Posts

Jestem trzykrotnie zaszczepiony. Ale mam go. Dlaczego? I po co się szczepiłem?

Poniedziałek 10. stycznia

Budzę się koło pierwszej w nocy. Jest mi zimno. Czym się przykryć. Tu jest duży ręcznik. Dalej drżę. Mija godzina. W końcu szperam w szafie i wyciągam koc. Lepiej. Ale nogi dalej zimne. Mięśnie drżą. Bolą mnie kolana, ręce.

Trzecia, Robi mi się niedobrze, ale nie wstaję. Ciągle próbują się rozgrzać. Zasypiam. Czuję , że mam gorączkę.

Piąta trzydzieści. Budzę żonę. Test antygenowy z Biedronki. Pozytywny. Co teraz? Byleby wrócić na kwarantannę do domu.

Maska na twarzy na stałe.

Czy gorączka córki to też jest covid?

Refleksje

Żadnych zasad nie przestrzegałem. Choć i tak szanse na niezarażenie się były niewielkie. Może poza nadmierną wiarą we własną odporność.

Niezły wynik, biorąc pod uwagę picie ze wspólnym szklanek i palenie tych samym cygar. Jak się okazuje nie ja jeden jestem chory. Więc nie “dlaczego mam covida”, ale “dlatego” !

Żonie nic nie jest. Przynajmniej ktoś w domu zdrowy. Sięgamy po zapasy paracetamolu.

Szczepionka działa o tyle, że z towarzystwa na koniec 70% się NIE zaraziło. Nawet córcia wyszła negatywnie, mimo, że u niej to była pierwsza dawka.

Po to się szczepiłem.

Środa 12 stycznia

We wtorek gorączka spadła i para­cetamol tylko na wszelki wypadek. Faszeruję się witaminą C.

Wieczorem z dzieckiem maszeruję do punktu pobrań na test PCR. Na szczęście procedura prosta.

Przychodzi SMS o kwarantannie z automatu.

Czwartek 13, stycznia

Czekam na wynik. Jest SMS. Ale nie ma wyniku. Coś jest. A nie, to córki. Negatywny. Zdejmują z niej kwarantannę. Pakujemy ją do babci. Jeśli będzie OK to może się nie zarazi wtórnie. Nie żadnych symp­tomów. Nawet jedna dawka u sześciolatki działa.

Mój wynik pozytywny. Telefon z policji i z sanepidu. Oczywiście, że siedzę w domu. Zresztą głównie śpię. Zmęczony jestem. Z leków witamina C i tyle.

Dobre, że zakupy zrobione wczoraj. Biorę się za gotowanie. Stęskniłem się za prostymi daniami. Kluski śląskie, boczek, cebulka, pieczarki, dobry starty ser.

Za mniej prostymi – jak świeże sajgonki też.

Żona idzie wieczorem zrobić test, bo inaczej wyląduje na kwarantannie. I tak pacjentów przyjmuje tylko zdalnie.

Piątek 14. stycznia

Czekamy na wynik żony. Śpię. Powoli wracam do czytania. Maria Falska “Wspomnienia z maleńkości”. Cieniutka książeczka, wspomnienia podopie­cznych “Naszego Domu” w Pruszkowie.

Jak dziwna jest pamięć ludzka. “Józia dostała lalkę… Później mój tatuś umarł.” Proste słowa zapadają. Z trudem hamuję wzruszenie. Hiszpanka. Bieda . “…zaczęliśmy latać po tym placu [koło Obozowej] i dowiedzieliśmy się, że ten plac nazywa się ‘Nędza’”. Przemoc. Dzieci z miasta wysyłane do pasienia krów, bo jest szansa, że dostaną jeść. Głód.

Mamy póki co cholerne szczęście.

Zasypiam i budzę się. Zjem i zasypiam. Śpię z 14 godzin. Ciągle czekamy na wynik żony. Nie ma. Lęk. Mijają już 24 godziny i nic. W końcu pojawia się po 20:00. Negaty­wny. Ale i tak zostaje w domu. Jutro i pojutrze prowadzi zdalnie zajęcia dla studentów.

Ja mam się schronić w sypialni i być cicho.

Sobota -Niedziela 15 i 16. stycznia

Bez objawów u mnie. Nawet chwilę ponadrabiałem zaległości w pracy. Poprawiłem też dwa teksty opowiadań. Aktywność kuchenna w wolnych chwilach – makaron chow mein z warzywami i rybą w sosie z mleczka kokosowego . Nie mam miary w porcjach. Co zostanie będzie na jutro.

Nadchodzi niedzielny wieczór. Żona kaszle coraz bardziej. Chyba nagromadzenie wirusa zabiło swój. Robi test z Biedronki – pozytywy. To na razie tyle z planów. Przepisuje pacjentów na zdalne, kilka których musi zobaczyć, przesuwa na kolejny tydzień.

Córcia u babci szalała na parku linowym.

Otwieramy pierwsze wino covidowe. 2017 Shiraz, INKARA Bon Courage. Robertson, RPA. Pierwszy łyk kwaśnawy, mocno owocowy. Wino potrzebuje powietrza. Z czasem coraz lepsze. Smak świeżych jagód równoważą taniny i skórzane ciepło szeroko rozpełzające się po języku. Pyszne. Dobrego wina bardzo mi brakowało.

Piekę bułeczki drożdżowo-zakwasowe. I pomidory z papryką. Słodkie. Idealne na warstwę rukoli z odrobiną balsamico. Ja do tego tuńczyka, żona wolała haloumi. Luksus.

Jakby covida nie było.

 

Poniedziałek 17. stycznia

Decyduję, że jednak biorę zwolnienie. Nie jestem w stanie pracować, zbyt zmęczony. Koncentracja ucieka. Książka wypada z ręki.

Dopiero teraz skojarzyłem czemu, poza covidem tak dobre się czuję. Już ponad trzy tygodnie jestem praktycznie bez FB.

Nie czytać o PiS, Czarnku, niszcze­niu Polski i świata moich dzieci. Tworzyć własne plany. *****  ***

Upiec chleb, własny, prawdziwy na zakwasie.

Może jutro coś napisze? Czekam na Remarkable. Namówili mnie.

 

 

Wtorek 18. stycznia

To dziś . Właśnie przyszedł Remarkable! Cóż za cacko. Testuję. Mój pierwszy tekst. Faktycznie pisze się jak na papierze. Po konwersji tekst w niezłym stanie, choć i błędów nie brakuje. Lepiej przetwarza niż bamboo slate – no i można używać jako czytnika.

Covid coraz mniej dokucza.

Żona jeszcze kaszle, ale jak sama obliczyła, że to u niej już szósty dzień objawów. W sumie takie lekkie przeziębienie.

Co tu dużo gadać – szczepionka działa. Ponad 30 osób w kręgu zarażenia. Pozytywnych, lub tych co mieli wcześniej objawy, a nie testowali się – dziesięć. Nit nie miał ciężkiego przypadku. Nikt nie trafił do szpitala. Żyjemy. Wracamy do życia.

Na kolację szef kuchni poleca rybę w tempurze i pak choi w sosie ostrygowym ze smażonym czosnkiem. I dużo zielonej herbaty.

Dobrze, że lodówka pełna. Ciekaw jestem ile kilogramów będzie mnie kosztował ten covid?

Cmentarz Żydowski na Bródnie, 18 Kislev 5651 / 30 listopada 1890

Fajwer Krysal z Chewra Kadisza[1] obrócił się w stronę okutanego w futro mężczyzny i z szacunkiem wskazał na główną aleję cmentarną.

– Pozwolicie reb Broches. Sto metrów dalej mamy świetne miejsce, niedaleko reb Zbytkowera[2], w sam raz na miejsce spoczynku małżonki waszej miłości.

Mecenas Leon Broch zmrużył poczerwieniałe od łez i mrozu oczy. Nacisnął na głowę bobrową czapę.

Koledzy z palestry kręcili głowami. Żeby żonę porządnego Żyda chować na Bródnie? Toż to cmentarz dla biedaków. Ale mecenas miał swoje zasady. Od dwudziesty lat wspomagał tutejszą Chewra Kadisza hojnymi datkami, miał swój udział w remoncie domu pogrzebowego, zapłacił za jedną z nowych studni artezyjskich, przynajmniej połowa drzew wzdłuż głównej alei zawdzięczała swoje życie funduszom Leona Brocha. To było jego miejsce. Tu chciał leżeć, wraz ze swoją rodziną. Zresztą Praga rozwijała się błyskawicznie, rodacy inwestowali w przemysł i domy, a tacy jak on pociągali za sznurki w magistracie, aby Ratusz o niej nie zapomniał. Bulwaru jakim była Targowa nie powstydziłby się i sam Piter. Więc dlaczego on miałby się wstydzić spoczynku na Bródnie? Szczególnie, że to wszak dzięki i jego staraniem cmentarz znalazł się w tym roku w granicach miasta.

Przez lata myślał, że młodsza o siedemnaście lat Sara przeżyje go i nawet w ostatnim roku naszkicował jej swój nagrobek. Klarował co i jak. A tu przyszła zimowa gorączka i młoda jeszcze żona zeszła w tydzień. Bóg tak chciał.

Teraz przyjdzie ją pochować, tu jako pierwszą z rodu Brochów. Nie jakiś tam Brochesów, dorobkiewiczów z kujawskiego. Lecz starego Fajwera nie poprawiał. Znali się od tylu lat. Jeszcze z czasów zaraz po powstaniu, gdy syn włocławskiego kupca Lejb Broches przybył do Warszawy terminować w kancelarii prawnej.

Tak po prawdzie, to pomocy Fajwera w wyborze miejsca nie potrzebował. Sam dawno wybrał to niedaleko Rozalii Lowenstein, suchą kwaterę na górce. Pod jednym z „jego” drzew.

– Prowadźcie szybciej, bo ziąb dziś okrutny.

Ruszyli zaśnieżoną aleją. Dwóch pomocników z Chawera Kadisza w czarnych chałatach dreptało krok z tyłu. Raz by okazać szacunek, dwa by móc kląć po cichu na niespodziewaną wizytę mecenasa, a wszak czekały na nich trzy rodziny biedaków, szlochających przed dzisiejszymi pochówkami, i tylu innych, którym było spieszno zdążyć przed Chanuką.

W dwie minuty byli na miejscu. Leon Broch rozejrzał się z zadowoleniem. Właśnie to miejsce. Stąd w sądny dzień będzie mógł ruszyć najkrótszą drogą ku Jerozolimie.

Wiewiórka skoczyła z gałęzi na gałąź i niewielka czapa śniegu pofrunęła w dół, wprost za kołnierz mecenasa. Ten wzdrygnął się gwałtownie, odskoczył w prawo i wtedy jego wzrok trafił na niespodziewany widok.

– Fajwer, widzicie to co ja? Skąd to się tu wzięło?

Nadzorca cmentarza podążył we wskazanym kierunku i zawołał półgłosem.

– Reb Broches, niech pan tu lepiej podejdzie.

Zza krzaka wystawała stopa. Stopa w eleganckim pantoflu. A za krzakiem spoczywał dalszy ciąg tej stopy, półnaga postać młodej dziewczyny, lekko przyprószona świeżym śniegiem, a delikatne strużki krwi z jej rąk i boku zakrzepły w niewielkie plamy.

– Niczego nie dotykajcie Fajwer. – Mecenas obrócił się do posługaczy. – Prędko, lećcie na dworzec po żandarmów.

Trup. Na żydowskim cmentarzu. Chrześcijański, bez wątpienia. Siedemnastoletnią Katarzynę Mazurek mecenas Broch znał wszak doskonale. Nie miał pojęcia skąd tu się wzięła, ale doskonale wiedział co jej ciało oznaczało. Kłopoty. Kłopoty dla niego i dla całej Gminy.

Kolej Nadwiślańska, 30 listopada 1890

Sanie dorożki zatrzymały się na samym końcu Sierakowskiej. Oficer rzucił woźnicy monetę i wyszedł na plac pod głównym podjazdem. Długie ściany dworca Kowelskiego[3] ciągle błyszczały świeżym drewnem. Misternie rzeźbiona arkada podparta na żelaznych słupach osłaniała wejście.

Andrzej Zaleski przeszedł przez nową salę biletową, niedbale odsalutował kontrolerowi i schronił się przed drobnym śniegiem pod dachem peronu. Przestępując z nogi na nogę czekał na roboczą drezynę parową, co zgodnie z ustaleniami ponieść go miała wprost na dworzec Praga.

Po chwili dołączyło na peron czterech kolejarzy. Trzymali się z boku i z ukosa zerkali na błękitny żandarmski mundur. Wyraźnie nie w smak była im podróż z nadzorem. Skręcili papierosy z podłej machorki i spluwali ukradkiem.

Lecz Andrzej myślami był już na Pradze i cieszył się na samą myśl o odwiedzeniu warsztatów kolejowych. Uwielbiał atmosferę pracy na kolei. A już warsztaty na Pradze miały dla niego ten szczególny urok. Nowe widne hale, sufity podparte odlewanymi słupami z fantazyjnie wygiętymi podporami, ustawione na deskach maszyny, wiszące silniki. Robotnicy ubrani w pracy nie gorzej niż mundurowi policjanci. Zapach smaru, kutego metalu, gwizd parowozów. Lubił zaglądać do remontowanych wagonów, podziwiać jak starannie dobierane są poszczególne elementy, cieszył oko lśniącym mosiądzem. Może było w tym coś z dziecięcej fascynacji cudem kolei, symbolu nowoczesności i postępu. Może podziw dla sztuki inżynieryjnej, którą opanowano w krótkim czasie i która stała się motorem rozwoju Królestwa.

W kłębach pary podtoczył się niewielki wagonik. Na platformie dwóch kolejarzy dzierżyło znane tylko robotnikom kolejowym narzędzia, w środku siedział już stary wagonowy. Kapitan chwycił lśniącą mosiężną klamkę i otworzył drzwi. Widząc błękitny mundur żandarmski stary odsunął się jak od zapowietrzonego. Andrzej rozsiadł się na polerowanym drewnianym siedzeniu, przodem do kierunku jazdy. Zawiadowca machnął chorągiewką, rozległ się przenikliwy gwizd i ruszyli.

Nie upłynęło nawet piętnaście minut, gdy pojazd wjechał na peron dworca Praga. Za elegancką drewnianą konstrukcją piętrzyły się czerwone mury warowni Fortu Śliwice[4].

– Witajcie Andriej Stanisławowicz – Zamachał do niego żandarm kolejowy, ubrany w czarny mundur z naszywkami sztabskapitana.

– Witajcie Stiepan Aleksandrowicz, cieszę się że znów was widzę.

Sztabskapitan chwycił Andrzeja pod ramię, okręcił wokół osi i świsnął z podziwem.

– O przepraszam, wasze wysokobłagorodie, zapomniałem o waszym blestiaszczym[5] awansie. Świetnie wyglądacie w tym mundurze. Mam nadzieję, że wasze wysokobłagarodije wybaczy mi nie oddanie salutu. – Podstarzała twarz żandarma kolejowego zmarszczyła się wesoło.

– Stiepan Aleksandrowicz, gdyby nie wasza mądrość i nauki, to młody podporucznik spod Białaczowa nie przeżyłby w Warszawie i tygodnia. To wy zawsze dla mnie będziecie starsi rangą i wzorem pracy w policji.

– Eh, było minęło. Zapomniałem już jak to było prowadzić śledztwo poza światem kolei. I nawet nie myślę o tym by opuścić żelieznodorożnoje carstwo[6]. Teraz to całe moje życie.

Obaj mężczyźni weszli do budynku dworca i skręcili w stronę poczekani pierwszej klasy. Usiedli wygodnie tuż obok lśniącego mosiądzem bufetu z dwuwiadrowym[7] brzuchatym samowarem.

– Nawet nie wiecie, jak chciałem się z wami zobaczyć Stiepan Aleksandrowicz. Niby tylko piętnaście miesięcy, a zda się inna epoka.

– Jak to wasi mawiają, sporo wody w Wiśle upłynęło, choć to u was zaszło więcej zmian niż u mnie. Ja po staremu tłukę się na kolejowym szlaku. Tylko co z Kolei Transkaspijskiej[8] wróciłem. Z basmaczami walczyć musieliśmy. Lotne brygady potworzyć. Niełatwo się cywilizuje nasz Turkiestan[9], dla koczownika pociąg to jak karawana, skrzynia z łupem na kołach. Sami rozumiecie, mamy prawie dwadzieścia tysięcy wiorst dróg żelaznych. Pół ziemi opasać można. Jest czego pilnować, do emerytury mam zajęcie.

– Jak pamiętacie Stiepan Aleksandrowicz kolej zawsze mnie fascynowała. Mam nadzieję nie tylko pogawędzić, ale też że pokażecie mi również kawałek swojego wspaniałego królestwa. – Powiedział Andrzej dmuchając na filiżankę gorącej herbaty.

Stary siorbnął długi łyk herbaty i przegryzł łupinką cukru.

– Przejdziemy się na Cmentarz Bródzieński i jak czas pozwoli, to zaprowadzę was potem do lokomotywowni. Widzieliście ją? Prawdziwa, okrągła, z obrotnicą. Tam bije serce Kolei Nadwiślańskich i całego węzła Warszawskiego.

– Na cmentarz?

– Dziś ostatni listopada, trzy lata minęło od śmierci Jana Filipowicza.

