Tag Archive for: New York

To już druga część Nowego Jorku nieco obok najbardziej uczęszczanych szlaków

Miejsce czwarte – cud na Greenpoincie

Pojedźmy na Greenpoint – mówi żona. Lekko się krzywię.

Po co? – pytam.

Bo jestem ciekawa jak tam jest. Chcę zobaczyć. – Z taką odpowiedzią trudno polemizować.

Przesiadamy się więc z jadącego z centralnego Brooklynu na Manhattan metra znowu na zieloną linię wijącą się po Brooklynie. Wysiadamy w zapadającym zmroku na Greenpoincie i od razu rzuca się w oczy hinduski sklep, Thai Cafe, ale jest, jest i polski Mazur Meat Market. Bo na Greenpoincie Polacy mieszają się z Hindusami.

Z ciemności wyłaniają się sylwetki. Starszy pan z panią. Młoda kobieta w beżowym płaszczu. Matka ciągnąca za ręce dwoje dzieci. Rodzice z wózkiem.

Z kościoła wracają – zauważa żona.

Rzeczywiście z głównych drzwi Św. Alfonsa spomiędzy Kolbego i Wojtyły wyłaniają się kolejni ludzie. I to na tyle. Na tyle tego polskiego, niegdyś biednego Greenpointu.

Huron, Freeman, Java street – normalne nowojorskie domy. Oczywiście, nie wiemy czy w środku nadal nie śpią po pięciu w pokoju. Ale chyba to raczej w domach po drugiej stronie  drogi szybkiego ruchu wiodącej na Pulaski Bridge. Tam gdzieś obok fabryczek i warsztatów. Tu jest już zupełnie normalnie, gdyby nie podły dojazd, to można by uznać Greenpoint za prime location.

A na końcu Freeman Street, w małym parczku, czeka na nas niespodzianka. Po prawej stronie wypiętrzyły się nowoczesne wieżowce. Zaś widok do przodu zapiera dech w piersiach. Obok budują kolejne apartamentowce. Raczej nie dla uciekinierów z Podkarpacia. A na dole zapraszają delikatesy z kolekcją włoskich serów i wyborem wegańsko-wegetariańskim niespotykanym w Warszawie. Na lewo nikną w rusztowaniach dawne doki. Za rok-dwa już ich nie będzie.

Stoimy i nie zważając na zimny wiatr ciągnący wzdłuż East River podziwiamy w milczeniu panoramę Manhattanu. Lśniący fioletem Empire State Building, wieżę Chryslera i dziesiątki nowych wieżowców. Jest przepięknie, cicho, spokojnie. Cudowny ten Greenpoint.

Tuż przed powrotem spotkała mnie niespodzianka: we włoskiej „pizza na kawałki” kupiłem prawdziwe racuchy. Takie jak w przedszkolu, gdzie każde z nas dostawało po dwa w papierowej torebce. Z pięćdziesiąt lat nie jadłem takich pysznych, gorących racuchów, chrupka skórka, puchaty miąższ, drożdżowy posmak. Jeszcze jeden ocalał na rano do kawy.

 

Miejsce piąte – ławeczka z najlepszym widokiem w mieście

Roosvelt Island słynie z kolejki linowej. Atrakcji dla tych co, chcą spojrzeć na Manhattan z góry w cenie jednego przejazdu metrem.

My też nią pojechaliśmy – ale w kierunku Central Parku. Wpierw dotarliśmy tam metrem spod domu w Chinatown. I w przeciwieństwie do większości, co zaraz po przyjechaniu wraca „do miasta”, obeszliśmy tę zarządzaną przez prywatną korporację wyspę. Widoki w każdą stronę są wyczesane.

Queens – z jego nowymi wieżowcami Queens West wznoszącymi się za słynną reklamą Pepsi Coli. (Zasłaniają Greenpoint). Na lewo fabryki i elektrownia. Potężny most spinający Long Island z Manhattanem.

Gdzieś na północ – serce Brooklynu z Brooklyn Tower.

