Warszawa, 07:05
Za oknem ledwo wstawał zimny jesienny świt. Radca Klejgels1 był rannym ptaszkiem i kapitan Andrzej Zaleski nie zdziwił się rozkazowi stawienia się do oberpolicmajstra na siódmą rano. On sam wolał normalniejsze godziny.
– Siadajcie kapitanie. Napijecie się herbaty? – powiedział stary służbista podsuwając w stronę Andrzeja filiżankę z parującą herbatą i połupany cukier. Tego rodzaju poufałość była u oberpolicmajstra niespotykana, widać sprawa, którą miał do niego, była nietypowa.
Herbaty Zaleski nie odmówił. Skądinąd Klejgels był smakoszem tego napoju i jego herbata ściągana od Petroffa była najlepszą mieszanką chińskich gatunków, z leciutką nutą bergamotu.
– Dziwicie się pewnie, czemu was wezwałem.
Wasze wysokorodije2 jesteście dowódcą, a moim zadaniem jest bez zastanowienia stawić się na wezwanie i oczekiwać co mi dowódca rozkaże.
– No tak, macie rację, ale słuchajcie o czym wam opowiem. – zawiesił głos, nerwowo potarł ogromne, siwe bokobrody i kontynuował – W siedleckiej guberni ostatnio grasuje dziwny złodziej. Włamuje się chyba przez okno, gdy domownicy śpią, zabiera pieniądze, i znika bez śladu. Niby zwykła sprawa, ale ma w sobie dwa nietypowe elementy. Złodziej nie szukałkosztowności i papierów wartościowych, mimo, że w okradanych domach ich nie brakowało. Często niezbyt ukrytych.
– Może woli zadowolić się łatwym niewielkim łupem, niż narażać się dla większego? – wtrącił Andrzej ośmielony luźną atmosferą.
– Tak właśnie możnaby sądzić, gdyby nie drugi fakt. – Klejgels zawiesił głos, łyknął herbaty i nie spuszczając oczu z Zaleskiego ciągnął –Na każdym miejscu kradzieży zostawiano martwego kota.
– Kota? Jak to, jakiego kota?
– A różnie. Czasem był to kot domowy, czasem z podwórka, a czasem jakiś przybłęda, nikomu nie znany. Za każdym razem uduszony, żadnych innych śladów.
– To rzeczywiście dziwne. Ale wasze wysokorodije, siedleckie to nie nasza gubernia, sprawa też wygląda na błahą, czemu mówi mi o niej sam oberpolicmajster Warszawy?
– No właśnie, dlatego was wezwałem. Ostatnia kradzież miała miejsce w domu wicegubernatora Zauszkiewicza. Odkryła ją ta jego żydowska kochanka i urządziła straszną scenę. Zauszkiewicz też się wściekł, martwego kota uznał za antypaństwową prowokację i rozesłał pisma do wszystkich cyrkułów w Królestwie. Sprawa nabrała klimatu politycznego. Wtedy pomyślałem, że wy kapitanie nadacie się świetnie do poprowadzenia śledztwa. Do złowienia sprawcy tego koszmarnego dowcipu. Zauszkiewicz ucieszy się, że taki sławny policjant zajmuje się jego sprawą. Rozwiążecie, a wicegubernator będzie mi winny małą przysługę. Co wy na to?
Klejgels pytał, ale Andrzej wiedział, że odpowiedź może być tylko jedna: „Tak jest wasze wysokorodije”. Pozostawało pytanie, czy stary chce go wrobić w beznadziejne i bezsensowne śledztwo, czy po prostu tylko jemu ufa. I chce przy tym ogniu upiec jakąś swoją pieczeń.
– Tak jest wasze wysokorodije. Kiedy mam jechać do Siedlec?
– A właśnie nie. Na łowy udacie się do Płocka.
Kapitan uniósł brwi w zdziwieniu.
– Dwa dni temu w Płocku włamano się do domu Sierowa, tamtejszego sekretarza gubernialnego. Martwy kot został na oknie. W siedleckim, po jednej takiej kradzieży, nastąpiło kilkanaście podobnych. Tu spodziewam się tego samego. Dlatego wezwałem was rano, bo o dziewiątej odpływa parowiec pocztowy do Płocka, a to najszybszy sposób by dostać się na miejsce. Podpułkownik Czeburdanidze przygotował was akta sprawy.
– Tak jest wasze wysokorodije, pozwólcie odejść.
– Jedźcie. I ni pucha, ni piera3 kapitanie – w głosie Klejgelsa zabrzmiał niespodziewany ton sympatii.

na Wiśle, 10:15
Chlupot wody, sapanie maszyny, powoli przesuwające się wiślane łachy i kępy, wprowadziły Andrzeja w nastrój medytacyjny. Na brzegach snuły się siwe dymy znad kartoflisk, krowy pasły się, skubiąc ostatnią jesienną trawę. Mimo październikowego chłodu kapitan wolał siedzieć na pokładzie przeglądając raporty policyjne. Miał czas. Statek parowy pokonuje ze 20 wiorst na godzinę. Z przystankami w Georgijewsku4 i Wyszogrodzie dopłynie na miejsce w jakieś pięć godzin. Można przestudiować raporty policyjne i wyrobić sobie pogląd na tę dziwaczną sprawę.