Kapitan poczuł jak rumieniec wstydu wypływa mu na policzki. Jak mógł zapomnieć o radcy Mościckim? Ojczulek Jan, jak go nazywali. Mistrz i opiekun, uważany za jedynego sprawiedliwego w warszawskiej policji za niesławnych rządów Buturlina[10]. Odszedł na emeryturę cztery lata temu, kupił niewielki folwarczek na Bródnie, miał uprawiać ukochane tulipany i sczezł w ciągu roku. Bezczynność go zabiła. Faktycznie leżał tu, na nowiutkim Cmentarzu Bródzieńskim[11]. A dziś przypada rocznica śmierci. Pokłonić się prochom ojczulka wypadało.

– Wybaczcie Stiepan Aleksandrowicz, zupełnie zapomniałem.

– Tak, tak, wielki świat. Nikt od sławnego Andrzeja Zaleskiego nie wymaga by pamiętał o jakimś dawno zmarłym starym dziadzie. – Sztabskapitan puścił oko. – No wypijmy po jednym i idziemy.

Machnął rękę na eleganckiego bufetowego, który podsunął im dwa rżnięte kieliszki i nalał angielskiej wódki.

Wypili. Andrzej rzucił politnika i machnął ręką. Wyszli na peron nie czekając na resztę. Przedostali się na drugą stronę torów. Tu przez pola wiodła ledwo wydeptana droga.

– Mamy sanie? – zapytał Andrzej.

– Odetchnąć świeżym powietrzem dobrze mi zrobi, rozruszam stare kości. – Pokręcił głową Stiepan i ślizgając się po śniegu ruszyli przez pola w kierunku porośniętych nędznymi sosenkami wydm Cmentarza Bródzieńskiego.

Ledwo minęli po lewej nowe budynki kolejowe, gdy zerwał się wiatr i robiło się coraz chłodniej, dobrze, że po tej stronie Wisły nie padało. Andrzej zaciągnął mocniej poły płaszcza. Płaszcza, który zupełnie nieregulaminowo, acz w sposób nie widoczny dla laika, mistrz kuśnierski podbił mu mięciutkimi futerkami zajęczymi zapewniając rozkoszne ciepło. Szli milcząc, pochłonięci wspomnieniami. Nagle za nimi, od strony dworca pokazały się sanie, zabrzęczały dzwonki na uprzęży koni.

Od stacji pędziły sanie.

– Ależ to kapitan Zaleski, co za zbieg okoliczności! – Zabrzmiał tubalny głos. – Wasze wysokobłagorodie, mamy sprawę u Żydów, zabójstwo na ich cmentarzu. Może wasza wysokość się z nami zabierze? Ach i sztabskapitan Sierow! Prosimy bardzo!

Z sań wychylił się żandarm, i gestem zaprosił do środka.

– Na cmentarzu żydowskim? Co za licho? Dobra pojedziemy. – Zarządził kapitan.

– Ja nie jadę. – Twardo uciął żandarm kolejowy. – To wasz teren Andriej Stanisławowicz, ja tylko pętać się będę. Jana Filipowicza tylko dziś odwiedzić mogę, bo jutro muszę jechać do Mławy. Na was, Andriej Stanisławowicz, nasz ojczulek wszak poczeka.

– Taka służba Stiepan Aleksandrowicz. Pójdziemy razem, jak znad granicy wracać będziecie.

– Jak Bóg da. Kto wie co przyszłość przyniesie? Na granicy bywa różnie. Przemytnicy i u was, w Przywiślańskim Kraju, nie żartują. No, ale lećcie już do tego waszego nieboszczyka, bo wam go jeszcze Żydzi na macę wykradną.

Andrzej skrzywił się. Drażniły go stare antysemickie żarty. Pokiwał więc tylko przyjacielowi dłonią i sanie ruszyły w kierunku muru i bramy cmentarza żydowskiego.

Bródno, 30 listopada 1890

Żandarm w saniach to był starszy filer Michaił Ilicz Potapow. Andrzej poznał go niedawno, na pierwszej odprawie po swoim awansie. Potapow był doświadczonym policjantem i mówiono, że ma rozległą siatkę informatorów w kręgach rzemieślniczych i wśród praskich handlarzy. Chętnie współpracowali z nim też żandarmi wojskowi, co przy ogromnej liczbie stacjonującego na Pradze wojska miało niemałe znaczenie.

Pod bramę podjechali z rozpędem, mało nie wbijając się w kłębiący się tłumek żydowskiej biedoty.

Wyskoczyli z sań i od razu skierowali się w stronę postaci w bobrowej czapie, jak domyślili się, najważniejszej wśród zebranych osoby.

– Ah, kapitan Zaleski – zawołał mężczyzna – cóż za szczęście, że to wasze wysokobłagorodie raczył przybyć, paskudna sprawa.

Po jesiennych publikacjach w prasie twarz kapitana była znana powszechnie. Andrzej podszedł bliżej. Mężczyzna wyciągnął rękę.

– Leon Joselewicz Broch, adwokat – przedstawił się.

– Andrzej Stanisławowicz Zaleski, żandarmeria. Bardzo mi miło, pomimo okoliczności. Wiele o panu mecenasie słyszałem. – Powiedział Andrzej ściskając dłoń. O wiele silniejszą i bardziej kościstą, niż można by się spodziewać po kancelaryjnym prawniku.

– Mam nadzieję, że nie samych oszczerstw niezadowolonych prokuratorów?

– Raczej o pańskiej społecznej działalności na Pradze, mecenasie. Ale cóż, nie traćmy czasu na mrozie. Co my tu mamy?

– Dziewczyna, młoda, sądząc z włosów i urody chrześcijanka. Zamordowana chyba gdzie indziej i porzucona tu, na cmentarzu.

– Oho, daleko idące wnioski panie mecenasie. Z czego pan to wnosi?

– Nie znam się na tym, ale zwykle półnagie dziewczyny nie biegają po śniegu w cienkich pantoflach.

– Różne rzeczy się widuje, ale niech pan prowadzi do trupa i po drodze opowie mi wszystko.

Obejrzał się w kierunku filera.

– Potapow, przesłuchajcie no pracowników cmentarnych i spiszcie wszystko co wiedzą.

– Wedle rozkazu wasze wysokobłagorodie.

Zaleski i Broch ruszyli aleją pod szpalerem ośnieżonych drzew w kierunku wzniesienia w centralnej części cmentarza.

– No więc, co pan tu robi w niedzielny poranek, mecenasie?

– Miejsce na pochówek żony przyszedłem wyznaczyć. W środę będziemy chować Sarę.

– Och, moje najszczersze kondolencje. Nie wiedziałem. Choroba? Wypadek?

– Gorączka zimowa kapitanie. Nikt się nie spodziewał, dopiero trzydziesty drugi rok jej szedł. Trójkę dzieciaków osierociła. Najstarsza Lea, ma ledwie osiem lat, wyręki z niej żadnej jeszcze nie będzie.

Andrzej pokiwał głową. Trzydzieści dwa lata. Gorączka zimowa. Więc raczej mecenas nie pozbył się podstarzałej żony. Cholera, przeklęte policyjne spojrzenie na świat, przecież nie o żonę Brocha tu chodzi, lecz o trupa jakiejś dziewczyny znalezionej na cmentarzu. Czemu dopatruje się związku, którego pewnie nie ma? Jednak z drugiej strony, czy to na pewno przypadek, że zwłoki młodej panienki odkrył właśnie adwokat? Na razie myśl odłożył do szufladki w głowie oznaczonej etykietą, „przejrzeć i jak niepotrzebne zapomnieć”.

 

[1] Chawera Kadisza (jid.) – Święte Bractwo, żydowskie towarzystwo pogrzebowe.

[2] Szmul Zbytkower – 1721-1801, najsłynniejszy żydowski obywatel Pragi, ogromnie zasłużony w XVIII wieku dla jej rozwoju, od jego imienia jest nazwa „Szmulowizna”. Fundator Cmentarza Żydowskiego na Bródnie.

[3] Dworzec Kowelski – nowy dworzec Kolei Nadwiślańskich otwarty w 1880, mniej więcej w tym miejscu znajduje się dzisiejszy Dworca Gdańskiego.

[4] Jeden z okalających Warszawę fortów carskich, zlokalizowany nad Wisłą na Bródnie. Ze względu na owe fortyfikacje na Bródnie nie wolno było wznosić budynków murowanych by nie przesłaniać pola ostrzału.

[5] Blestiaszczy (ros.) – imponujący, dosł. błyszczący

[6] Żelieznodorożnoje… (ros) – królestwo kolei żelaznych.

[7] Wiadro – dawna rosyjska miara objętości, ok 12,3 litra.

[8] Kolej Transkaspijska – budowana od 1880 roku kolej łącząca w 1890 Samarkandę i Bucharę z nadkaspijskim portem Kransowodsk (obecnie Turkmenbaszy w Turkmenistanie)

[9] Turkiestan (ros.) – nazwa regionu obejmującego dzisiejszy Uzbekistan, Turkmenistan i Kazachstan

[10] Nikołaj Buturlin, nieślubny syn cara Aleksandra II, oberpolicmajster Warszawy do 1884 roku, znany z korupcji i konszachtów z przestępcami.

[11] Cmentarz Bródzieński (Bródnowski) został formalnie otwarty w 1884 roku.

Warszawa, 24 października 1889

Następnego dnia w południe Andrzej stał wyprężony przed generałem majorem Dowłatowem. Ten spojrzał jednym okiem na raport, a potem uważnie wpatrywał się w porucznika.
Brązowe oczy generała wydawały się zamglone i łagodne, lecz wzrok staruszka był czujny, przenikliwy. W ogóle nie przypominał twardego wojskowego. Okrąglutką głowę, łysą jak kolano, okalały siwe, kędzierzawe bokobrody, przydając jej komicznego charakteru. Wbrew stylowi generalicji nie nosił wąsów ani brody. Usta miał miękkie, błyszczące jak u smakosza. Gdy mówił, twarz marszczyła mu się jak pyszczek małego pieska.

– To wy napisaliście ten raport?
– Tak jest, wasze priewoschoditielstwo [1].
– Hm, ciekawe. A gdzie wasz Georgijewski kriest [2]?
Krzyż Św. JerzegoFaktycznie, Andrzej nie miał zwyczaju zakładać wstążki orderowej. Uważał, że nie ma się co chwalić dawnymi czynami.
– Bo to, wasze priewoschoditielstwo, właściwie za nic.
– Za nic? Jerzego za nic się nie dostaje. Opowiadajcie, tylko ze szczegółami.
Tego się Andrzej nie spodziewał, że generał zamiast rozmawiać o morderstwach i możliwym śledztwie, będzie chciał słuchać jakichś starych historii.

Porucznik wziął głęboki oddech i zaczął opowiadać:

– To było osiem lat temu, w górach Armenii. Byłem młodym praporszczykiem [3] i dowódcą patrolu. Teren przygraniczny, niespokojny. Walk żadnych nie było, choć Azerowie i Ormianie zawsze są gotowi skoczyć sobie do gardeł. No i normalni bandyci, rabusie owiec, czasem przemytnicy.
– Opium?
– Głównie opium. – Andrzej przypomniał sobie, że generał długo stacjonował w Azji Środkowej i dobrze znał tamtejsze stosunki. – Złoto, kobiety, broń, co tam właśnie szło u Persów i u naszych.
– Kontynuujcie.
– Prowadziłem patrol. Pięciu ludzi i ja. Rutynowo. Dzień był spokojny, późna wiosna, śniegi zeszły, jeszcze nie za gorąco. Jeździliśmy parę godzin, cisza, nic się nie dzieje. Chłopcy chcieli zjeść i zatrzymaliśmy się na odpoczynek. Ja postanowiłem rozejrzeć się po okolicy. Wdrapałem się na skały i wyciągnąłem lornetkę. Skierowałem wzrok w stronę granicy. Cisza, nikogo. Obróciłem się w naszą stronę, kamień obsunął mi się pod butem i upadłem. Upadek uratował mi życie. Dokładnie w tym samym momencie rozległ się huk karabinu, kula świsnęła tam, gdzie mgnienie oka wcześniej była moja głowa. Padłem na ziemię i udawałem trupa.
Czekałem. Po piętnastu – dwudziestu minutach pojawiło się dwóch Azerów. To, że żyję, zdziwiło ich. Śmiertelnie. Udało mi się załatwić ich bez hałasu. Widziałem z góry, jak z tuzin basmaczy prowadzi piątkę moich żołnierzy związanych jak cielęta. Ruszyłem ich śladem. Te dwa trupy wrzuciłem na jednego ich konia, starą chabetę, sam dosiadłem drugiego. Jechałem wzdłuż przepaści. Niewiele myśląc, zrzuciłem tamtych dwóch, a starej chabecie poderżnąłem gardło i też pchnąłem w dół. Z góry wyglądało, jakby sami spadli, jeśli tylko nikt by się im z bliska nie przyglądał.
Pozostali bandyci obozowali w dolince, pamiętałem ją z mapy. Trochę rozeznaję się w turecczyźnie, podsłuchałem, o czym gadają. Banda przemytników. Postanowili, zgodnie ze swoim muzułmańskim zwyczajem, ściąć niewiernych, czyli moich żołnierzy, na chwałę Allacha. O wschodzie słońca, po modlitwie. Powoli zapadała noc, a ja nie miałem żadnej szansy sprowadzić na czas pomocy. Nawet jeśli trafiłbym w ciemności do obozu, nie dotarlibyśmy z powrotem przed świtem, nasi żołnierze nie przywykli do nocnych marszów.

Musiałem działać. Tylko jak? Ich tuzin, ja sam. Miałem co prawda dwa rewolwery, jeden nieregulaminowo, lubię dobrą broń. Z tych, co ich ubiłem, jeden miał piękny belgijski karabin automatyczny. Cacko warte małą fortunę. Drugiemu zabrałem starą myśliwską dubeltówkę.
Generał siedział zasłuchany, widać było, że opowiadanie obudziło w nim jego własne wojenne wspomnienia.

Andrzej kontynuował:
– Ale nawet z takim arsenałem w bezpośredniej walce byłem bez szans. Jedyna nadzieja to rozproszyć bandytów, niech zwieją, myśląc, że zaatakował ich nasz cały oddział. Dolinka była długa i to sprawiło, że wpadłem na pewien pomysł. Jeśliby wypalić od północnej strony z obu strzelb jednocześnie, kilka razy, a samemu zbiec, strzelając z rewolwerów, mogliby w panice skoczyć na koń i uciec. Jedyny plan. Zacząłem się przygotowywać.
Czekałem i w tym czasie z nabojów dubeltówki zrobiłem kilka petard. Podpalone jednym lontem dadzą złudzenie, że strzela kilka karabinów.
Wolno zapadał zmrok i wtedy z dolinki czterech bandytów ruszyło na poszukiwanie brakujących towarzyszy. Pozostali czujnie obserwowali okolicę. Ja leżałem bez ruchu, nie używałem lornetki, by przypadkowy błysk w szkle nie zaalarmował przemytników. Urwisko było półtorej wiorsty stamtąd, więc gdy wrócili, było już prawie zupełnie ciemno. Echo odbijało krzyki grupy poszukiwawczej. Bandyci zobaczyli z góry ciała i wypadek wydał im się prawdopodobny, szczególnie że obok konia leżał mój mundur i zmiażdżona czapka. Dobry początek.
Zapadła noc. Było zimno, jak to w górach. Ręce mi grabiały, gdy mocowałem po lewej stronie doliny instalację ogniową. Petardy z nabojów, stara dwururka i mój jednostrzałowiec miały wypalić prawie naraz po pociągnięciu za sznurek. Po prawej stronie umocowałem wielostrzałową belgijkę. Tu pociągnięcie spustu kilka razy wymagało małego przełożenia. Byleby zadziałało.

Usypałem też spory kopiec kamieni, który po kopnięciu sprawi hałas, jakby biegło kilka osób. Niepotrzebnie się obawiałem, że przemytnicy mnie usłyszą. Porządnego wartownika postawili przy koniach, ale od mojej strony tylko jakiegoś łachmytę. Nie spodziewali się niczego. Palili fajki, pewnie z haszyszem, i po turecku wymyślali moim towarzyszom. Nie kryli swoich planów. „Jutro wasze świńskie łby zetniemy na chwałę Allacha” – to były najłagodniejsze obietnice.
Na dwie godziny przed świtem zlikwidowałem wartownika od swojej strony. Spał, obok stara pistonówka. Tej pukawki już użyć nie mogłem.

Teraz byleby nie zasnąć. Zimno było przejmujące, bałem się, że zesztywnieję i nie dam rady biec. Rozciągałem się, napinałem mięśnie, by się rozgrzać. Najważniejszy był odpowiedni moment. Gdy tylko niebo na wschodzie zaczęło jaśnieć, bandyci poderwali się z ziemi i rozłożyli swoje dywaniki modlitewne.
„Allachu Akbar” zabrzmiało z charakterystycznym zaśpiewem. I wtedy uderzyłem. Strzały z trzech stron, spadające kamienie i mój wrzask „Job waszu mać” – wszystko to sprawiło, że poderwali się w panice. Potracili głowy. Gdy wypaliłem z obu rewolwerów, myśleli już tylko o ucieczce. Strzelałem za nimi, trafiłem jednego wiejącego w plecy, drugiego w nogę, wciągnęli go na konia. Galop, wściekłe okrzyki. Przemytnicy zniknęli gdzieś na górskiej drodze.
Szybko rozciąłem więzy moich żołnierzy, zebraliśmy broń, bo napastnicy mogli przecież wrócić. Teraz uzbrojeni, byliśmy gotowi. Bandyci nie wrócili. My zaś dotarliśmy bezpiecznie do obozu. Tam już szykowali oddział poszukiwawczy, na ratunek. Akurat by przybyli na zebranie trupów.