Nic jednak nie przebije poleżenia na ławeczce z widokiem na siedzibę Narodów Zjednoczonych i serce Manhattanu. Słoneczko przygrzewało. Można się wyciągnąć i wchłaniać w siebie Mahattan, wieże nad Central Parkiem, przepływające przez Rzekę Eire barki i pchacze, promy, stateczki.

 

Liczymy piętra na budynkach na nabrzeżu. Osiemnaście, czy dwadzieścia. Zbudowane gdzieś w latach trzydziestych. „Zwykłe” wieżowce mieszkalne. Ależ wrażenie musiało to miejsce robić na przybyszach z niemogącej się wygrzebać z międzywojennej biedy Europy!

W parku Roosvelta pustki, gdzieś tam robotnicy przycinają gałęzie. Nie zabrakło i toalety publicznej. I wodopoju. Wszystko za darmo. Górki w parku aż zapraszają do puszczania latawców – ciekawe czy wolno?

Jeszcze posiedźmy, pochłaniajmy słońca i Nowego Jorku. Do kolejki z powrotem do wielkiego miasta zdążymy.

Miejsce szóste – all that jazz

Niby kolebką jazzu jest Nowy Orlean. Ale to Nowy Jork rozsławił go na cały świat. Więc nie można przyjechać do Nowego Jorku i nie pójść na koncert jazzowy.

(Można – tak niestety zrobiłem w swoje dwa poprzednie pobyty, ale to było ponad 20 lat temu, albo i dawniej, jak widać mądrość przychodzi z wiekiem).

Na Manhattanie nie brakuje szykownych klubów, z atmosferą luksusu, drinkami, białymi obrusami i wystrojem z lat trzydziestych. Lecz oczywiście wolimy posłuchać jazzu w mniejszym, i tańszym miejscu.

Wybraliśmy się więc do Smalls Jazz na bardzo przyzwoity koncert tria perkusisty Ari Hoeniga. Fajna muzyka, jak się idzie na jeden koncert, to można za darmo zostać na kolejny, ale ja miałem już dosyć. Oberwało mi się za to od mojej pani.

Za to mamy pamiątkę w postaci obrazka z koncertu namalowanego przez tutejszego rysownika. Mi się podoba 😉 i teraz stoi dumnie u mnie na półce

Tym niemniej właśnie w Smalls dostaliśmy pisemko z planem koncertów w mieście i zacząłem grzebać. Gdzie by tu wpaść? Patrzę, we środę Jam Session w Harlemie, wjazd tylko $10. Musimy pojechać. Na wszelki wypadek googlam „Czy na 125 ulicy w Harlemie jest bezpiecznie?”. Komentarze pozytywne. Wbijajcie! Więc we środę wieczorem wsiadamy w metro 3 (czerwone) i jedziemy na Harlem.

Bulwar Malcoma X robi wrażenie zwykłej nowojorskiej ulicy – może fajnie wyglądających knajpek jeszcze więcej. Obok typowe czynszówki z początku zeszłego stulecia i właśnie w jednej z nich mieści się New Amsterdam Musical Association – stowarzyszenie i klub muzyczny istniejący od 115 lat. To nie jest knajpa z jazzem. Tu przychodzą ludzie wspólnie pomuzykować, niektórzy od lat, przypadkowych słuchaczy niewielu.

Nie umiem pisać o muzyce. Powiem prosto. Koncert był świetny. Miał w sobie tę naturalność i ciepło jazzu. Ray Blue na saksofonie – o niskim miłym brzmieniu, kojarzącym się nawet z jego nieco ośniedziałym kolorem. George Coleman Jr  – na perkusji był niezmordowaną lokomotywą ciągnącą koncert naprzód z niespotykaną energią. A i bardzo dobrym wirtuozem bębnów. Na organach jedyny biały w stałym składzie – Brad Whiteley  – jak szybko się okazało znalazł się tu nieprzypadkowo i przywodził na myśl klimaty najlepszych występów Uriah Heep. Dołączali do nich inni muzycy – wyobraźcie sobie, że w pewnym momencie grało czterech saksofonistów, każdy inaczej. Co ja będę opisywał – sami zobaczcie.

