zaraz będzie powtórka. Ruszyłem szybko naprzód.

Gdy zrównałem się z nim, Kitek właśnie zmierzał gibko w kierunku pary bażantów wiszących u naszego myśliwego. Tak był skupiony, że nie spodziewał się mojej łapy.

– Witaj przyjacielu, co robisz na moim terenie? – Miauknąłem poważnie, wsuwając w jego kark ostre pazury.

Kitek przysiadł. Starczyło mu rozumu, by nie próbować walczyć.

– Maurycku, to ty? – Odmruczał cichutko. W jego głosie niespodziewanie zabrzmiał ton wstydu. Jego wielkie zielone oczy wpatrywały się we mnie pełne przerażenia. Brązowe uszy położył po sobie gestem poddania.

– Nie udawaj, Kitek. Kto miałby być, cesarz chiński?

– Maurycy, zupełnie zapomniałem, że to twoje podwórko. Tyle czasu… Wybacz.

– Na cwaniaka wyszedłeś Kitek, dla ludzi kradniesz? – Zapytałem oburzony. Nie mieściło mi się w głowie, żeby ktoś w ten sposób wykorzystywał kota. Zaś by Kitek współpracował, jak jakiś myśliwski kundel? Niesłychane.

– Robię to dla niej, ona mnie kocha i rozumie.

I gadaj z takim. Przykre to było, ale musiałem przycisnąć go mocniej i wyciągnąłem z niego wszystko słowo po słowie.

Właśnie ta dziewczyna od kolędników zajęła się wtedy Kitkiem. On był biedny, poraniony, przerażony. Dziewczyna znalazła go skulonego w piwnicznym okienku. Zabrała do swojej klitki na poddaszu. Opatrzyła mu ogonek, głaskała, karmiła, mimo, że sama niedojadała. Pokochali się serdecznie. Aż pewnego razu, by pokazać swoją wdzięczność, przyniósł jej wyciągnięty ze skrzyni za oknem kawał szynki. Od tego czasu się zaczęło. Jedzenie kradł wpierw tylko dla niej. Po paru tygodniach okazało się, że gąb do wyżywienia jest więcej. Cała szajka uliczników. Kitek zaczął więc znosić i ludzkie błyskotki, które nieuważne panie domu zostawiły przy otwartym oknie. Zbójecki fach miał w łapkach.

Chwilę tak gwarzyliśmy, kolędnicy zaczęli się niepokoić. Przekonywałem Kitka żeby został. Nie chciał. Twierdził, że nie może zostawić swojej opiekunki. On ją kocha. I to ma być kot?

Cóż ja mogę? Żal mi Kitka. Biedak wciąż wygląda nie najlepiej, widać nie utuczył się na tym kradzionym wikcie. Eh, pozna on jeszcze kiedyś ludzką niewdzięczność… Puściłem go. Zająca mu darowałem. Obiecał mój rewir omijać, wiem, że dotrzyma słowa. Czemu puściłem? Jestem kotem, a nie policjantem od łapania drobnych rzezimieszków. Pilnuję domów, nie ganiam za złodziejami.

Uwolniony spod mej łapy Kitek skoczył w sam środek przedstawienia i pobiegł tulić się do nóg białej anielicy. Kolędnicy głupi nie byli. Zorientowali się, że tu już nici z większego łupu, zgarnęli rzucane im przez służbę groszaki, złupionego zająca i zniknęli. Ja oczywiście posłałem słowo kocią pocztą, by uprzedzić inne koty domowe.

Sami widzicie. Święta, świętami, ale czujnym być trzeba. Patrole wystawione. Wszystkie koty w pogotowiu. Wesołych Świąt wam życzę!

0 replies

Leave a Reply

Want to join the discussion?
Feel free to contribute!

Leave a Reply