Potem się okazało, że przemytników zostało tylko dziewięciu, ten, co go trafiłem, albo sam spadł w przepaść, albo kamraci go dobili, żeby nie wsypał.
– To czekajcie, dwóch od razu – generał zaczął liczyć, zginając po rosyjsku palce – ten, jak mówicie, wartownik łachmyta, ten, coście go trafili z rewolweru, i ten ostatni. – Pokazał zaciśniętą pięść. – Pięciu basmaczy żeście własnoręcznie ubili?
– Tak się złożyło, wasze priewoschoditielstwo.
– I dlaczego uważacie, że Griegorijewski kriest wam się za to nie należy? Swoich odbiliście, pięciu bandytów mniej, widno pticu po poliotu [4]. Gieroj.
– Przecież gdybym wystawił wartę, to nie wpadlibyśmy im w łapy. Wtedy całe to moje bohaterstwo nie byłoby potrzebne. Tak byłoby lepiej. Jeden z moich żołnierzy ciężko to odchorował, sznury, co był nimi związany, poraniły mu nadgarstki, krzyczał w nocy, na koniec musiał iść w odstawkę z niesprawną ręką. Moja wina.
– Obwinianie się, gdybanie, babskie gadanie. Czyny się liczą, poruczniku. Jerzego macie, noście go, bo to duma i chwała rosyjskiego żołnierza.
– Tak jest, wasze priewoschoditielstwo.
Zapadło milczenie.
– Czyli wtedy właśnie wstąpiliście do policji?
– Tak jest. W wojsku dostałem regulaminowy awans na podporucznika, a gdy mi wręczano Jerzego, spotkałem radcę nadwornego [5] z policji z Moskwy, wizytował Baku. Zapytał, czy nie chcę wstąpić. Jakoś po tej przygodzie w górach odeszła mi chęć do wojaczki. Pomyślałem, że mogę służyć imperium lepiej.
– I wstępując jako podporucznik, od razu mieliście sekretarza gubernialnego, trzynasty czyn przeskoczyć wam się udało.
– Tak jest, wasze priewoschoditielstwo.
– Niegłupi jesteście. – Generał wyciągnął brązową szkatułkę z papierosami i wskazał Andrzejowi krzesło. – Siadajcie i zapalcie, pogadamy o waszej sprawie.

 

[1] Wasze priewoschoditielstwo – tytuł przysługujący wysokim oficerom, od rangi generał majora i urzędnikom od szczebla rzeczywistego radcy państwowego.

[2] Georgijewski kriest (ros.) – Krzyż Orderu św. Jerzego, odznaczenie nadawane za zasługi wojenne, bohaterstwo. Charakterystyczna wstążka orderowa to dwa pomarańczowe pasy przedzielone czarnym.

[3] Praporszczyk (ros.) – dosł. proporcowy, najniższy stopień oficerski, czyli pochorąży.

[4] Widno… (ros.) – poznasz człowieka po czynach (dosł. rozpoznasz ptaka po jego locie).

[5] Radca nadworny – stopień służbowy w administracji, odpowiednik podpułkownika.

Plan miasta i przypisy na końcu tekstu

Poniedziałek, 4 maja 1925r.

 

Bródno map

A. Kupniewski Map – Pętla tramwaju 21, w górnym rogu szkoła kolejowa

Andrzej Zaleski telepał się tramwajem 21 do pętli na Wysockiego. Nieliczni o tej porze pasażerowie wysiedli przy warsztatach kolejowych i teraz w wagonie siedział on, jakaś babina, pewnie jadąca do jednego z domków na Ustroniu, i starszy konduktor.

Rano z pocztą przyszła wiadomość od Michała, która skłoniła go do tej podróży „Przyjedź koniecznie do mnie do szkoły. Mamy problem i może twoje umiejętności nam pomogą, sam nie daję rady. Michał”.

Jego stosunki z przybranym synem Michałem były napięte. W 1892, po śmierci rodziców Michała, chłopów z rodzinnego Białaczowa, w opoczyńskiej epidemii cholery, Andrzej adoptował ojcowego chrześniaka i zajął się nim formalnie. Już wcześniej, zgodnie z ostatnią wolą swego ojca, zabrał chłopca do Warszawy i dbał o jego wykształcenie. Michał skończył szkołę kolei Warszawsko-Wiedeńskiej, a że miał talent matematyczno-techniczny, potem Instytut Politechniczny w Petersburgu. Młody inżynier praktykował w Belgii. Wybuch wojny, a potem rewolucja, przerwały kontakt prawie na 5 lat. W wolnej Polsce ich drogi się rozeszły.

Sam Andrzej nie bardzo potrafił się odnaleźć. Początkowo, jak wszyscy, był pełen entuzjazmu. W czasie wojny bolszewickiej, z oddziałem zebranym po stepach Rosji i Ukrainy, przedarł się pociągiem do Kijowa. Dostał dowództwo batalionu, ale dość szybko go odsunęli. Legionowi dowódcy i hallerczycy nie lubili socjalistów rosyjskich i zapamiętano mu czerwono-zieloną1 flagę na lokomotywie, gdy wjeżdżał do miasta. Po wojnie bolszewickiej wrócił do policji.

To było jego przeznaczenie, świat, który lubił. I co tu dużo ukrywać, był w tym dobry.

Niestety, okazało się, że były carski policjant, nie jest dobrze widziany. Siedział w wydziale finansowo-gospodarczym, jako zastępca komisarza, kilka stopni niżej, niż wskazywałaby jego przedwojenna ranga, wszak odpowiednik podpułkownika żandarmerii. Nie miał o to żalu, szkoda mu było służby czynnej. Tylko i tam długo się nie utrzymał. Wypchnięto go do policji rzecznej. Ot, uczestniczył w oględzinach trupów, dokumentował wypadki, od wszelkiej roboty trzymali go z daleka. Gdy rok temu odezwał się bark, uszkodzony w akcji jeszcze w 1890, chętnie skorzystał z okazji do emerytury, ze względów zdrowotnych. Uścisnęli mu rękę, na odchodne dali Virtuti Militari za to przebicie się do Kijowa i szybko o nim zapomnieli.

Michał zaś, w nowej rzeczywistości, czuł się jak ryba w wodzie. Odbudowywał i rozbudowywał zniszczoną przez wojska zaborców infrastrukturę kolejową, realizowano jego projekty inżynierskie. Fotografował się i z narodowcami z ZLN2 i z byłymi pepeesowskimi legionistami gromadzącymi się wokół Piłsudskiego. Niedawno został też dyrektorem nowej szkoły kolejowej3.

Kłócili się z Andrzejem o różne sprawy – nieprzeprowadzoną reformę rolną, sprawiedliwość społeczną, losy ludzi pod zaborami. Michał uważał, że podstawowy obowiązek państwa to budowa nowoczesnej Polski – usunięcie zniszczeń wojennych, a tych, szczególnie na kolei, nie brakowało, rozwój gospodarki. Na zadbanie o biedotę, która wciąż stanowiła prawie 80% społeczeństwa, a którą wyniszczyła inflacja i niedawna reforma walutowa4, przyjdzie czas potem.

Andrzej był wierny swym socjalistycznym przekonaniom. Jego zdaniem na krzywdzie i biedzie silnego państwa zbudować się nie da. Choć, po doświadczeniach rosyjskich, od komunistów trzymał się z daleka.

Widywali się z Michałem coraz rzadziej. Czasem, siedząc w domu na Ząbkowskiej, ze swą żoną Anisą i dwoma kotami, Andrzej czuł się okropnie samotny i niepotrzebny. Tak więc list od syna wywołał w nim radość, pomieszaną ze złością – bo, z jednej strony, jeszcze go potrzebują, z drugiej zaś, odzywają się tylko wtedy, kiedy mają kłopot. Nie lubił też mieszać się do spraw policji. Jest prawo, jest policja od jego pilnowania. Cywile niech trzymają się przestrzegania przepisów.

Tym niemniej, wskoczył w niedawno uruchomione „oczko” – jak od numeru nazywano tramwaj 21 – i już dojeżdżał do pętli. Cisza i pustka na Wysockiego kontrastowały z pracą wrącą w warsztatach kolejowych, tam przy Białołęckiej. Wiosenny dzień był szary i chłodny. Bruk był mokry od deszczu, a słupy trakcyjne odbijały się w taflach kałuż. Nacisnął głębiej kapelusz i kuląc się od chłodu poszedł w kierunku szkoły i bursy, błyszczących zza drzew klinkierową elewacją i cynowymi parapetami.

Coin photo

Pilsudski moustache on a coin

Stary woźny poznał go bezbłędnie.

– Dzień dobry panie komisarzu. Do dyrektora?

– Dzień dobry panie Wojciechu, jaki ja tam komisarz, emeryt jak i pan. – Andrzej przygładził siwe wąsy, w których osiadły kropelki rosy. Nosił się z duchem czasu, „na Dziadka”.

Wspiął się na górę. Zapukał do znajomych drzwi.

– O, dzień dobry, panie komisarzu – starsza pani pilnująca spokoju Michała i prowadząca całą korespondencję szkoły, uśmiechnęła się smutno, okulary skrywały zaczerwienione oczy.

– Dzień dobry pani Janino, ależ pani do twarzy w tej modnej fryzurze.

– Komplemenciarz z pana, komisarzu. – Zarumieniła się. – Dyrektor czeka.

Wszedł do umeblowanego nowocześnie gabinetu. Metal i szkło, czarne drewno. Szkoła kolejowa to w końcu symbol nowoczesnej Polski. Mapy i wykresy ukazywały rozwój kolei w ostatnich latach, ogromny wysiłek powojennej odbudowy i spajania ziem różnych zaborów.

– Witaj, ojcze. – Michał poderwał się i uścisnął Andrzejowi rękę.

– Witaj, Michale, przypomniałeś sobie o mnie, co?

– Wiesz jak to jest w robocie, jak mówiliście za cara „podetrzeć się nie ma kiedy”. Odbudowa idzie pełną parą, a ta szkoła pochłania resztę wolnego czasu. Dobrych kadr trzeba nam jak powietrza, a tu jeszcze ta sprawa. Boję się, że za tymi kradzieżami może kryć się coś gorszego.

– Może wyrazisz się jaśniej. – Andrzej usiadł i z uśmiechem wziął filiżankę mocnej herbaty z rąk pani Janiny.

Michał poczekał, aż drzwi się zamkną i spokojnie kontynuował.

– Od kilku miesięcy mamy plagę drobnych kradzieży, głównie złote łańcuszki, medaliki i pieniądze. Nikogo nie złapaliśmy, ale to uciążliwe. Zebrało się strat na ponad pięćset złotych.

– Pięćset – mruknął Andrzej – ładny pieniądz.

– Tak, a ostatnio pani Janinie ktoś zdjął z ręki złotą bransoletkę, jeszcze po prababci, biedaczka ciągle płacze. Duża sprawa.

– Co na to policja? To chyba ich rzecz.

– Wiesz, my jesteśmy w takim dziwnym miejscu. Podlegamy pod kolejową XVIII5, a dla nich „towary, urządzenia kolejowe, pasażerowie to priorytet”, szkoła ich mało obchodzi. Zaś w XXV na taki problem tylko machnęli ręką. Teraz komunistów tropią, co tu na Annopolu i w fabrykach się mnożą. Niesłychane, agitują nawet wśród kolejarzy. Zaś na Bródnie kryminaliści nie próżnują. Niemal każdego dnia kogoś z poderżniętym gardłem znaleźć można. Dla policji nasze kradzieże to drobiazg. Ja zaś, po pierwsze nie mam czasu…

– A po drugie, nie lubisz się bawić w śledczą robotę. Pamiętam, pamiętam. – Andrzej uśmiechnął się na wspomnienie o nieudanych próbach wciągnięcia Michała w policyjne zadania. – Opowiadaj więc ze szczegółami, co i jak, po kolei, po inżyniersku.

– Zaczęło się cztery miesiące temu. Antkowi z kursu przygotowującego do studiów inżynierskich zginął duży złoty krzyżyk, prezent od chrzestnego. Jeszcze w tym samym tygodniu w VIIIa zginęło 10 złotych, a w IXa złoty sygnet, co go chłopak na chwilę zdjął w łazience. Od tego czasu nie ma tygodnia bez dwóch, czy trzech takich kradzieży. Bardzo zmyślne. Po gimnastyce ktoś zauważa brak złotego medalika, z kieszeni ginie dwuzłotówka. Ogłosiliśmy, by oddawać do depozytu, ale zaraz następnego dnia zginęły stamtąd dwa złote łańcuszki.

– Skradziono wszystko, co oddano w depozyt?

– Nie, srebra i zegarków nie ruszono, tylko złoto. Kiedy zaś zginęła bransoletka pani Janiny, postanowiłem zwrócić się do Ciebie. Jesteś na emeryturze, ale może takie małe ćwiczenie policyjne Ci nie zaszkodzi.

Andrzej chrząknął. Nie lubił, gdy wypominano mu emeryturę i gdy mówiono o jakimkolwiek śledztwie jako o rozrywce. W pracy policjanta nigdy nie wiadomo co skończy się tragedią. Pamiętał jak na wsi pod Kijowem tłum zabił wiejskiego głupka za podkradanie jajek. Z jego doświadczenia, młodzi chłopcy potrafią z równą brutalnością wymierzać sprawiedliwość po swojemu. Sprawą trzeba się zająć.

– Dobrze, pogadam z chłopakami. No i z panią Janiną oczywiście. Za dwa, trzy dni powiem ci co się dzieje. Aha, daj mi też przepustkę na miesiąc do warsztatów, tam mogą być powiązania.

Po prawdzie wątpił, że akurat u kolejarzy znajdzie jakiekolwiek ślady, lecz okazji posiedzenia w warsztatach, wdychania znowu zapachu smaru i kutego metalu, popatrzenia z bliska na wagony i parowozy, tej przyjemności odmówić sobie nie potrafił. Jak dla typowego dziecka XIX wieku, kolej i przemysł były jego miłością. Dzięki kolei schwytał najważniejszego w swym życiu złoczyńcę. To pociąg pancerny przywiódł go z powrotem do kraju. A kto wie czy taki emeryt jak on, będzie mógł kiedyś jeszcze zanurzyć się w trzewiach hal mechanicznych?

Czwartek, 7 maja 1924r.

Przez kolejne dni Andrzej chodził po szkole, rozmawiał z uczniami, nauczycielami, woźnymi, pracownikami szkolnych warsztatów, zajrzał i do zakładów. Kolejarze chętnie z nim gadali, czuli prawdziwą pasję. Potrafił wejść w rolę niegroźnego starszego pana, wzbudzającego zaufanie. Ze starszymi wypalił papierosa, z młodszymi pogadał o domu i szkole, z robotnikami posiedział w warsztatach, z nauczycielami wypił herbatę, z woźnymi, po godzinach, kieliszek starki ze swojej piersióweczki. Nie spieszył się. Notatki robił po rozmowie, nie lubił gdy rozmówca widział, że coś pisze. To rozpraszało.

– Jak ci idzie? Widzę, że Michał wciągnął cię mocno w tę swoją sprawę. – Zapytała Anisa trzeciego dnia, gdy wrócił później niż zwykle. Tramwaje już nie kursowały i musiał tłuc się dorożką. – Przemęczasz się.

– Nie rób ze mnie starego dziada. – powiedział z uśmiechem głaszcząc czarne futro Morusa. Kot skorzystał z jego powrotu do domu, by wskoczyć na kolana i dopominać się pieszczot. – Daję radę. Podejrzewałem wpierw, że chłopaki grają w karty z miejscowymi i przegrywają. Ale to niespójne z ginącymi przedmiotami. Gracz nie pogardziłby srebrnym ryngrafem czy zegarkiem. Tu zaś giną tylko pieniądze i złoto.

Anisa postawiła przy nim talerz z jego ulubionymi tatarskimi pierożkami z baraniny. Wiedziała, że gdy pracuje, lubi przekąsić, wtedy nie chce odrywać się od myślenia na jakąś wspólną kolację. Wolał siedzieć w swoim miękkim fotelu, w łagodnym świetle lampy. Głaskał kota i czasem notował.

Piątek, 8 maja 1925r.

Nazajutrz na Ząbkowskiej Andrzej przeciskał się przez poranny tłum Żydów wychodzących z koszernych jatek, gospodyń dźwigających kosze zakupów z Bazaru Różyckiego, robotników idących na Kawęczyńską, podróżnych spieszących między dworcami, wozów wyładowanych towarem ciągnących z hukiem po bruku. W nos uderzały zapachy chały, smażonej cebuli, spoconych ciał, końskiego moczu.

Z ulgą skręcił w zieloną Tragową. Parasole szpalerów drzew chroniły przed majowym słońcem i tłumiły gwar ulicy. Jednak tłum przy Dworcu Wileńskim, był nie mniejszy niż przy bazarze, a gdy zobaczył „oczko”, pozostało mu wiszenie na stopniach. Tramwaj był nabity robotnikami fabrycznymi pachnącymi smarem i tytoniem lub mydłami z nowych zakładów Schichta6. Kilku kolejarzy w mundurach patrzyło z góry na robociarską brać. Oni byli prawdziwą elitą. Przy Konopackiej i Szwedzkiej rozluźniło się nieco, a gdy brukowana Białołęcka zastąpiła asfalt Odrowąża, w tramwaju było już praktycznie pusto.