A i wokale okazały się przejmujące. Beverly Crosby ma w sobie urok dawnych gwiazd jazzu klubowego, a nawet ulicznego. Potrafiła utkać wyjątkową atmosferę. Niestety nie zanotowałem nazwiska siedemdziesięciolatka, którego usłyszycie w tym kawałku.

Cholera, co za żywioł!

W NAMA nie liczcie na wystawne drinki (jest mały bufet składkowy, woda i herbata za darmo), lecz jeśli chcecie poczuć temperaturę prawdziwego jazzu i zobaczyć radość wspólnego grania – to właśnie jest odpowiednie miejsce.

Nawet nie zauważyliśmy jak minęły cztery godziny, nastała północ i trzeba było zbierać się do metra. Wbrew naszym obawom dojście do stacji idącej bezpośrednio do nas na Chinatown linii B okazało się w pełni bezpieczne, a sama stacja była patrolowana przez policję.

Dyscyplina dodatkowa – skąd to wszystko?

Nowy Jork, tak jak i wiele miast, ma swoje muzeum. Nie figuruje ono na liście głównych atrakcji miasta, choć dla nas było ukoronowaniem zwiedzania Wielkiego Jabłka.

Trafiliśmy tam zbiegiem okoliczności.

W ramach próbowania różnych kawiarni poszliśmy do miejsca figurującego w Google jako Demitasse Coffee. Jak się okazało, miejsce przejął w zeszłym roku portorykański właściciel restauracji na górnym Manhattanie i zamienił zwykłą kawiarnię w lokalną atrakcję.

Jest tu dalej świetna kawa (jedna z najlepszych jakie piłem w NY). Na śniadanie można dostać świeżo upieczonego, rozpływającego się w ustach croissanta, corn muffins (w środku z beszamelem kukurydzianym), ham and cheese sandwich ze specjalną karaibską bułką i inne drobiazgi. Po południu gromadzi się przy planszówkach młodzież, a wieczorem miejsce zamienia się w drink bar z autorskimi pomysłami właściciela. Spróbowaliśmy jednego wynalazku – chyba nazywał się Secret Lover i był to niewątpliwie drink przy jakim by się chciało spędzić wieczór.

Właściciel, niezwykle miły, nie tylko pięknie opowiadał nam o Portoryko (okupowanym przez USA od 1898 r.), które zainspirowało freski na ścianach, ale i dał nam darmowe bilety to Museum of the City of New York. I powiedział „musicie zobaczyć”.

Dzień był paskudny więc ochoczo wskoczyliśmy do metra i rozkoszując się  wagonową poezją (wiersze w metrze, to cudowan inicjatywa) znów ruszyliśmy w górę Manhattanu.

 

 

Museum of the City of New York to prawdziwy diament. Jeśli chcecie poznać historię miasta, podaną nowocześnie, interaktywnie i fascynująco – to musicie zobaczyć J.

Dla mnie największym odkryciem było, jak budowa autostrad sprawnie dowożących ludzi na przedmieścia o mało nie wykończyła miasta w latach 70. Jednak Nowy Jork przetrwał i znów rośnie. Choć liczba samochodów drastycznie spadła. Może warto poznać tę lekcję dla Warszawy?

Spędziliśmy w muzeum ponad 3 godziny, oprócz stałych wystaw trafiliśmy na świetną poświęconą miejskiemu aktywizmowi – na przykład walce o prawa kobiet, emigrantów, wyzyskiwanych pracowników, kolorowych, LGBT+. Tu można się uczyć zaciętości i wytrwałości. Bo upór się opłaca.

A na koniec – w ramach wystawy o religiach w NY zostawiam Was z mapą żydowskiego Nowego Jorku, a ze stałej ekspozycji o jedzeniu – z “kulinarną” mapą metra.

Z każdą mapą macie szansę znaleźć swój Nowy Jork…

Obok?

Obok czego? Nieco obok najbardziej utartych szlaków. Nie „tam gdzie nikt nie dotarł”, ale troszkę dalej od pięciogwiazdkowych must-sees i nieco obok głównego tłumu i . Zabiorę Was w sześć miejsc, odrobinę innych i zaskakujących. Ponieważ sześć to niemało więc opiszę to w dwóch oddzielnych częściach.

Nowy Jork po raz pierwszy

 

Miejsce pierwsze – dwa kroki dalej niż wszyscy

Każdy jedzie na Staten Island. Wiadomo – można całkiem za darmo obejrzeć z promu Statuę Wolności, a w drodze powrotnej poczuć się jak imigrant przybywający statkiem do wymarzonego amerykańskiego raju. Dopiero po chwili ów emigrant odkrywał, że witają cię zamknięciem w cholerycznych barakach i zepchnięciem do roli najtańszej siły roboczej bez żadnych praw.

Więc i my popłynęliśmy. Bo trzeba. Bo warto. Dopiero ta podróż uzmysławia ogrom niegdysiejszego portu i miasta ciągnącego się dziesiątkami mil wzdłuż wybrzeża.

Tylko gdzie się podziewają te tłumy z promu? Chyba wsiąknęły w wielkim shopping mallu. Wystarczyło bowiem, że przeszliśmy ze dwieście metrów, do ciekawie zaprojektowanego pomnika ofiar zamachu 11 września i nagle okazaliśmy się jedynymi turystami. Tylko my i prawdziwy pomnik. Setki tabliczek z nazwiskami otwierają się w wąwozie prowadzącym tam daleko, na Manhattan, do Ground Zero. Nawet nie wiem, czy nie zrobił na mnie większego wrażenia, niż te dwie czarne studnie na miejscu dwóch wież. Choć i tam woda wciągała cię w otchłań cierpienia.

Tu, od portu w New Jersey ciągnęły potężne kontenerowce. Evergreen, DSV, Maersk – znajome napisy, obok chińskie i japońskie znaki, cały świat przysyła coś do Nowego Jorku. Podziwiamy. Słoneczko sprawiło, że zdjęliśmy naciśnięte na uszy czapki.

Staten IslandNiecały kilometr dalej i skusiła nas Westervelt Avenue wspinająca się na wzgórze. I niespodziewanie znaleźliśmy się w Ameryce. Takich Stanach małomiasteczkowych. Domy kryte drewnianym sidingiem.  Wiktoriański styl. Pustka, spokój, cisza.

W pełni rozumiem mojego syna, który nie mógł się nadziwić czemu ludzie nie biją się by móc zamieszkać w jednym z domów na Staten Island (no, nie każdego stać na prawie milion dolców, ale jak na dzisiejszy NY to cena nie powala). On by chciał móc. To wciąga.

Szliśmy tak podziwiając widok na Zatokę, Manhattan i New Jersey spod kościoła św. Piotra. Potem zaś człapaliśmy rozkoszując się tą małomiasteczkową ciszą. Oczywiście czasem przemykał ulicą jakiś drobny pijaczek, czy kobieta z dzieckiem. Uderzał w oczy brak białych. W pracy? W domu? W samochodach? Tutaj chyba nikt, kogo stać nie chodzi piechotą. Wiele tracą. Dopiero pod sam koniec widzimy starszą panią. O nareszcie. Ale nie, wracała tylko od lekarza i szła do samochodu.

Na ryneczku w małomiasteczkowym stylu, w solidnie okratowanym Liquor Store, gdzie miejscowi zaopatrują się w tradycyjne małpki, kupujemy kalifornijskie Cabernet Sauvignon na kolację. Będzie do pozostałości kolacji z Chinatown.

Brooklyn BridgeMiejsce drugie – w poszukiwaniu „Dymu”

Brooklyn Bridge jest podobnie obowiązkowy jak prom na Staten Island. Mieliśmy niedaleko więc z samego rana tam ruszyliśmy. Tutejsze widoki też zachwycają. I, podobnie jak w poprzednim przypadku, po przejściu w tłumie samego mostu, nagle zostajemy sami na Brooklyn Heights. Porządne trzy, cztero, sześciopiętrowe domy czynszowe. Brązowe – tak w ogóle to zszokowało nas jak brązowe są nowojorskie domy. Dużo ciemniejsze niż w Europie. To chyba dziewiętnastowieczna metoda ukrywania skutków smogu.