Michał czekał nań niecierpliwie.

– I co odkryłeś ojcze? Co się dzieje?

– Co, to jest jasne, na razie tylko nie wiem kto i dlaczego.

– Co niby, jest jasne?

– No modus operandi7. Działa u was dwóch, lub trzech, kieszonkowców. Metody klasyczne, kradzież w tłumie, jeden odwraca uwagę, drugi kradnie. Albo, gdy chłopcy mają coś innego na głowie. Ktoś ma bardzo zręczne palce. Posłuchaj opowieści pani Janiny: „Uczniowie wchodzili na apel klasami, pod przewodnictwem nauczycieli. Wtem mały Janek z VIIIb się potknął i zrobił się tłok. Starsze klasy ze śmiechem pchały się naprzód, młodsi piszczeli. Podbiegłam by pomóc, długo to nie trwało. W czasie przemowy dyrektora coś mi nie pasowało. Wychodzę z sali, a tu bransoletki nie ma. Panie komisarzu, była w mojej rodzinie od stu lat, za wojen napoleońskich pradziadek przywiózł ją dla narzeczonej, z samej Hiszpanii.” Popłakała się. Oni, moim zdaniem, działają pod wpływem chwili. Occasio facit furem8

– Straszne, kieszonkowcy w szkole kolejarskiej. Pomyśl, kiedyś zostaną kolejarzami i będą okradać pasażerów. Nie możemy do tego dopuścić. Złap ich, ojcze.

– Powiedz, czy któremuś z twoich chłopaków możemy zaufać?

– Uczniowi? Edek Popławski i Julek Mazur są zastępowymi, starzy harcerze, ręczę za nich. Myślę też, że Antek Poświatowski jest poza podejrzeniami. Ziemiańska rodzina z tradycjami, rodzice regularnie przysyłają mu pieniądze, po co by mu to było? Dorabia już w warsztatach, bardzo zdolny, no i jemu pierwszemu skradziono złoto. O innych, podpytaj wychowawców.

– Gotów jesteś wydać parę złotych na złapanie sprawców?

– Ile? – Michał nie słynął ze szczodrości.

– Będę potrzebował pomocy z Bródna. Znam dwóch takich. Zapłacisz im teraz po pięć złotych, a po tygodniu, jak dostarczą wyniki, po piętnastaku. Zadanie na wieczory.

– Razem cztery dychy, niemało, ale może być. Ty tu znasz kogoś?

– Kiepski byłby ze mnie policjant, jakbym pomocników na Bródnie znaleźć nie potrafił. Znam takich cwaniaków. Mieli robotę na Szmulowiźnie, ale fabrykę zamknięto po podniesieniu podatków i są bezrobotni. Gotowy grosz im się przyda. Z normalną policją by nie współpracowali, ale dla mnie zrobią co trzeba. Teraz pogadam z tym Edkiem i Julkiem.

– Z Antkiem też?

– Póki co, wolę tylko harcerzy.

– Jak sobie chcesz, masz wolną rękę. Ci, co ich zatrudniasz, jakoś się nazywają?

– Wystarczy ci, jak będziesz wiedział, że to Stasiek i Benek.

– Benek, żydek?

– Żyd, sprytny chłopak – Andrzej nie lubił antysemickich odzywek Michała.

– Dobra, dobra, twoi ludzie.

Andrzej wydał instrukcje, porozmawiał z chłopakami. Znowu czekał. W robocie policyjnej, czekanie to często najtrudniejsza i najważniejsza rzecz.

Wtorek, 12 maja 1925r.

Edek i Julek przyszli z raportem we wtorek. Solidne, harcerskie typy.

– Panie komisarzu – zaczął Edek – działaliśmy zgodnie z poleceniem. Tu jest lista wszystkich, co wychodzili wieczorem z internatu. Spisane kiedy i co robili, póki nie przekazaliśmy ich pana chłopakom z Bródna.

Andrzej przyjrzał się liście: Antek Poświatowski i Franek Kowalski z ostatniej, Paweł Boruc z dziewiątej, Wojtek Łyńka z ósmej, ci regularnie, pozostali najwyżej raz, łącznie z dziesięć osób. Antka widziano całującego się z ładną kobietą, Franka czekającego pod bazarkiem Kobuszewskiego9 na gimnazjalistkę. Paweł zawsze wsiadał do tramwaju, czujnie oglądał się za siebie, więc dalej go nie śledzili.  Wojtka przekazali Staśkowi w uliczkach Bródna. Tak to wygląda. Popytał jeszcze o drobiazgi, kazał dalej obserwować.

Gdzież to mógł jeździć Paweł? Oglądał się? Czyżby sprawdzał, czy ktoś go nie śledzi? Znaczy się, Andrzej sam musi wziąć się do roboty.

Czwartek, 14 maja 1925r.

Dla starego policyjnego wygi śledzenie chłopaka nie było żadnym problemem. Kto by zwrócił uwagę na dziadka w spranej bluzie byłego pracownika gazowni, czyściutkiego emeryta, który stoi obok ciebie na przystanku? I nikogo nie zdziwiłoby, że wysiada przy Szwedzkiej, wszak w okolicy zakładów przemysłowych nie brakuje. Paweł szedł spokojnie, aż do budynku zakładów zbrojeniowych i tam rozpromienił się na widok postawnego mężczyzny wychodzącego po fajrancie z fabryki.

– Ah, jakie to szczęście, że dziś wuja spotkałem! – Radosny okrzyk Pawła przeznaczony był wyraźnie dla uszu pozostałych przechodniów.

– Pawełku! Co tam u was na kolei? – Zabrzmiał w odpowiedzi bas robotnika, sądząc z dostatniego ubioru i nowej cyklistówki, co najmniej majstra.

Dopiero uważny obserwator dostrzegłby lekką sztuczność w objęciach zaserwowanych przez „wuja” chłopaka. A ruch ręki, który umieścił niewielki pakiecik w robociarskiej kieszeni umknąłby uwagi nawet wytrawnego agenta. Lecz kto uważa na emeryta grzebiącego końcem laski w rynsztoku i wydobywającego stamtąd z okrzykiem tryumfu dziesięciogroszówkę?

Paweł i robotnik postali razem tylko chwilę. „Wuj” wyraźnie gdzieś się spieszył, a chłopak coś wspomniał o bibliotece i ruszył w kierunku Wileńskiej. Andrzej mógł sobie darować dalsze śledzenie.

„Wuj” chłopaka był mu dobrze znany. Stary pepesowiec. Ale jeszcze bardziej był mu znany tłusty trzydziestolatek o świńskich oczkach, który obserwował obu z fabrycznego tłumu. Czarnek, zwany „Pęcherzem”, szpicel już od przedwojnia, obrzydliwy gość. Paweł i “wuj” to oczywiście socjaliści, konspiratorzy z bożej łaski. Trzeba będzie dać znak Karolowi, że w fabryce mają ogon.

Czyli z tego wątku nici. Teraz cała nadzieja była w raporcie Staśka i Benka.

Poniedziałek, 19 maja 1924r

Z chłopakami z Bródna spotkał się wieczorem, przyjechali do niego na Ząbkowską, oddał im za tramwaj, poczęstował porządną kolacją.

Blondyn Stasiek wyglądał biednie w zniszczonej kurtce, fantazji dodawał sobie czerwoną apaszką i czapką w kratę, ale buty ledwo trzymały się podeszwy. Andrzej sprawdził rozmiar i przypomniał sobie o przedwojennych trzewikach Michała, będą w sam raz. Potężny Benek sprawiał bardziej zawadiackie wrażenie, grał w „Makabim”10, chciał zostać policjantem, niestety wpierw przyjmowali byłych żołnierzy. To Benek był szefem tej dwójki i przygotował raport.

– Dziękuję chłopaki, zrobiliście świetną robotę. Te tropy powinny mnie doprowadzić do rozwiązania. Muszę tylko im się przyjrzeć i posłuchać, co dokładnie planują.

– Dziękuję chłopaki, zrobiliście świetną robotę. Wasz trop powinien doprowadzić mnie do rozwiązania. Muszę tylko im się przyjrzeć, zajrzeć do ich meliny i posłuchać, co dokładnie planują.

– Może to my, panie komisarzu, podsłuchamy, tam trudno się dostać.

– Ale mówiliście, że na dach da się wejść od tyłu?

– Niełatwo, trzeba przyjść już koło trzeciej, gdy ludzie wracają z warsztatów i nikt nie zwróci uwagi. Potem długo czekać. Niewygoda.

– Dam radę i w komisariacie uwierzą łatwiej, jeśli będę naocznym świadkiem.

– Jak pan komisarzu chce, jeśli pomoc będzie potrzebna, to wystarczy sygnał.

– Dziękuję, jutro wtorek, pójdę rano do warsztatów, obejrzę okolicę, zobaczę tę waszą królową, a po południu, jak mówicie, będę na Siedzibnej.

Chłopaki zebrali się niechętnie. Wyraźnie obawiali się o Andrzeja, mimo iż ten tryskał energią i pewnością siebie.

Stasiek zapierał się, butów michałowych brać nie chciał. Wstyd widocznie mu było. Dopiero jak Anisa rugnęła go porządnie, zmieszał się i wdzięczny przypadł całować ją po rękach. Zaleskiemu, aż głupio się zrobiło, takie sprytne chłopaki i ledwo koniec z końcem wiążą. Nie to co on, pan emeryt w czteropokojowym mieszkaniu od frontu i służącą, siedząca gdzieś tam w służbówce przy kuchennych schodach. Cholerne szklane domy im urządziliśmy.

Brodno view

A. Kupniewski rysunek 1940, warsztaty kolejowe i słynna okrągła parowozownia. Puste przestrzenie to wynik bombardowań z 1939r.

Wtorek, 19 maja 1925r.

Rano Andrzej wysiadł z „oczka” i skręcił w brukowaną Palestyńską. W niewielkim, czerwonym, budynku portierni uważnie obejrzeli jego przepustkę, zaraz po wejściu poszedł w prawo. Obsypane świeżymi liśćmi drzewa skrywały drewniany budynek dyrekcji, ale Andrzej zdążał w kierunku ceglanych hal warsztatowych z wielkimi oknami. Tam uczniowie mieli zajęcia i dorabiali na obrabiarkach. Patrzył na dotaczanie mosiężnych części do kotła, naprawianie miedzianej instalacji wodnej w wagonach, popytał się majstrów. Nic. Dopiero ostatnim warsztacie, skąd widać było w całej krasie słynny, okrągły, kształt praskiej parowozowni, jeden z robotników opowiedział mu dziwną historię.

– A wiesz pan, myślelim nawet, że chłopaki kradną. Cuś w karmanach wynosili. Stary Mizgalski, co tu pilnuje, nawet im rewizję zrobił. I wiesz pan, ale się obśmialim. Opiłki, kieszenie opiłkami napełniali. Gadali, że jakieś eksperymenta chimiczne robio.

– Uuuu – przenikliwy gwizd parowozu, wytaczającego się w chmurze dymu i pary z parowozowni, przerwał im rozmowę. Czekali, aż czarne cielsko przetoczy się ze zgrzytem.

– Głupstwo, nawet zamietlim je dla ich na kolejny raz. – Kontynuował robotnik.

– Pamiętacie może, którzy to?

– Kto by tam ich spamiętał. Na pewno wysoki z konopiastą czupryną i mały rudy. Jeszcze dwóch, lebo trzech. Wiela tego.

Ciekawe. Skręcił wśród drzew i poszedł spokojnie do wyjścia przy Kiejstuta. Układało się.

Piosenka Lata dwudzieste

O pierwszej siedział w knajpie u Popielarskiej11 przy oknie i obserwował Białołęcką. Z sąsiedniej sali dobiegał stukot bilarda. Patefon grał głośno „Gdy zobaczysz ciotkę mą, to jej się kłaniaj, ”. Szlagier ośpiewywało ostatnio pół Warszawy, a nogi same przytupywały pod stołem w rytmie foxa.

https://staremelodie.pl/piosenka/1586/Gdy_zobaczysz_ciotke_ma

Zamówił duże piwo i galaretę. Piwko było świeże, delikatnie spienione, nie za zimne, ot w sam raz na wiosenny dzień. Nóżki doskonałe, mocno pieprzne i z solidnymi kawałkami mięsa, a nie nafaszerowane marchewką. Chałka pachniała jak z najlepszej żydowskiej piekarni. Rozkoszował się smakiem i czekał. Na wszelki wypadek położył przy talerzu pięćdziesiąt groszy, by móc wyjść w każdej chwili. Tak, znad kufelka, mógł i parę godzin śledzić co się dzieje na ulicy.

Lecz, jeśli chłopaki byli precyzyjni, zaraz powinna się pojawić. Rzeczywiście. Szejne szikse12, jak opisał Benek. W bródnowskim tłumie płynęła jak królowa, o pół głowy wyższa od przechodniów. Jakże inna od miejscowych, przysadzistych i cycatych blondynek. Smukła, czarne włosy obcięte krótko, zgodnie z modą z najlepszych salonów Warszawy. Malutki fioletowy toczek, harmonizował z takimże płaszczykiem, krótkim, odsłaniającym zgrabne łydki. Jak ona przejdzie błotnistą Oliwską? Poderwał się by przeciąć jej drogę. Delikatnie potrącił, po czym zaczął przepraszać wylewnie, może nazbyt, całować rączki. Dało mu to czas przyjrzeć się jej czarnym oczom, takim, że utopić się w nich można, delikatnym ustom, podbródkowi z dołeczkiem i ostro zarysowanym kościom policzkowym. Prawdziwa piękność, choć jej „dajta już pokój dziadu”, powiedziane chrapliwie, z praskim akcentem, nie świadczyło o wykształceniu. To była słynna Tyczka, bródzieńska zdobywczyni serc.

Jeśli miał jakąkolwiek wątpliwości czy podjął właściwy trop, to spotkanie rozwiało je zupełnie. Na nadgarstku królowej przedmieścia połyskiwała złotem hiszpańska bransoleta pani Janiny.

No tak, już wiedział „kto”, trzeba tylko zidentyfikować całą szajkę i upewnić się „dlaczego?”. Choć już chyba wiedział. Kawałki układanki wpadały na swoje miejsce.

Zgodnie z instrukcjami agentów poczekał do trzeciej. Ulice zagęściły się tłumem wychodzących z warsztatów. Nie było łatwo dostać się na dach piętrowego, niczym niewyróżniającego się, drewniaka przy Siedzibnej. Na szczęście jabłonie kwitły i zasłoniły Andrzeja, gdy mozolnie wspinał się od strony ogrodu. Ułożył się na dachu i wyjął swój stary, policyjny wynalazek. Gumową rurkę z lejkiem na końcu. Wpuszczenie jej przez okno wymagało nie lada akrobacji. Dzięki niej dźwięki z dołu będą biegły wprost do jego ucha.

Piętnaście po dziewiątej, w świetle płonącej regulaminowo lampki numerowej, zobaczył sylwetkę Tyczki. Nie do pomylenia. Obok niej wysoki Antek. Objęci. Chwilę całowali się namiętnie. Zaraz za nimi pojawiła się jeszcze jedna, niska postać w szkolnej kurcie. A potem dwóch zwalistych osobników w płaszczach. Zaskoczenie, bo jednak nie spodziewał się bródzieńskich kryminalistów.

Trzaski drzwi, charczenie, szuranie nóg.

– Macie? – rozległ się przepity głos o praskim brzmieniu.

– Jutro wieczorem szefie, musimy jeszcze rozdrobnić pył i przesypać w woreczki. – to Antek.

– Tylko nie skrewcie, bo… – nieznany mężczyzna zawiesił głos.

Spokojnie, szefie. Antka mundur przecież jak kolejarski, wzbudza zaufanie. Będzie doprowadzał do młodego. On robi za uciekiniera z sowietów, co rodzinne skarby wyprzedaje. Od takiego młodego chętnie wezmą, połaszczą się na zysk – głos Tyczki był niski, powabny – ja będę naganiać.

– Ty szefie i Rudy musicie być obstawą, by komuś nie przyszło do głowy oszukać, wziąć nas na rympał, to duże pieniądze. – Wtrącił Antek.

Andrzej posłuchał jeszcze trochę. Uśmiechnął się. Dokładnie jak dziś się domyślił. Złoty piasek. Stary warszawski numer. Prawie o nim zapomniał. Dobra, czas iść na policję.

Ruszył się, by zwinąć rurę i wtedy poczuł jak zsuwa się z dachu. Nie było czego się złapać. Rozłożył szeroko ręce i nogi by spowolnić ruch. Próbował chwycić rynnę, lecz była pełna mokrych kwiatów i liści, palce mu się ześlizgnęły. Cholera, nie da rady, wyląduje przed samym wejściem, będzie poruta, Antek pozna go i zwieje. Zawalił, cholera, zawalił.

To była ostatnia myśl, nim z łomotem wylądował na ziemi. Dwadzieścia lat temu, to nawet by nie poczuł i jak sprężyna odbił się na równe nogi. Ale lata już nie te. Zabolało ramię, znowu lewe, aż krzyknął. Drzwi otworzyły się z hukiem. Poczuł uderzenie w głowę. Stracił przytomność.

Ocknął się od kopnięcia w żebra. Wokół ciemność. Leżał w wilgotnym błocie. Mięśnie zesztywniały mu od chłodnej ziemi. Czuł jak sznur wbija mu się w nadgarstki, krępuje nogi. Był związany jak baleron. Głowa pulsowała bólem.

– Żyjesz dziadu? – Pochylona nad nim postać wionęła przetrawionym alkoholem. – To się ciesz, bo już niedługo. He, he.

Gdzie ja do cholery jestem? Wytrzeszczył z wysiłkiem oczy. Ceglany mur, zimne błoto, obok ciemne kupy ziemi. W słabym świetle lampki dostrzegł krzyże. Aha, Cmentarz Bródnowski, akurat miejsce na koniec życia.

– Słyszysz? – Znów owionął go smród podłej gorzały i cebuli – To Rudy kopie ci grób.

Przyjemniaczek, nie ma co. Głupio kończy się jego historia. Wyjść cało z rąk kaukaskich przemytników, wymknąć się spod noża żydowskim alfonsom, nie dać się angielskim szpiegom w dalekim Nepalu, przeżyć ostrzał artylerii tureckiej w czasie Wielkiej Wojny, wyrwać się z łap czechosłowaków i bolszewików, a dać się wykończyć nędznym urkom13 z Bródna.

Zgrzyt metalu o kamień. Pogwizdywanie. Za plecami bandyty pojawiła się postać z łopatą.

– No dobra, dziadu…

Świst, wrzask, mlask padających w błoto ciał.

– Piękna noc, panie komisarzu – zabrzmiał spokojny głos Staśka.

Zabłysła latarka. W jej świetle zobaczył jak Stasiek chowa za pazuchę paragraf – ołowianą kulę na sprężynie, straszliwą broń uliczników.

– Pan to prawdziwy meszunge14, komisarzu. Nocne spacery po Cmentarzu Bródnowskim – dodał prześmiewczo Benek, przecinając więzy i stawiając Andrzeja na nogi. – Jak tam głowa?

– Przeżyję – odparł ciężko, powstrzymując siłą woli zawroty i starając się nie czuć straszliwego pulsowania na potylicy. Powoli rozcierał stężałe mięśnie. – Uratowaliście mi życie, chłopaki.

– Oj panie komisarzu, mówiliśmy, że to sami zrobimy. Woleliśmy mieć na pana oko, ale mogliśmy włączyć się dopiero tutaj, gdy Rudy i Edek zostali sami. Nie chcieliśmy zepsuć akcji.

Odprowadzili go do samych drzwi XXV komisariatu. Uściskał ich serdecznie. Tacy w policji pracować powinni.

Młody posterunkowy, pełniący dyżur nocny, obrzucił podejrzliwym wzrokiem porwane i ubłocone ubranie Andrzeja.

– Czego pan sobie życzy?

– Muszę rozmawiać z komisarzem Rylskim. Połączcie mnie proszę, powiedzcie, że major Andrzej Zaleski ma pilną sprawę.

Połączono go natychmiast, na młodym glinie szarża zrobiła wrażenie.

– To ty Andrzeju? Już myślałem, żeś o starym druhu zapomniał. Wpadłeś do mnie na kieliszeczek starki? – W słuchawce huknął radosny głos Rylskiego.

– Dzisiaj niestety służbowo. Przyjedź, proszę, do komisariatu. To pilne.

Komisarz Rylski, gładząc gęste siwe włosy, wysłuchał uważnie opowiadania Andrzeja, od czasu do czasu, zadając celne pytania.

– Faktycznie nietypowa sprawa. Szajka, to starzy znajomi z Bródna. Ten szef, to oczywiście Czarny Julek, Tyczka, panna Izabella, to jego była flama. Rudy, to Rudy Kosa, już niejednego smykiem przeciągnął. Wasi chłopcy wdepnęli w paskudne towarzystwo. Musimy natychmiast działać, bo nie wiadomo, jak długo chłopaki przeżyją. Samego wkładu złota za sześć stówek, gotowy towar sprzedaliby za co najmniej trzy tysiące. Czarny Julek nie będzie się takimi pieniędzmi dzielił.

– Dobra, to do roboty.

– O nie Andrzeju, ty do domu i do łóżka, dorożka czeka. Od roboty jest Policja Państwowa.

Chciał dyskutować, ale po próbie gdy gwałtownie wstał, zakręciło mu się w głowie tak, że do dorożki musieli go sprowadzić. W domu Anisa na widok poturbowanego Andrzeja załamała ręce, ale nie pisnęła złego słowa. Opatrzyła mu bark, nadgarstki, kostki, przykładając maść pachnącą stepowymi ziołami. Napoiła go obrzydliwie gorzkim wywarem, rozpoznał smak kory wierzbowej i kwas cytryny. Obejrzała guza z tyłu głowy i machnęła lekceważąco ręką. Nawet nie pamiętał jak zasnął.

Środa, 20 maja 1925r.

Następnego dnia po południu Andrzej siedział w gabinecie Michała. Bark miał opatrzony, syn nie zauważył nawet obrażeń ojca.

– Powiedz, o co właściwie chodziło? – niecierpliwił się Michał.

– Numer jeszcze z czasów imperium. Sprzedają złoty piasek. W normalnych woreczkach z bankowymi pieczęciami. Tylko, że w woreczkach złoto jest tylko na wierzchu, a pod spodem opiłki miedziane.

Woreczki mają pewnie jeszcze z banku Rosji, kazionne15. Niejeden dał się na to nabrać. Okazja kupić złoty piasek, za pół ceny. Teraz ludzie też się boją o losy nowej złotówki i chętnie czegoś bezpiecznego poszukają. Sierota, uciekinier z sowietów, wyprzedaje majątek rodziców, pomaga mu dobry, polski kolejarz. Historia wyciskająca łzy i wabiąca amatorów łatwego zarobku. Dlatego kradli złoto i pieniądze, by mieć na tę górną warstwę. Gdybym wiedział, że chłopaki wynoszą z warsztatów opiłki, to wcześniej bym zrozumiał, co planują.

– Nie mogę uwierzyć, że to Antek. Taka ziemiańska, patriotyczna rodzina, pieniędzy sporo mu posyłali. Gotów byłem za niego zaręczyć – Michał nerwowo pocierał dłonie i wykręcał palce.

– Zakochał się, a taka miłość kosztuje. Izabella, zwana Tyczką, piękna kobieta. Owinęła chłopaka wokół palca. Najpierw wyciągnęła z niego wszystko, co mu rodzina posyłała i co dorobił w warsztatach. Wiesz, ile kosztuje taki płaszczyk? – ze dwie stówki. Jak już był goły, chciała go rzucić. Wtedy Antek zalazł Wojtka Łyńko, biedaka, co ma zręczne palce. Omamił sutym udziałem. „Podzielimy równo na trzy, dostaniesz tysiąc złotych”. Dla piętnastolatka to fortuna. Razem podszkolili się i kradli. Benek był świadkiem, jak Wojtek wyciągnął pugilares urzędnikowi kolejowemu.

– Ukradł, na ulicy? – Michał poczerwieniał i prawie krzyknął.

– Nie, oddał go, wsuwając w inną kieszeń, dowcipniś. Robota majstersztyk, chłopak ma w rękach talent. Plan był prosty. Pieniądze wydane na złoto, złoto starte na opiłki. Miedź na spód. Miłość jest ślepa i głupia, choć pomysłowość wyzwolić potrafi.

– Co się stanie z chłopakami?

– Znam komisarza Rylskiego, da im szansę. Twoje chłopaki są przerażeni, sypią równo, pomogli policji odzyskać skradzione złoto i pieniądze. Czeka ich więzienie, ale łagodny wyrok za współpracę. Może trafią z dala od prawdziwych urków.

– Szkoda Antka, zmarnował się przez dziewczynę.

– No wiesz Michał – Andrzej żachnął się – nikt go nie zmuszał, by okradał kolegów. Nauczka teraz, póki młody, da mu szansę na otrzeźwienie. Z bogatej rodziny jest, nie zginie. Przynajmniej pani Janina odzyska bransoletkę, widziałem ją na ręce u Izabelli. Widać twój Antek nie dołożył jej do puli, ale potraktował jako osobisty prezent dla kochanki. Wojtek, który ściągnął bransoletę, nawet o tym nie wiedział. Ale to Wojtek będzie musiał sobie poradzić z wyrokiem na koncie. Antek wciągnął go, a dla dzieciaka szkoła kolejowa to była życiowa szansa. Z takimi palcami byłby świetnym mechanikiem. Bez pomocy rodziny i państwa Wojtek znajdzie się na marginesie życia.

– Masz chyba rację ojcze. Wojtkowi państwo i rodzina nie pomogą. Oni nie, ale my możemy. Warto zainwestować parę setek. – Michał sięgnął po czarną słuchawkę telefonu. – Pani Janino, niech mnie pani połączy z mecenasem Śmiarowskim16.

Andrzej patrzył na syna, naprawdę zaskoczony.

 

Bródno i Praga 1925

Przypisy

1 – czerwono-zielona flaga eserów, rosyjskich socjalistów-rewolucjonistów

2 – ZLN – Związek Ludowo Narodowy, partia współrządząca Polską w latach 1923-26

3 – na potrzeby opowiadania rok otwarcia szkoły kolejowej na Bródnie przesunięto o dwa lata na 1923

4 – reforma walutowa Grabskiego w 1924, zastąpienie Marki Polskiej przez Złotego

5 – XVIII komisariat kolejowy

6 – fabryka mydła i kosmetyków Schichta przy Szwedzkiej

7 – łac. sposób działania

8 – łac. okazja czyni złodzieja

9 – Edward Kobuszewski, ojciec Jana Kobuszewskiego, był właścicielem bazarku na Bródnie

10 – Makabi, słynny warszawski przedwojenny, żydowski, klub sportowy

11 – restauracja u Popielarskiej istniała na Bródnie przy Białostockiej

12 – szejne szikse, jid. piękna dziewczyna (nie Żydówka)

13 – urkom, gwar. złodziejom

14 – meszunge, jid. wariat

15 – kazionne, ros. skarbowe, z oficjalnymi pieczęciami skarbowymi

16 – mecenas Śmiarowski – znany przedwojenny warszawski prawnik

Drzewica, środa, 14 września 1892

Alina nie miała już siły płakać. Ciężka ziemia, rzucana pełnymi łopatami na odkażoną wapnem trumnę Eli, przecinała ostatnią nić wiążącą ją z przeszłością, z domem rodzinnym.

Trudno było uwierzyć. Ela, zawsze taka energiczna, pełna sił. Dla Aliny jedyna starsza siostra. Od kiedy pamięta, Ela była obok. Do niej przybiegała z podrapanym kolanem. Ona uczyła ją zaplatać warkocze. Za nią chroniła się, gdy rozbiła dzbanek. Siostra potrafiła uspokoić rozsierdzoną nianię i to dzięki jej wstawiennictwu Alina mogła bezkarnie spędzać całe dnie w stajniach, oborze, czy strzelając do rzutków.

Matki nie pamiętała, Ela zaspokajała ojcowską potrzebę posiadania w domu prawdziwej kobiety. Rządzącej kuchnią, służbą, twardą rączką komenderującą ojcem, ale i będącej ozdobą każdego prowincjonalnego balu. Siostra rozsiewała wokół blask i poczucie elegancji. Jej gra na pianinie była akuratna, głos nie za wysoki, lecz przyjemny w śpiewie, haft bezbłędny. Alina mogła więc spełniać bardziej rolę syna. Niesfornego, rozhasanego, gdzieś tam blisko zwierzaków i pachnącego raczej polem niż paczulą.

Choć Alinie przypadała rola wieczornego czytania, gdy Ela w towarzystwie służących Marty i Teosi cerowała, szyła, haftowała, czy darła pierze. Ojciec, w te dni, gdy końskie interesy nie zatrzymywały go w mieście, albo źrebienie się klaczy w stajni, zwykle przeglądał gazetę gubernialną, ćmił krótką fajeczkę, lub po prostu drzemał, udając słuchanie. Gdy głos Aliny, zmęczony lekturą, słabł i chrypiał, siostra podnosiła głowę znad robótek i spokojnie mówiła, zawsze to samo:

– Alu weź soku z kredensu po lewej stronie. Malina z lipą gardło wzmacnia. No już, teraz.

Lecz to również dzięki Eli odebrała właściwe wykształcenie. Pamięta jak podsłuchała jej awanturę z ojcem. Przyłożyła szklankę do ściany ojcowskiego gabinetu i wszystko słyszała.

Ela nie krzyczała, lecz mówiła spokojnym, nie znoszącym sprzeciwu, głosem. „Całkiem dziewczyna zdziczała. Ledwie co czytać i pisać umie. O sztuce nie porozmawia, na instrumentach nie gra, nie zatańczy. Krzywdę jej robicie ojcze. Dziewczyna zaraz dwanaście lat będzie miała, za pięć lat czas za mąż ją wydać, a kto taką dzikuskę weźmie? Miejscowy pijus jaki. Tego dla niej chcecie ojcze?”

Alina za mąż się nie wybierała, ale taniec i muzyka pociągały ją niezmiernie. Więc nawet przesadnie nie grymasiła gdy przysłano pannę Malarską, co właściwym dla dziewczyny kształceniem się zajęła . Lecz wolne chwile spędzała z siostrą, popisując się nowo nabytymi umiejętnościami iwciąż korzystając z niezwykłej dla panien swobody. Wieczorami zaś siedziały razem przy świecy i w pismach wyszukiwały sztychy obrazów. Alina zafascynowana była symboliką malarską i doszukiwała się w każdym malunku niewypowiedzianych otwarcie treści.

Potem zaś Ela wpadła w oko samemu młodemu Jankowi Gerlachowi[1].

Stary Gerlach krzywił się na mezalians, że chłopak, wart kilkaset tysięcy rubli, drugi w linii do dziedziczenia takiej fabryki, bierze sobie jakąś biedaczkę, na pięćdziesięciu morgach łąk. Lecz Janek walnął pięścią w stół, krzyki ponoć było słychać aż w giserni. A i Ela okręciła sobie starego pana wokół palca. Trudno było oprzeć się jej urokowi. Jedno spojrzenie tych chabrowych oczu spod złotych loków i mężczyźni topnieli. Alina próbowała się tego nauczyć od siostry, lecz śmiesznie wychodziło to w wykonaniu nieopierzonego podlotka.

Ojciec sprzedał stado koni, wesele było huczne. Bawiono się trzy dni. W końcu nie co dzień żeni się syn takiego fabrykanta i córka ostoi powiatowego ziemiaństwa.

Mimo małżeństwa,siostry pozostały blisko. Powozem do Drzewicy była mała godzina, a Alina i w siodle wyrwać się potrafiła. Tylko ojciec jakoś zapadł się w sobie. Zmarniał. Brakowało mu widać tej kobiecej obecności, której Alicja wtedy zapewnić nie umiała.

A owej jesieni, osiem lat temu, nieokiełznany bułanek zrzucił ojca i strzaskał mu kość udową. Poszła gangrena. Nogę odjęli za późno i ojciec do Bożego Narodzenia nie dotrzymał. Janek i Ela gospodarkę ojcową sprzedali, Alina przeniosła się do Drzewicy, ale jakoś źle się czuła w fabrykanckim świecie. Ela też to widziała i starała się spędzać z siostrą jak najwięcej czasu. Ale jakim towarzystwem jest siedemnastolatka dla poważnej pani lat dwudziestu czterech, brzemiennej drugim dzieckiem?

I jak się los dziwnie układa. Na przyjęciu u Gerlachów w Warszawie, gdzie Alina jechać się opierała, stanął przed nią młody porucznik. Przystojny, rudawy wąs, smukły jak trzcina. O ile ciekawszy od tych prowincjonalnych głupków, co im tylko rola i pieniądze w głowie. Z porucznikiem szło porozmawiać i o Tołstoju i wiersze Asnyka znał, a i w naukach się orientował.

Zdziwiła się, gdy porucznik okazał się być policjantem, ale także i synem Zaleskiego z sąsiedniego Białaczowa. Dlaczego nigdy w powiecie go nie widziała? Dopiero później wyjaśniło się, że to był ów młodzieniec, którego do kadetów posłano. Ela nie była zachwycona, oświadczynami. „Caratowi służy, pluć za nim i tobą będą. Na pewno chcesz tego? Jeśli do Warszawy chcesz, to u kuzynów mieszkać możesz. Ładna jesteś, znajdziesz sobie lepszego.”

Lecz ona lepszego nie chciała, Andrzej też z miejsca się zakochał. Ślub był cichy, rodzinny. Gdy Alina za Andrzejem do Warszawy pojechała, kontakty z siostrą nieco się rozluźniły. Listy do siebie długie pisały, niemal co tydzień, ale widywały się rzadko. Ela z Drzewicy wyjeżdżać nie lubiła. Potem zwaliły się na siostrę nieszczęścia. Najpierw Tomuś na krztusiec zszedł. A potem Julcia na różyczkę zapadła, akurat jak Ela była w ciąży. Mały Adaś okrutnie zniekształcony trzech dni nie przeżył. Ledwo ochrzczonego pochowali tu, zaraz obok Tomusia. By Ela obok nich spocząć mogła, cały dół wapnem wysypali. Cholera.