Zadbane ulice. Charakterystyczne kamienne schody (oczywiście pod nimi piąta kondygnacja – suterena). Wykusze ze sztucznego kamienia. Mijamy kościół. Potem zgromadzenie religijne. Kolejne. Kościół episkopalny maroński. Ci to dopiero mają witraże! Sami zobaczcie.

Kolejny dom to synagoga. Niemiecki kościół ewangelicki. Szkoła religijna. Okolica okazuje się jakimś centrum wyznaniowym. Niby Google pokazuje w kwadracie między Ramsen, Clark, Hicks i Clinton „tylko” dziewięć kościołów, ale ja naliczyłem ich co najmniej trzynaście, a nie przeszedłem wszystkich przecznic. No tak, blisko ratusza, to każda sekta musi mieć swoją świątynię.

Ale celem naszej wyprawy na Brooklyn wcale nie było Brooklyn Heights.

Ja chciałem jechać do Parkslope, według lokalnego przewodnika „prawdziwego fragmentu zamożnego Brooklynu z początku dwudziestego wieku”. Wsiadamy w pomarańczowe metro F i jedziemy. Na powierzchni. Wkoło dziwne tereny poprzemysłowe, cała masa wyburzonych fabryk czy magazynów. Stajemy na stacji 4 Avenue / 9 Street. Dziwne wyjście, długie, okratowane korytarze. I nagle na powierzchni znajdujemy się w innym świecie.

Sklepiki. Kawa. Małe uliczki zastawione szeregowcami. Ślicznie tu. Jakbym musiał mieszkać w Nowym Jorku to chciałbym tutaj. Czułbym się trochę jak ‘u siebie’ w Londynie. Ulice wysadzane drzewami. Na górze park. Łazimy tak, tu i tam. Kupuję prawdziwego brooklińskiego bajgla. Wchodzimy na pyszną kawę (nareszcie flat white smakuje kawą, a nie mlekiem migdałowym). Skręcamy w przecznicę. Przebieramy w książkach wystawionych na śmieci w pudłach. Potem kupujemy dla córki Kota Prota w charity shop, niech się uczy języków. Jest cudnie.

Dym SmokeGdzie jest to skrzyżowanie z „Dymu”? – pyta żona. Nie wiem. Ale wujek Google wie. Skrzyżowanie Prospect Park West i 16 Ulicy. Idziemy skrajem parku. Plac zabaw. Chyba nawet matki z dziećmi – przynajmniej są tej samej rasy. Obok boisko szkolne. Lecz park szybko przestaje wyglądać zachęcająco. Pogrodzony płotami. Święta, przeklęta, własność prywatna. Ale to już koniec parku. Rondo i zaraz po nim „to” skrzyżowanie. To nic, że takiego sklepu nigdy tu nie było, a najbliższe mu jest Prospect Deli. Jednak tradycji staje się zadość, bo po skosie rozpościera się dumnie Vape shop. Stoimy i wspominamy.

Jeszcze tylko małe sushi na lunch i jedziemy na Bushwick.

Miejsce trzecie – gdzie się podziali artyści?

Prawdziwych artystów dawno nie ma na Greenwich Village. Dawno zostali wyparci z Chelsea. Centralny Brooklyn też już za drogi. Wylądowali tu. Na Bushwick. Dawna dzielnica Portorykańczyków, potem opanowana przez emigrantów z Dominikany. Ostatnio jej opustoszałe fabryki i porzucone warsztaty zostały odkryte przez artystyczną brać.

Bushwick Murals

Takich murali, w tak doskonałym wykonaniu i często wtopionych w lokalne gangsterskie grafitti, to dawno nie widziałem. Tu wabią sześciorękie lub obejmujące zjawy kobiety, tam rozkwitły portorykańskie kwiaty, ze ściany szczerzy zęby groźny goryl.