Cholera szalała w opoczyńskim od roku. Zbierała swoje żniwo, choć głównie wśród biedoty i żydostwa.

Jak zaraziła się nią pani Gerlachowa? Wszak w domu i fabryce woda czystą była, doły kloaczne dezynfekowano, nikt inny nie zachorował. Musiał zgubić Elę jej samarytański charakter. Po wsiach jeździła. Ciemnym chłopom konieczność prac asanacyjnych[2] tłumaczyła. Jej się słuchano i problemów jak w innych powiatach nie bywało. Z komisją sanitarną ostatnio w Wygnanowie była. Musiała coś nieostrożnie wypić lub zjeść. Do Aliny telegram o ciężkim stanie siostry przyszedł przedwczoraj. Przyjechała bez zwłoki, wczoraj wieczorem. Już było za późno. Siostra we wtorek rano zeszła na cholerę.

I teraz Alina została sama. Siostry już nie ma. Nigdy nie będzie. Czuła wokół siebie pustkę, której już nigdy nie wypełni. Pustkę w miejscu, w którym zawsze królował silny głos Eli i jej energiczna sylwetka. Klucz do wspomnień ze szczęśliwego dzieciństwa.

Janek Gerlach to miły chłopak, ale pewnie zaraz nową żonę znajdzie. Takiemu długo nie być samotnym wdowcem. Ponoć po stracie Adasia najlepiej między nim a Elą  nie układało. Już tam się pani Staszewska koło niego kręciła. Ponętna kobieta. No i Julci matka potrzebna.

Co ona ma zrobić? Po co siedzi pod tym cholernym Opocznem? Podjedzie do Marty. Dowie się, co w Białaczowie słychać. Tylko jeszcze wstąpi do Lei Zilberman do Przysuchy, nie widziały się od trzech lat.

Petersburg, czwartek, 15 września 1892

Andrzej zdumiony patrzył na telegram od żony.

„Jadzka, Maciej i ich dzieciaki zmarli na cholere Stop Michal zdrowy w Warszawie Stop Ela nie zyje Stop Przyjezdzaj Stop Linka Stop”

Nie bardzo wiedział co ma zrobić. Zbieg okoliczności był niesamowity. Akurat wezwali go z Sachalina do Pitera[3]. Jechał ponad miesiąc z kurierami nie będąc pewny, czy za ucieczkę skazańców zdegradują, czy za złapanie bandy Jurija nagrodzą. Lecz podpis na wzywającym go piśmie „Podpułkownik I Oddziału Żandarmerii W. G. Czeburdanidze” napawał optymizmem. Stary znajomy.

Dobre przeczucie go nie zawiodło. Przyjechał do stolicy, by dostać Annę II klasy[4] z brylantami. Widział w tym też rękę generała Czerskiego, który w międzyczasie awansował na rzeczywistego radcę państwowego w ministerstwie, a po sprawie z pociągu sprzed półtora roku, bardzo cenił Andrzeja.

Więc telegram od żony zastał go w Piterze. Czy da radę pojechać? Jak? Nie może Linki zostawić z tym samej, Ela była jej ukochaną siostrą. Trzeba też zdecydować, co z Michałem. Musi porozmawiać w ministerstwie.

– Witam wasze wysokobłagarodije[5]. -Na smętnej zwykle twarzy Gruzina błąkał się lekki uśmiech. Z Czeburdanidze, wtedy jeszcze majorem służącym w Warszawie, bardzo polubili się tamtej zimy 1891, bywali u siebie często. Okazał się być niesłychanie ciekawym człowiekiem, o szerokich horyzontach, no i połączyła ich wspólna pasja do królewskiej gry. Nad szachownicą spędzali długie wieczory komentując partie Stenitza[6] i Zukertorta[7] i spierając się, czy Austriak jest prawdziwym mistrzem świata. Andrzej lubił twierdzić, że to lubliniakowi Cukiertortowi, bo tak prawdziwe nazwisko mistrza brzmiało, należy się palma pierwszeństwa. Po wygranej Steinitza z 1886, był to spór czysto teoretyczny.

– Witam panie pułkowniku, jak się miewa generał Dowłatow?

Awans Czeburdanidzego na radcę dworu, czyli podpułkownika, był na pewno zasłużony. Gruzin był utalentowanym organizatorem i potrafił nawet z byle jakich dokumentów z głubinki[8] wycisnąć istotę sprawy. Dowłatow był ich wspólnym szefem w Warszawie i obaj wysoko cenili starego generała.

– No już rok, jak generał w odstawce[9]. Nie uwierzycie kapitanie, ale przeprowadził się gdzieś do Siedmiorzecza[10] i z młodą tatarką się ożenił. Piękna jak rumak na stepie, ponoć z rodu chanów i od Alego[11] się wywodzi.

– Proszę bardzo, jednak ciągnie wilka do lasu.

Generał Dowłatow spędził młodość walcząc z chanatem fergańskim i zawsze cmokał z zachwytem nad urodą tatarek.

– Siadajcie kapitanie – Gruzin wskazał mu wygodny fotel naprzeciwko swego ciężkiego biurka. – Wam Andriej Stanisławowicz udało się z Jurijem. Dobrze, że to był szpieg japoński, a nie zwykły bandyta, więc o ucieczce zesłańców wam zapomniano. I Annę dostaliście. Gratuluję.

Andrzej zarumienił się. O zesłańcach wolał nie rozmawiać, to był śliski temat, nawet z Czeburdanidze. Stary lis mógłby rozszyfrować jego rzeczywistą rolę, a wtedy Sachalin stałby się dla niego nie miejscem niewdzięcznej służby w żandarmerii, ale prawdziwego zesłania. Na szczęście pułkownik nie drążył tematu.

–  Jego ekscelencja wiceminister generał Swierdłow proponował też dla was 200 rubli w złocie, ale wytłumaczyłem mu, że pewnie dwa tygodnie urlopu będziecie woleli.

Andrzej rozpromienił się.

– Dziękuję wam Waso Gogowicz.

Na otczestwo[12] przeszli którejś nocy w Otwocku, po wygranej majora czarnymi w partii francuskiej i wielkiej ilości gruzińskiego koniaku. Waso – „carski”, wydawało się wielce odpowiednim imieniem dla surowego Gruzina, szczególnie w obliczu takiej nowiny. A Gogowicz od imienia Gogo, czyli po gruzińsku bohater, dobrze wyrażało uczucie wdzięczności przepełniające Andrzeja.

– Nawet nie wiecie, jak żeście mnie ucieszyli, takiej nowiny się nie spodziewałem.

– No wyobrażam sobie, że wasza piękna Alina tam usycha z tęsknoty.

Póki co, Andrzej nie zdecydował się zabrać żony ze sobą na daleki wschód. Klimat na Sachalinie był paskudny, a warunki życia ciężkie. Nie na darmo nazywano go „wyspą-więzieniem”. Czechow pisał wprost „piekło na ziemi”. Nawet nadzorowi nie było tam lekko. Zimą padało, wiało od Pacyfiku i te zwykłe -20C było cięższe do zniesienia niż jakuckie mrozy. A latem lało. Lało bez końca. Wszechwładny brud, wilgoć, groźba epidemii tyfusu i ta obezwładniająca nuda.

Tęsknił więc za Aliną jak wariat. Chciał ją po prostu zobaczyć, epidemia cholery, czy nie. Tym bardziej jeśli teraz potrzebuje jego wsparcia. Śmierć Eli musiała być dla Linki bolesna. Przytuli żonę mocno, jak od ponad roku tego nie robili.

Jeszcze tego wieczoru kupił bilet pierwszej klasy do Warszawy i od razu kolejny na pociąg kolei Warszawsko-Wiedeńskiej do Piotrkowa. Czas w drogę.

Skrzyńsko pod Przysuchą[13], piątek, 16 września 1892

W karczmie panował zwykły mrok i zaduch. Nad stołem, poplamionym i porżniętym przez chłopskie pokolenia,w kutym kaganku żółtym światłem migała samotna świeczka. Druga paliła się nad kontuarem Cwiego, by gorzałki po ciemku nie rozlewać. Słońce już zaszło i chłopi cisnęli się wokół starca zajmującego wielki zydel, na którym zwykle wójt lub Pęczek siadywali. Tym razem Pęczek, mimo, że we wsi gospodarz najzamożniejszy, na dwudziestu trzech morgach siedzący, miejsca wędrowcowi ustąpił. Bo i dziad opowiadał rzeczy niezwykłe.

– Widzita chłopy. Strzeżta się. Widziałech to za Wisłą. Komisyje asanacyjne na wsie nasyłają. Niby z cholerą walczyć. A wicie gospodarze co oni robio?

Chłopi pokręcili głowami. „Asanacyjne” brzmiało groźnie. Zresztą czy kiedykolwiek miastowe wymyśliły coś dobrego dla wsi? Tylko nowe podatki i pobór do wojska, co najlepszych chłopaków na dwadzieścia lat z gospodarki wyrywał i gdzieś na wojnę z Turkiem, czy innymi poganami wysłał.

Wpatrywali się więc w siwobrodego,dziwnie odzianego, starca. Ubrany był ni to w sukmanę, ni to w habit mnisi. Ciężka brązowa wełna tworzyła głębokie fałdy kryjące postać, a sznur przepasał go jak zakonnika. Tylko poniżej pasa poły schodziły się ja w nogawki spodni. Ale świętobliwie i dostojnie wyglądał. Na stopach pokryte kurzem drogi, choć nadspodziewanie solidne skórzane sandały. W takich to wiele wiorst przejść można. Dziad zadowolony z uwagi odgarnął za uszy tłuste włosy, wielki krzyży żelazny, na grubym rzemieniu wiszący poprawił i ciągnął.

– Ta komisyja, to ziemniaki i zboże wam zabierze. Kwasem karbolowym zaleją, zniszczą wszystko, jako przez cholerę skażone. I co jeść będzieta? Zimą z głodu pomrzecie. A kto chory to zabiorom. Dokąd? Tam skąd jeszcze nikt nie wrócił. Doły też kopać wam każą. Kloaczne powiadają. Bo tam za potrzebą biegać macie. Jakoś rodzicom i dziadom waszym potrzebne nie były. Dobrze żyli. Wam po co? Jeszcze podatek nowy od dołu nałożom. Strzeżcie się!

Przerwał na chwilę i spojrzał na gospodarzy. – W gardle zaschło, dalibyście łyk czegoś przepić.

Kulawy Tworek rzucił się do kontuaru Cwiego i przykuśtykał po chwili z przyjemnie bulgoczącym kamiennym kubkiem. Promieniejąc z dumy postawił go przed dziadem

– Co wy mi tu piwo podsuwacie? Mówiłech wam. Tylko gorzałka. Gorzałka cholerę zabija. Dochtory to ukrywajo, bo byście nie chorowali i im kabzy nie nabijali. Ale Żydy i pany? One wiedzą, że jak cholera, to pić więcej będziecie. Mówią, że Żydy, karczmarze – tu rzucił nieprzyjaznym okiem na Cwiego – studnie zatruwajo, by więcej okowity cholerykom sprzedać.

– Eh, Cwiemu to pokój dajta, on swój Żyd. – Odezwał się Maślak. Karczmarz Cwi faktycznie był w Skrzyńsku lubiany, bo Żyd był wesoły i wieczorami pięknie chłopom w karczmie śpiewał.

– Swój, swój, ale Żyd – mruknął dziad, lecz wątku nie ciągnął. Za to skwapliwie łyknął podsunięty mu kieliszek wódki i cebulą przekąsił.

– I jakem wam mówił. Matka Boska mnie posłała, bym po wsiach chodził i chłopów ostrzegał. By kościół święty, matkę naszą przed Żydami bronić. Noc ciemna była, jak pod Maciejowicami, gdzie Kościuszkoświętej pamięci, co wolność chłopów chciał dać, przez panów zdradzony został, pod kapliczką przed deszczem się schowałem. Głowa zmęczona mi opadła, gdy blask nieziemski w me oczy uderzył i taka jasność mnie ogarnęła. I głos słyszę, słodki i łagodny, jak głos matki nad kolebką dziecięcia.  Ów głos powiada. „Józefie, idź i nauczaj o zarazie, ludzi prostych przed Żydami ostrzegaj, idź do mego obrazu do Ostrej Bramy, a tam medaliki poświęcone weź i ludziom by od zarazy ich chroniły nieś.” – Stary zawiesił głos i rozejrzał się czy chłopi go słuchają. Otwarte z podziwu oczy zebranych wpatrywały się w niego jak w obraz. – To jak tylko wieść o zarazie w Galicyji i Królestwie gruchnęła, żem poszedł. Ten kostur wziąłem i do Matki Boskiej Ostrobramskiej,do samego Wilna,żem pokuśtykał. A tam? Eh byście widzieli!Kościoły jakich i w Warszawie nie masz. A ilu księdzów, mnichów, świętych ludzi? Matka Boska swymi oczyma z obrazu najświętszego spogląda, lud błogosławi.

Zamilkł na chwilę, chlapnął gorzałki z podsuniętej mu bez słowa kolejnej szklanki.

– Jednego mnicha świętobliwego żem spotkał. Wielce pobożny tomąż i pismach uczony. 6 dni w tygodniu suszy, a w piątki całkiem nic nie jada. Ludzie mówią, że tu na ziemskim padole, ze świętymi obcuje. Widzenie swoje żem mu opowiedział, to ze mną poszedł i te medalki pod obrazem Matki Boskiej sam ksiądz biskup wyświęcił. „Idź i nieś je do mego ludu, z tej i z tamtej strony Wisły, niech Maryja Panna ich swą świętą dłonią od zarazy ochrania. Niech modlitwą szczerą do jej serca supozycję wnoszą i ona się przed swym synem za nimi wstawi. Każden, kto ten medalik nosić będzie, a przez trzy piątki różaniec dziewięciokroć odmówi ten siebie i rodzinę swoją od zarazy całkiem ochroni. Chłopa, babę, pacholę i dziewkę. Każdą chrześcijańską duszę Matka Boska, orędowniczka nasza obroni.”

Stary sięgnął za pazuchę i wydobył zza niej pięć medalików.

– To jak mi ksiądz prałat nakazał, od wsi do wsi wędruję. Ale medalików niewiele, to nie więcej niż pięć na wieś ostawić mi wolno. – Potoczył wzrokiem po zebranych. – Tych chrześcijan najlepszych wybrać mam i chronić. Miasta omijam, bo tam nieprawość się szerzy i szczerych dusz nie znajdziesz. Wszystko za pieniądz by dostać chcieli.

Znowu milczał, a w karczmie zapanowała ciężka cisza. Chłopi kiwali głowami. W końcu Pęczak, gospodarz wszak wśród zebranych najprzedniejszy i urząd podwójciego piastujący, nie wytrzymał.

– A wiela to taki medalik stoi?

– Jakem mówił, tu nie w pieniądzu siła, tylko czy kto chrześcijanin prawdziwy, czy Żydem się brzydzi i czy bronić świętej wiary gotów. To główne. Wy kto jesteście?

-Pęczak Bartosz. Tu każden o mnie powi, żem we wsi wiary i siły ostoja.

– Tedy za cztery i pół złotego takiemu szczeremu chrześcijaninowi medalik dać mogę.

Niemało to było w Skrzyńsku było, ale Pęczak tylko poskrobał się po siwym łbie i stosik monet odliczył. Od razu się kilku chłopów cisnąć poczęło, ale tylko Baran i Maślak gotowiznę przy sobie miało. Michalak, syna do chaty posłał i czwarty medalik kupił. Tworek chciał od Cwiego pożyczyć, ale dziad mało go kosturem nie obił. Od żydowskich pachołków naubliżał i Tworek jak zmyty pokuśtykał do chałupy. Piąty medalik niespodziewanie Antkowi, co u Baranów służył przypadł. Antek w Przysusze ostatnio w kuźni robił, to i grosz gotowy w sakiewce nosił.

– Tylko pamiętajcie – grzmiał dziad na odchodne – komisyji zwieść się nie dajcie. To Żydy i Moskale na zniszczenie ludu i waszą biedę ich nasyłajo. Przegnać ze wsi, niech do swej diabelskiej maciory idą. Was tu Matka Boska suknią swą świętą przed zarazą ochroni.

Chłopi zamruczeli. Ale jeszcze nim dziad z karczmy wyszedł i w ciemności się rozpłynął, baby, co zdyszane z zagród przybiegły, na progu go opadły.Coś mu do ucha pytlowały, za poły ciągnęły, w ręce monety pchały. Wreszcie dziad zrezygnowanym ruchem do kieszeni sięgnął i jeszcze Marcinkowa, Duda, Cioskowa i ta Jadźka żołnierka, po rubelku każda, medalik wyfasowały.

Pęczak siwy wąs podkręcił, podparł się pod boki i twardo oznajmił.

– Słuchajta chłopy i baby, działać nam trzeba, wieś naszą przed komisyją i zarazą chronić.

Przysucha, sobota 17 września 1892

Alina ledwo dziobała stojący przed nią omlet. Lea była świetną kucharką, a już omlet z gęsich jaj z ziołami, to było prawdziwe dzieło sztuki. Puszysty, pachnący masłem i z tym niepowtarzalnym smakiem ziół i traw zebranych gdzieś tu przez Leę. Wyczuwała lekki kwasek szczawiu, podsmażone z czosnkiem liście lebiody, słodkawy smak rozmarynu. Do tego pachnąca szabasowa chała. Zilbermanówna dawno odeszła od tradycji żydowskiej i szabasu nie przestrzegała, choć tu, w Przysusze, kryć się z tym musiała. Dlatego smażyła omlety nie na kuchni, lecz na gorących kamieniach, grzanych w piecu. Nikt z miejscowych chasydów, co i tak wilkiem na żydowską nauczycielkę patrzyli, nie zobaczy dymu unoszącego się z komina przyszkolnego mieszkania Zilbermanówny.

Lecz Alinie było nie do jedzenia, choćby nie wiem jak pachniało i kusiło. Przegadały z Leą całą noc. Wypłakała się. Czuła że zapas łez skończył się i teraz pozostał tylko głęboki smutek i uczucie niezapełnialnej pustki.

Wysłuchała i trosk koleżanki. Lea nie raz żałowała, że dała się omamić pozytywistycznej idei pracy u podstaw. W rodzinnej Przysusze do szkoły dzieci nie posyłano. Cheder to było odpowiednie miejsce dla młodych chłopców. Siedzieli od rana do nocy nad Torą i komentarzami. Po co chasydowi szkoła?

Szkołę założono dawniej, nim Przysusze odebrano prawa miejskie i budynek był wiekowy, nieremontowany. Przychodziło tych kilkoro dzieci gojów, i tych z miejscowych postępowych Żydów, którzy prowadząc interesy z cesarstwem chcieli by dzieciaki dobrze rachunki opanowały i o najważniejszych dla Rosjan książkach porozmawiać umiały. Z polskim było gorzej, nikt tego nie potrzebował. Ale Lea nie ustępowała. Uczyła wszystkiego. Miała swój pomysł i uparcie, od pięciu lat go realizowała. Chodziła też po domach kształcić dziewczynki. Los żydowskiej dziewczyny był nie do pozazdroszczenia. Małżeństwo w wieku szesnastu lat, potem kolejne dzieciaki i po trzydziestce kobieta była już wrakiem. Tylko nielicznym udało się wyrwać do miasta i innego życia. A w mieście nie skończyć jako służąca, lub w podłym lunaparze.

Lea chwilami miała dosyć tej orki na ugorze. Wrednych, ostentacyjnie bogobojnych, żydowskich sąsiadów, plujących za jej plecami. Wytykania palcami przez dzieciaki. „Nikt nie jest prorokiem między swymi” mówiła z goryczą. Trzeba mi było jechać gdzieś za Wisłę, albo choć do Piotrkowa, żaliła się.

Więc teraz obie grzały dłonie o szklanki herbaty i skubały w zamyśleniu omleta.

Głośny stukot kołatki wyrwał kobiety z zamyślenia.

Zilbermanówna  zaciągnęła zasłonę oddzielającą kuchnię od reszty pokoju, podeszła do drzwi i ostrożnie je uchyliła. Widać był to ktoś znajomy, bo wpuściła do środka, odsunęła zasłonę, zaprosiła do kuchni. Wszedł szczupły Żyd, wyglądający na zbiedniałego kupca. Bił z niego lęk, prawdziwy strach.

– Alino, poznaj to Cwi Lublin, karczmarz ze Skrzyńska. Cwi, to pani Alina Zaleska, moja najlepsza przyjaciółka. Niegdyś z naszych stron, teraz z Warszawy. Nie mamy przed sobą tajemnic. Siadajcie Cwi i mówcie co was sprowadza, bo widzę, że sprawa jest poważna, byście w szabas przed modlitwą do mnie przybiegli.

– Pani nauczycielko, ja nie wiem jak zacząć i do kogo pójść po pomoc. Wójt się w chałupie zamknął, udaje że go nie ma. W kahale[14] mnie słuchać nie będę, w mieście wyrzucą mnie jako parcha za drzwi. A tu taka sprawa się szykuje. – Cwi mówił bez akcentu, melodyjnym głosem i używając słownictwa niespotykanego u miejscowych Żydów. – Więc do pani przyszedłem. Aron tyle dobrego o pani mówił, jak pani wszystko wie i na każdy problem lekarstwo znajdzie.

– Wasz syn, Aron, zbyt dobrego mniemania jest o prostej nauczycielce, ale mówcie, jak będę wiedziała jaki macie problem, to może i coś zaradzę.

– Bo, to pani nauczycielko rozruchy będą, krew się polać może, a my, Żydzi jak zwykle najwięcej ucierpimy. Lecz nie o siebie, czy Żydów mi chodzi. Z tą zarazą wszak sami sobie nie radzimy i tylko te komisje sanitarne coś pomóc mogą.

– Poczekajcie, jakie rozruchy? I co ma z tym wspólnego komisja sanitarna? Przecież w poniedziałek zjedzie do was, do Skrzyńska.

– No i stąd cały problem.

Słowo po słowie, systematycznie, Cwi opowiedział o zajściu w karczmie i o tym jak za namową dziada, stary Pęczak chłopów i baby przeciw komisji podburzył.

– Zobaczy pani nauczycielka, źle będzie, chłopi są wystraszeni, nikogo słuchać nie chcą, ale już za kije chwycić gotowi. A potem wiadomo. Polecą kamienie, karczmę mi spalą, bo Żydzi zawsze winni. Kto wie, może i na miasteczko pójdą. Wie pani, oni nas naprawdę nienawidzą, choć zazdraszczać[15]przysuszaśkim Żydom nie ma czego.

To była prawda, Przysucha może po Świętym Żydzie[16] pięknej synagogi się dorobiła i słynęła jako ośrodek chasydzki na całą gubernię. Do ohelu[17] jego i Smychy Bunema ciągnęły pielgrzymki. Po dawnej świetności przemysłowej pozostały co prawda dwa wielkie kościoły i mieszczańskie domy. Lecz po powstaniu i utracie praw miejskich miasteczko podupadło, ściany pokryły się liszajami. W dawnych kamienicach kupieckich gnieździły się obecnie całe rodziny biedoty chasydzkiej, pejsaci Żydzi z czeredami brudnych dzieciaków. Śpiewali pięknie i modlili się żarliwie jak nikt inny, ale głodowali i zajęci religią nie tworzyli ani przemysłu, ani interesów. Zaś Dębińscy, właściciele miasteczka, może i dwór piękny wybudowali, ale gospodarować nie umieli. Gdyby z błota złoto robić można było, to uliczki Przysuchy byłyby nim brukowane.

– Rozumiem – powiedziała zamyślona Lea. – Sytuacja naprawdę wygląda groźnie, szczególnie, że z cholerą nie ma żartów. Pamiętacie Wolę Żałężną. Ile tam przeżyło? Czternaście rodzin, z prawie setki. Zaraza nikogo nie oszczędza. Dobrze, że u nas kahał zgodził się na dezynfekcję studni i zmianę użycia cmentarza, tak by deszcze wody do źródeł nie zmywały. Jak jeszcze krew się poleje, wojsko przyjdzie porządek robić, domy spalą i więzienia się zapełnią.

– Czemu ten dziad na komisję szczuje? Ochrana rozruchy antyżydowskie wywołać chce? – Zapytał wprost Cwi. – Chłopi chcieli już jutro, zaraz po mszy, pogrom rozpocząć, ale baby zakrzyczały ich, że wpierw komisję odgonić trzeba i dezynfekcji zapobiec.

– Nienawiść do Żydów, na pewno ma znaczenie. – Wtrąciła się milcząca dotąd Alina. – Ale naprawdę to dziad dla pieniędzy panikę sieje. Nie brakuje chętnych dorobienia się na zarazie. Ile tych świętych medalików dziad u was sprzedał? Pięć po cztery i pół złotego i jeszcze pięć po rublu, nieprawdaż? Razem prawie dziewięć rubli. Medaliki warte pewnie dwugrywiennika[18] każdy, więc ma sześć rubli na czysto. Sto, albo i sto pięćdziesiąt cełkowych na miesiąc z tego wyciągnąć można. Jeszcze wódką napoją i nakarmią.

Cwi gwizdnął przeciągle. – Tak na to nie patrzyłem. Ładny grosz.

– Ochrany bym do tego nie mieszała. Tym niemniej coś robić trzeba. Może proboszcz od Świętego Wojciecha z ambony ogłosi? Czasem to działa. – Ciągnęła Alina.

Lea wybuchnęła śmiechem.

– Ksiądz Leon? Ten ledwo dychający fajtłapa? Kto się starego safanduły słuchać będzie? Zresztą znając go, to prędzej modły zbiorowe przed tym ich świętym obrazem zarządzi i do tego obłąkanego dziadowskiego różańca przyłączyć się każe, niż do dezynfekcji namówi. Ognisko ciemnoty na całe radomskie.

– Masz rację, pamiętam tego katabasa. Nic dobrego po nim spodziewać się nie należy. – Zamyślona Alina bezwiednie nawinęła lok złotych włosów na palce i lekko zmarszczyła się. Była teraz tak podobna do Eli, że Zilbermanówna aż się wzdrygnęła. – Andrzej jutro rano przyjeżdża z Pitera, może on coś poradzi.

– Andrzej Zaleski, mąż Aliny jest kapitanem żandarmerii. – Wyjaśniła Lea Cwiemu. Widząc skrzywienie na twarzy karczmarza dodała. – On stąd, z Białaczowa. Mądry, jak na policjanta.

Alina prychnęła. Sama uważała, że miejscowa inteligencja do pięt Andrzejowi nie dorasta. Zresztą w żandarmerii też się marnował. Lecz przeczuwała, rozumiała, że jest coś więcej, ważniejszy cel, który sprawia, iż służby nie porzuca.

– Nie obrażaj się Alu, lecz urzędnicy carscy rozumem nie grzeszą.

– Spierać się z tobą nie będę. Lecz zaufaj Andrzejowi, poradzi sobie lepiej niż tutejsi mądrale. – Obróciła się do Cwiego. – Czekajcie na mnie w niedzielę wieczorem. Przyjadę z mężem i może z kimś jeszcze. Można do waszej karczmy wejść dyskretnie, żeby miejscowi podejrzeń nie nabrali?

– Mój brat, Moryc, przywiezie was swoim wozem. Nawet jeśli chłopi zobaczą, pomyślą, że kupcy z interesami. Spotkacie się z nim tu, w Przysusze, mieszka koło rebLewiego.

– Drugi dom w lewo za synagogą, z zielonymi drzwiami – wyjaśniła Lea.

Białaczów, niedziela, 18 września 1892

Porozmawiać o problemach Skrzyńska nie udało się zbyt szybko. Andrzej zajechał koło południa powozem, sam,powożąc na koźle. Alina wyskoczyła z domu Marty mu na powitanie, a on tylko wpił się w jej usta, chwycił Linkę w pasie, do powozu wciągnął, konie zaciął i pod las pognał. Sądząc z odgłosów, które z spod opuszczonej budy przez najbliższe godziny dobiegały, nie zajmowali się tam rozmowami o filozofii i zapobieganiu epidemii.

Potem zaszli do Marty, omówić sprawę Michała. Zgodnie z testamentem Stanisława, ojca Andrzeja, który był chrzestnym Michała, Andrzej zaopiekował się jedenastoletnim wtedy chłopakiem, zabrał do Warszawy. Tam zakwaterował pod opieką Tomasza, syna Marty, posłał do szkoły przygotowawczej, a gdy okazało się, że chłopak ma prawdziwy talent matematyczny i ciągnie go do zagadnień mechaniki, załatwił miejsce w Szkole Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej.

Jednak była to opieka za zgodą Jadźki i Macieja, rodziców Michała, a teraz po ich śmierci nie bardzo było wiadomo, kto jest formalnym opiekunem chłopaka. Teoretycznie Florian, brat Macieja, który łakomym wzrokiem patrzył na opoczyński domek po bracie i dwie chude morgi co się jeszcze ostały z Jadźkowego wiana.

Marta miała własne zdanie.

– Niech pan kapitanie, pójdzie do Floriana, walnie pięścią w stół i weźmie Michała pod swoją pieczę. Temu chytrusowi tylko na majątku zależy, chłopaka zabierze z powrotem do Opoczna i zmarnuje. Roku dzieciak nie przeżyje. A urzędowej osobie nie odmówi, bać się będzie.

Potem jeszcze przy obiedzie rozmawiali. Podano duszonego królika ze słynnej hodowli Marty. Trzeba przyznać, że Marta przyrządzała go po mistrzowsku z estragonem i świeżą śmietaną. Do tego delikatne kładzione kluski, wyborne jadło.

Alina przypatrywała się mężowi. Jadł, domowym piwem zpijał, ale jakby nieobecny duchem. Widać było, że jest zagubiony, nie bardzo wie, co ma robić. No, cóż, ktoś musi podjąć decyzję.

– Adoptujmy go Andrzeju, załatwisz to bez problemu.

– O czym ty mówisz Linko?

– Przecież o Michale. Adoptujmy go. Mądry chłopak, lubię go. Dobrze byłoby mieć takiego syna.

Zaleski milczał. To był bolesny temat. Nie mieli dzieci. Wiedział, że Linka bardzo chce, on też często myślał, że chciałby mieć syna, albo dwóch. Nauczyć ich wszystkiego, co sam umie. Albo córkę, tak mądrą jak jego młodsza siostra. Lecz nie wychodziło. Nie rozmawiali o tym. Teraz zaś sama Linka podsunęła rozwiązanie.

Siedzący przy piecu stary Konstanty chrząknął. Sługa ojca musiał mieć już dziewiąty krzyżyk, wojnę napoleońską pamiętał i Marta przygarnęła go do domku podarowanego jej przez Andrzeja i Emilię po śmierci Stanisława Zaleskiego.

– To będzie dobrze, paniczu, tak trzeba. – Usłyszeli lekko ochrypły szept. Po czym Konstanty zamilkł, ponownie przygryzł pożółkły od tytoniu siwy wąs, a wyblakłe oczy odpłynęły gdzieś w inne światy.

Andrzejowi kamień spadł z serca. Michała, w ciągu tych trzech miesięcy spędzonych razem w Warszawie, zanim Zaleskiego na Sachalin nie posłali, naprawdę polubił. W ostatnim roku ojcowy chrześniak zaczął pisywać do niego listy, w których z niespotykanym u trzynastolatka humorem i dystansem relacjonował mu sprawy w Warszawie i naukę w szkole kolejowej. Wiele razy, ich lektura, obok namiętnych pism Linki, pozwalała kapitanowi przetrwać w ponurym oficerskim mieszkaniu w korsakowskiej warowni[19], oderwać się myślami od deszczu, zimna i skazańców.

Plan był w gruncie rzeczy prosty. Florianowi oddadzą gospodarkę i ziemię Jadźki. Formalnie sprzedadzą, tylko pieniędzy nie wezmą, a oni w zamian adoptują Michała. Brat Macieja powinien być szczęśliwy, dostanie co dla niego najważniejsze. Jak zażąda więcej, to Andrzej szepnie słowo w Opocznie i miejscowa żandarmeria szybko przekona go, że z szarżą się nie zaczyna. Z takimi jak Florian, nie ma się co cackać. Dla chłopaka zaś tak będzie najlepiej.

Linka nie oponowała. Długo omawiała z Andrzejem szczegóły i dopiero przed wieczorem przypomniała sobie o cholerze i szykującym się proteście w Skrzyńsku.

– Najlepiej byłoby od razu ściągnąć patrol kozacki, nich im nahajkami z łbów głupie pomysły powybija.

– Daj spokój Andrzeju, tak nie można. To prości ludzie, ale Skrzyńsko jest znane w całej guberni. Jeśli tam przeprowadzą asenizację bez problemu, w całym powiecie pójdzie gładko. Sam wiesz, jak ważne są prace komisji sanitarnych.

– Dobra, dobra, po prostu zmęczony jestem. Jedźmy do Skrzyńska, czy gdzie się z tym karczmarzem umówiłaś. Mam pewien pomysł.

Po drodze do Przysuchy Alina wysłuchała planu Andrzeja. Był oczywiście bardzo prosty. Przyjedzie komisja w zwykłym składzie – doktor, urzędnik sanitarny z powiatu i żandarm lub wiejski stójkowy dla asysty. Raczej siła, której nikt się nie wystraszy. Jeśli chłopi zaatakują komisję, to schowają się w karczmie Cwiego. Andrzej wyjdzie wtedy z dwoma rewolwerami, w mundurze, wrzeszcząc swoim oficerskim głosem i rozgoni towarzystwo.

Popatrzyła się na niego uważnie. On naprawdę uważał, że to zadziała. Był przyzwyczajony do lęku na widok munduru, broni, autorytetu władzy. Nie miał pojęcia jak to jest na wsi.

– Nie chciałabym cię rozczarować Andrzejku, lecz twój plan ma jedną poważną słabość.

– Jaką znowu?

– Co zrobisz z babami?

– Czemu miałbym coś z nimi robić?

– Bo właśnie baby staną w pierwszym szeregu. One rewolwerów się nie wystraszą. Wiedzą, że nie wystrzelisz. A jeśli byś był na tyle szalony, to powinniśmy zajechać tam wozem, lecz już z zamontowanym tym waszym karabinem Maxima. Od razu też zbierzmy środki na odbudowę karczmy Cwiego. I wezwij już sotnię kozaków, aby rozruchy powiatowe uśmierzyć. Bo po zranieniu głupiej baby walka będzie na śmierć i życie. Bić miastowych, Żydów i panów! Słyszę już ten wrzask jak przy galicyjskiej rabacji. Mi się jakoś na tamten świat nie spieszy.