Obok taquerie, bary. Mi chce się pić i wchodzimy do magazynu przerobionego na knajpkę. Oczywiście po Mielżyńskim, Manufakturze, Soho Factory czy Koneserze nas to w ogóle nie dziwi, lecz to wnętrze urzeka nieprzeprojektowanym urokiem. Tu design jest wpasowany, jakby to zawsze było miejsce spotkań dziewiętnastowiecznych spedytorów.

Przez przeszkoloną ścianę podziwiamy dom, który ktoś zbudował sobie na dachu magazynu naprzeciwko. Długo pewnie tu nie przetrwa. Już Bushwick namierzyli nieustępliwi developerzy szukający miejsc na bloki dla kolejnych fal bogacących się emigrantów. Ale póki co raj trwa.

Na koniec zanurzamy się w olbrzymim ciucholandzie. Można by tu jeździć na rowerze, i na pewno zmieściłby się cały Bytomski Lombard. Udaje nam się nic nie kupić, choć wabią mnie hawajskie kwiaty i dzwonowate dżinsy. Wśród szperającej publiki są starsze babcie, pewnie urodzone gdzieś na Karaibach, matki z dziećmi wybierające kurtki na wiosnę, robotnik chcący zastąpić rozerwane spodnie od kombinezonu, młode laski poszukujące kreacji na party i hipsterzy polujący na barwne ciuchy z piórkami.

Dyscyplina dodatkowa – czy z daleka patrzeć na sztukę?

Oczywiście poszliśmy do Guggenheim.

Miało padać. Chcieliśmy przed deszczem zobaczyć północną część Central Parku, trochę się pokłóciliśmy, zjadłem na ławeczce prawdziwego nowojorskiego bajgla ze smarowidłem serowo-boczkowym i weszliśmy akurat gdy pierwsze krople zamieniły się w ulewę. A w środku wita nas nieco komiksowy obraz kobiety pod parasolką. To Alex Katz – zupełnie nieznany mi amerykański malarz. Lekko się krzywię na popartowate obrazki, choć miło kojarzą mi się z latami sześćdziesiątymi. Nawet szkice do niektórych obrazów wydają się bardziej interesujące niż wygładzone powierzchnie ostatecznych dzieł. Dopiero wędrując spiralą wystawową w górę, na wysokości drugiego piętra oniemiałem.

Te same obrazy widziane z drugiej strony klatki schodowej, z odległości 10-15 metrów zapierają dech w piersiach. Wciągają w przestrzeń. Inne dopiero oglądane pod pewnym kątem ujawniają ukryte kształty.

I widać odwagę i ewolucję artysty, który w wieku lat siedemdziesięciu zaczyna eksperymentować z nowymi technikami, abstrakcją, innym językiem malarstwa.

 

Świetna sztuka wystawiona w wielkiej architekturze Franka Gethrego, która wymusza na nas tempo zwiedzania i otwiera oczy na nieoczywiste przekazy. Nie mogłem się napatrzeć na grę świateł na tych wielkich amerykańskich płótnach. Jakbym kiedyś musiał udekorować sobie hall w pałacu, to obraz Alexa Katza, byłby moim pierwszym wyborem na sam jego środek. Co Wy na to?

No dobra, dobra, jednak moim pierwszym wyborem byłyby “Lilie” Moneta.

Nie omieszkaliśmy zabłądzić też w wystawę Nicka Cave – nie, nie tego muzyka, jak myślałem – czarnoskórego rzeźbiarza LGBT, którego prace, chwilami ocierające się o apoteozę kiczu, ukazują całe okrucieństwo historii czarnoskórych w USA. Ogromna siła przekazu. Niektóre prace wstrząsające.

Jego Soundsuits  są prawdziwym głosem nowej otwartości wobec inności, ale i obrazem z którym każdy z nas musi skonfrontować swoją zaściankowość.

Dla mnie po to jest współczesna sztuka.