– Jeśliś taka mądra Linko, to masz lepszy pomysł?

Wjechali w wyboiste uliczki Przysuchy. Zapadł zmrok i tylko z niektórych okien wątłe światło świeczek rozświetlało ciemność. Póki co na wsiach nie wprowadzono obowiązku posiadania lampy z numerem domu, a wszak nawet taka nędzna olejówka była lepsza niż nic. Na kolejnym powrocie mało nie stracili koła wpadając w jakąś zastałą kałużę, która skrywała wyrwę głęboką na łokieć.

Milcząc zatrzymali powóz pod domem Moryca.

– Masz magnezję? – Spytała Alina wysiadając.

– Jaką znowu magnezję?

– No do zdjęć. Zwykleś aparat ze sobą woził.

Andrzej poklepał drewnianą skrzynkę.

– Mam, lecz magnezji niewiele. Na dwa-trzy zdjęcia.

– Może wystarczy, zapytamy też Moryca, w Przysusze są dwa kościoły, może jakiś przedsiębiorczy fotograf śluby wiejskie robi.

– Co ty kombinujesz?

– Potem ci wyjaśnię. Teraz idź do Moryca, wypytaj. Ja jeszcze mam sprawę do Lei.

Po czym znikła w mroku zostawiając Andrzeja pod zielonymi drzwiami Moryca Lublina.

Skrzyńsko, poniedziałek, 19 września 1892

Wóz Lublina zajechał pod karczmę Cwiego już dobrze po północy. Jechali noga za nogą, bo Alina musiała wszystkim wyłuszczyć plan. A jeszcze czekało ich powtórzenie wszystkiego Cwiemu. Jego udział będzie kluczowy. Każdy miał swoje zadanie, choć zdaniem Andrzeja niepotrzebnie zaangażowali Tadka i Wojtka. Obaj lnianowłosi, pryszczaci, sprytne chłopaki z Przysuchy, byli chętni do pomocy, przydźwigali worki ze sprzętem, lecz mogło się to dla nich marnie skończyć. Oby nie.

Noc była pochmurna, bezksiężycowa. Nad Skrzyńskiem zapadła całkowita ciemność. Mijały godziny.

Potworny huk zerwał śpiących na równe nogi. Jeszcze jeden. Bim, bom, bom, bom – dzwon kościelny rozległ się na trwogę. Chłopy, baby, dzieciaki wylegli z chałup. Pożar? Co się dzieje?

Wtem nad wzgórzem kościelnym buchnęła ognista zorza. Oślepiający blask. Wieśniacy bez wahania całą gromadą ruszyli pod sanktuarium. Pierwsi pędzili Antek i Józek Baran, obok zaraz Marcinkowa i czerwona jak burak z wysiłku Dudowa. Tłum biegnących wydawał nieartykułowane okrzyki, dyszeli ciężko.Byli nie więcej niż sto sążni do kościoła, gdy znów nad lewą wieżą błysnęło świetliście.

– Na kolana ludzie, to cud, patrzajcie na wieżę! – zabrzmiał z boku głośny okrzyk.

Tam dwie smugi światła skupiły się na odzianej w zwiewną szatę postaci o długich jasnych włosach.

– Matka Boska nam się ukazała! Módlcie się prostaczkowie! To znak, z samego nieba.

– Zdrowaś Maryjo, łaskiś pełna – zabrzmiał silny głos Pęczaka i Maślaka, po chwili dołączyła do nich dyszkantem Cioskowa i piskliwie Tworek. Cała wieś padła na kolana.

– Ludu, mój ludu, słuchaj mych słów – rozległ się nagle głos melodyjny, ale nadspodziewanie silny – bo straszna diabelska moc się na was uwzięła, więc błagajcie mnie o ratunek i wstawiennictwo u syna mego!

Znów oślepiający błysk. Postać na wieży jakby popłynęła w powietrzu. Wyciągnęła do ludzi ręce i uniosła je w górę.

– Sam dyjabeł pod postacią starca parszywego do was się zakradł i fałszywymi medalikami, szatańskim piętnem splamionymi, omamił. Na śmierć pewną od cholery wystawić was chce. Do rozlewu krwi podjudza. Byście zamieszki rozpoczęli i pod szablą kozacką skonali. Módlcie się boście zbłądzili!

– Na twarz nam paść i o przebłaganie prosić! – krzyknął klęczący z boku młodzieniec.

Ludzie niewiele myśląc na ziemię padli i drżeli z przerażenia.

– Nie lękaj się mój ludu – brzmiał mocny lecz słodki głos. – Ja asanacyjne starania swym błogosławieństwem wesprę. Diabelska zaraza cholera mej mocy niebieskiej się nie oprze. Módlcie się i nakazań doktorów słuchajcie, a oszczędzeni będziecie!

Znowu błysnęło i ze wszystkich stron huknęło. Ludzie ze strachu kułakami uszy zatykali, dzieciaki i baby w bek uderzyły. Z daleka rozległo się dzwonienie straży pożarnej z Przysuchy.

Nagle zapadła cisza, w której usłyszano głuche walenie i krzyki z plebanii. Tworek, jako najodważniejszy z gromady do drzwi pokuśtykał, założone przez kogoś na drzwi brewiono bez wysiłku zdjął i starego proboszcza Leona, jego gospodynię Małgorzatę i młodego wikarego Krajewskiego ze środka wypuścił.

Nad ranem cała wieś aż huczała. Nikt nie wiedział co się stało. Krążyły rozmaite plotki, lecz dominował strach. O wyprawie na Przysuchę i rozprawie z Żydami zapomniano. Ksiądz Leon modły zarządził. Przed kościołem zgromadzili się mieszkańcy nie tylko Skrzyńska, ale chłopi i baby z Przysuchy, Janikowa, Jakubowa i wielu okolicznych wsi.

Koło południa, drogą od Opoczna, od strony Zawady, ciągnęła dziwna procesja. Na przedzie, stępa na koniu, odziany w paradny mundur, podążał Andrzej Zaleski. Za nim, w powozie zaprzężonym w dwa konie, jechali doktor, felczer i sekretarz prowincjonalny z powiatu. Na koźle, obok woźnicy, rozsiadł się żandarm Sierow, przed którego gniewem drżała cała okolicy. Z tyłu biegło dwóch linianowłosych chłopaków z Przysuchy, tym razem uzbrojonych w urzędowe lagi strażników gminnych.

Komisja sanitarna.

Andrzej podniósł się na strzemionach i oznajmił.

– Mieszkańcy Skrzyńska! Wielka łaska was spotkała. Z rozkazu najmiłościwszego pana, cara Wszechrusi, Aleksandra III, komisja asanacyjna z powiatu przybyła, by straszliwą zarazę cholery wyplenić. Wszelkie nakazy wypełnić macie, a doktor i pomocnicy jego wszystko wam działania wyłożą. A teraz podążajcie za mną, to wszystko wam wyjaśnione zostanie.

Ludzie stali w milczeniu, zastygli w bezruchu.

– Słyszeliście głos najświętszej panienki w nocy! – Zawołał organista. – Idźcie i nakazanie Matki Bożej, patronki naszego sanktuarium, wypełniajcie.

Tłum posłusznie ruszył w kierunku wsi.

Oczom stojącej z boku Aliny nie uszedł drobny szczegół. Z tyłu w powozie, w nogach urzędników, leżała związana postać. Dziwnie milcząca i nieruchoma.

Andrzej widząc jej pytające spojrzenie wstrzymał konia i poczekał aż komisja przejedzie. Zeskoczył z siodła i odciągnął na stronę, rozglądając się, czy ciekawskich uszu za blisko nie ma.

– Złapałem dziada w Bielinach. Tak, jak myślałem polazł w stronę Opoczna, wioskami, tam ma branie największe. Żandarmi sprawdzili, Szymon Żaryna, zbiegły z robót pod Siedlcami. Szymon w parafii świętego Szymona złapany, taki traf. Sądzony za oszustwa i wielokrotne kradzieże. Teraz łatwo się nie wymiga. Podburzanie przeciw komisjom sanitarnym w tych czasach nikomu nie ujdzie płazem.

– Czemu by ujść miało? Ktoś mu w tej ucieczce pomógł? Jakieś zadania dla Trójki[20] Szymon wykonuje?

– Domyślna jesteś. Z więzienia uciec nie łatwo. Choć przypadki się zdarzają. Nawet u nas na Sachalinie, katorżnicy-socjaliści czmychnęli. Rozpłynęli się bez śladu i to na służbie feldfebla Gromowa.

– Tego sadysty, coś mi o nim pisał?

– Tego samego. Teraz Gromowa zdegradowali do efrejtora i na samą północ przenieśli. Dobrze, że to nie na mojej służbie było. A i tak, com się nasłuchał.

– Biedaczysko – Linka mrugnęła porozumiewawczo. – Ale jeśli z Trójką prawda i chcieli rozruchy antyżydowskie wywołać, to również i tym razem nasz Szymon się może wymigać.

– Chyba nie. W sprawach sanitarnych nie ma żartów. Oszustwo, podburzanie do rozruchów antyżydowskich, żaden problem. Lecz co innego utrudnianie walki z cholerą. Chyba jego mocodawcom nie będzie się chciało wychylać w takiej sprawie. Zresztą gdyby tak się stało, pomyśl, co zrobili by chłopi, gdyby przypadkiem się zwiedzieli i oszusta w swe ręce dostali? Na Syberii bezpieczniej dziadowi będzie. Sam o tym wie. Ktoś mu wspomniał… – puścił oko do Alicji i cmoknął na konia. – No, na mnie czas. Widzimy się za trzy godziny w Opocznie, jeszcze mi naczelnik powiatu pogratulować zapobieżenia rozruchom na pewno zechce. Również sprawy Michałowe załatwić razem musimy.

Warszawa, czwartek, 22 września 1892

Andrzej przeciągnął palcami po białym ramieniu Aliny, potem delikatnie opuszczając dłoń w kierunku jej piersi pochylił się muskając ustami jej obojczyk. Żona westchnęła i wyprężyła się wystawiając na pieszczoty.

– W sumie nie wiem Linko, czy po tym jak na Matkę Boską awansowałaś, to profanacji nie uprawiamy?

Żona zaśmiała się gardłowo.

– Nieźle wyglądałam, nieprawdaż? W aureoli świateł z luster. Dobry pomysł Lea miała. Pasował do wybuchów magnezji. Ale najlepiej wypadł Cwi jako głos niebieski. Przez tubę nikt go nie poznał, a brzmienie ma iście niebiańskie. Pasowało, w końcu to żydowski bóg przemawiał, nieprawdaż? A ten Tadzik krzyczący, by wszyscy na twarz padli? Aż żal było wtedy uciekać. Takie piękne przedstawienie.

– Ja chyba też rankiem, jako posłaniec cesarski, dobrze wypadłem?

– Jak sam Hermes, mój ty dumny mężu. Zobaczmy, czy twój kaduceusz[21] posłańca bogów w innych okolicznościach się sprawdzi – zamruczała Alina wędrując powoli szczupłymi palcami w dół brzucha Andrzeja, a potem przesunęła językiem po linii policzka nad jego rudawym zarostem.

Przez kolejną godzinę czas nie upływał im na rozmowie.

– Michał powinien zamieszkać z nami. Jest teraz naszym synem. – Oznajmiła Alina ubierając się.

– Miejsca mało. – Andrzej rozejrzał się po mieszkaniu. Przyzwyczaił się mieć tu spokój. Nie wyobrażał sobie dzieciaka w swojej przestrzeni. Taki trzynastolatek nie jest łatwym kompanem.

-Chyba na razie to nie twój problem. Chyba, że nie wracasz na Sachalin?

Westchnął ciężko. Niestety, służby uniknąć się nie dało.

– Wiesz kochanie, że za tydzień muszę być w Piterze. Droga na wschód mnie nie ominie i pospieszyć się muszę, nim w październiku śnieg i błoto trakty zawalą, rzeki nieprzebyte będą i do zimy jazda będzie niebezpieczna. Budowę Wielkiej Drogi Syberyjskiej dopiero rozpoczęto. Do Czelabińska dotrę koleją, a co dalej? Zimować gdzieś za Irkuckiem, na kurierskiej stanicy, mi się nie uśmiecha.

– Więc póki co, ja tu z Michałem mieszkać będę. Kiedy zaś wrócisz, może na Pragę się przeniesiemy? Natan piękną kamienicę tam przy Ząbkowskiej wam kończy, a świat się zmienia, na Szmulowiźnie nowe zakłady powstają, domy rosną. Targowa jak z żurnala wygląda. Już nie wstyd tam mieszkać, nawet takiemu ważnemu oficerowi.

– Jak chcesz kochanie.

Andrzej pogładził Alinę po włosach. Niech ma po swojemu. I tak jest sama w Warszawie. Zaś po prawdzie, jego bardziej dręczyły słowa starego Konstantego. Sługa pokuśtykał do niego przed odjazdem i słabym głosem wyszeptał.

– Dobrze, że panicz się synem zajmie, a nie jak inni panowie, na łasce porzuci.

O nic więcej wypytać nie zdołał, bo stary zniknął, a jechać trzeba było.

Dużo o tym myślał. W Białaczowie był w 1878. Szedł mu osiemnasty rok. Jadźka tamtego lata wdzięków mu nie szczędziła, tym bardziej się zdziwił, jak za Macieja poszła, a jego propozycję małżeństwa wyśmiała. Michał urodził się w 1879, ale 3 lipca, tak w akcie przecież zapisane. Niemożliwe, aby był jego synem. Jak odjąć dziewięć miesięcy to październik wychodzi. On 10 września pojechał z powrotem do kadetów. Nie zgadza się. Przecież wpisu w księgach parafialnych nie sfałszowali. Ksiądz by na to nigdy nie poszedł. Ksiądz Jędrzej, młody wtedy, wielki przyjaciel jego ojca… Nie, bzdura wierutna. Konstantemu w starym łbie się pomieszało. Definitywnie. I już.

 

Nota autora – Skrzyńsko, ziemia Opoczyńska i Radomska

Epidemia cholery rzeczywiście dotknęła ziemie zaboru rosyjskiego w latach 1891-93 zbierając na ziemi Opoczyńskiej śmiertelne żniwo. Historia Woli Załężnej jest autentyczna. Jednak walka z epidemią przebiegała na tych ziemiach sprawnie i przy współpracy mieszkańców. Ataki na choleryczne komisje sanitarne i zamieszki miały miejsce w zupełnie innych miejscowościach, po drugiej stronie Wisły oraz w Galicji.

Opisane wydarzenia NIE odnoszą się do rzeczywistych mieszkańców Skrzyńska i do obsady parafii Św. Wojciecha. Działania i poglądy postaci są wymysłem autora i nie mogą być uważane za opinie o rzeczywistych mieszkańcach Skrzyńska i innych wymienionych miejscowości. Jako, że Skrzyńsko było wsią korzystającą w XIX wieku z rozwoju przemysłu, opisane postawy są wręcz nieprawdopodobne.

Akcja została umiejscowiona tam wyłącznie dlatego, że główny, fikcyjny, bohater pochodzi z Białaczowa i jest związany z tradycjami Powstania 1863r, w którym bohatersko uczestniczyło wielu mieszkańców Opoczyńskiego. Jeśli ktoś z mieszkańców Skrzyńska lub ich potomków czuje się urażony, to stokrotnie przepraszam za wybryki mojej fantazji.

 

[1] Postać fikcyjna, jako spadkobierca rodu Gerlachów, właścicieli słynnych fabryk w Drzewicy i Warszawie

[2] Przest. Dezynfekcyjne, związane z zapobieganiem epidemii

[3] Pot. Ros. Petersburga

[4] Order Św. Anny, państwowe odznaczenie rosyjskie, początkowo trzystopniowe, potem czterostopniowe

[5] Tytuł przysługujący wyższym oficerom i urzędnikom carskim

[6] Wilhem Steinitz, pierwszy oficjalny mistrz świata w szachach

[7] Jan Cukertort, znany jako Johannes Zukertort, najbardziej znany szachista polski XIX wieku, pochodzący z Lublina, był uważany za najważniejszego rywala Steinitza do tytułu mistrza świata

[8] Ros. prowinicji

[9] Ros. Na emeryturze

[10] Siedmiorzecze – potoczna nazwa okolic dzisiejszej Ałma Aty w Kazachstanie

[11] Mowa o potomkach Alego, zięcia Mahometa, uważanego przez Szyitów, za prawowitego następcę Mahometa

[12] Mówienie sobie po imieniu i otczestwie, czyli pochodnej od imienia ojca było w dorewolucyjnej Rosji świadectwem zażyłości, odpowiednikiem polskiego mówienia sobie po imieniu.

[13] Wszystkie wydarzenia w Skrzyńsku są fikcyjne – patrz nota autora

[14] Jid. Gmina żydowska

[15] Starop. zazdrościć

[16] Jakow Icchak Rabinowicz znany jako Jakow Icchak ben Aszer z Przysuchy, słynny cadyk, zwany Świętym Żydem lub Świętym Judą

[17] Jid. Grób żydowski w formie budynku, często cadyka lub znanego rabina.

[18] Pot. Ros. Dwadzieścia kopiejek

[19] Korsakow – miasto na południowej części Sachalina, centrum administracyjne w XIX wieku

[20] Trójki – tu w rozumienia trzeciego oddziału, czyli Ochrany, policji politycznej Rosji

[21] Laska Hermesa, posłańca bogów