Tak. „Trzydzieści rubli złotem, dwadzieścia pięć w banknocie, sześć rubli srebrem, trzydzieści trzy kopiejki”. „Srebrna brosza w kształcie pawia, czterdzieści rubli złotem, trzy czerwońce5 i dwa ruble srebrem”. Łupy złodzieja może i nie były imponujące i wyglądały na to, co zwykle bogatsi trzymają w podręcznych skrytkach, sekretarzykach. Domownicy wszędzie spali, nic nie słyszeli. Niekiedy otwarte okno, zawsze brak śladów włamania. Kilka razy podejrzewano służące, ale nawet dokładna rewizja nic nie wykazała. Można pomyśleć perfekcyjne kradzieże, w sumie w półtora miesiąca, złodziej zgarnął prawie tysiąc rubli złotem i drugie tyle w banknotach. Biżuteria drobna, wyłączając złotą bransoletę z rubinami zagarniętą w gabinecie Zauszkiewicza. Cacko za dobre osiemset rubli. No tam i duży łup – pięćset rubli złotem, świeżutki rulon nowiutkich monet, prosto z banku.
Tylko te koty. „Czarny kot domowników, Mruczek, leżał na biurku z pętlą na szyi.” „Biało-czarny kot powieszony na sekretarzyku.” „Martwy kot na podłodze, nieznany domownikom” i tak dalej. Oczywiście żadnych wniosków. Tylko jeden stójkowy spod Kałuszyna, dopisał po polsku: „waryjat jakiś musi”.
Kradzież z Płocka niczym szczególnym się nie wyróżniała. Zresztą, o niej więcej dowie się wkrótce. Czas rozpocząć polowanie – najpierw rozpoznanie terenu.

Płock, 14:00
Zabrzmiał róg pocztowy. Z daleka, nad drewnianymi domkami Rybaków, wzniosła się imponująca skarpa płocka, zwieńczona katedrą Tumską i budynkami byłych klasztorów. Zegar na byłej wieży zamkowej wskazywał drugą.
Statek pocztowy zacumował przy świeżo brukowanych bulwarach. Nie miał ochoty jechać dorożką, nawet jeśli przy przystani czekały nowe wozy na gumach. Skinął ręką na tragarza, który z zapałem chwycił jego walizkę. Dziesięć lat temu niemałym nakładem wybudowano piękne, kamienne, schody, więc nie musiał brodzić w błocie by dostać się do miasta. Wspiął się do Mostowej, i postanowił przejść się przez park Ewangelicki. Potem skręcił w prawo do Rynku Kanonicznego, zaś obok sądu w stronę Starego Rynku. Zdążał do Ratusza, gdzie miał przygotowany pokój gościnny. Wolał to, niż zatrzymywać się w Pałacu Gubernialnym.
Apartament był urządzony gustownie, właściwie miał ochotę się zdrzemnąć, ale czas naglił, miał zobaczyć się z policmajstrem. Chwilę jeszcze postał przed nową fontanną, pewnie niedługo zamkną ją na zimę i ruszył w kierunku Odwachu. Odsalutował odźwiernemu i podszedł do ubranego w mundur jak spod igły policjanta, stojącego przed drzwiami z mosiężną tablicą „Syskij Diepartament Policji6”.
– Asesor kolegialny Zaleski z Warszawy do policmajstra sekretarza Krypina.
Policjant otworzył ciężkie drzwi. Czekano na niego, pewnie z przystani uprzedzono o przyjeździe.
Próby służbistego wyprężenia się policmajstra niweczyła jego brzuchata sylwetka, chyba ze dwa arszyny7 w pasie. Czerwona pajęczyna na nalanych policzkach była ewidentnie produktem nie siarczystych mrozów, ale pociągu do gorzałki, którą wionął ciężki oddech sekretarza gubernialnego.
– Niepotrzebnie fatygowali wasze wysokobłagarodije8, prościuteńka sprawa – zaczął Krypin z mocnym białoruskim akcentem – sami dalibyśmy radę, ale proszę się rozgościć, czym chata bogata.
Klasnął napuchłymi łapami i do pokoju wkroczyło dwóch policjantów – jeden niosący ogromną srebrną tacę zastawioną po brzegi smakołykami, a drugi, na lśniących talerzach oszronioną karafkę i dwa rżnięte kieliszki.
Andrzej rzucił okiem na poczęstunek i poczuł jak ślina napływa mu do ust. Cienkie płaty solonej słoniny, pęta suchej kiełbasy, wonne plastry kindziuka, solone grzyby, kwaszone ogórki i dzikie jabłka potwierdzały białoruskie pochodzenie Krypina. Ale na produktach podlaskiej ziemi się nie kończyło. Wędzone minogi, gdańskie śledzie,grube pajdy miejscowego chleba, żydowska chała, a po chwili poczuł rozkoszny zapach – na wielkim talerzu wjechały świeżo smażone rydze. Mógł oczywiście oburzyć się na takie proste przekupstwo, ale nie było potrzeby zrażać sobie miejscowej policji. Ich pomoc może być niezbędna. Zresztą po podróży statkiem zdążył porządnie zgłodnieć, a poszukiwanie dobrej restauracji mu się nie uśmiechało.
– Jeśli wasze wysokobłagarodije będzie łaskaw, to wszystko z rodzinnych stron, spod Nowogródka, a sieja – wskazał na piękne kawały białej ryby – z samego Narocza.
– Dziękuję wam panie sekretarzu. Wasze zdrowie – wzniósł kieliszek, trącił się z Krypinem, wychylił i omal nie zatchnął się. Nie przyzwyczaił się do krzepkości chrienowuchy9.
– Domowa wasze wysokobłagarodije, wszelkie choroby trzyma z daleka.
Z tych słów i dalszego zachowania sekretarza można by wnioskować, że Krypin musi być okazem zdrowia. Jedli z zapałem i pomiędzy kęsami nie przerywali rozmowy.
– Prosta sprawa?
– Na pewno lipkarz10 na gościnnych występach. Sprawdzamy wszystkich przyjezdnych, mamy pierwsze tropy.
– Dobrze, kontynuujcie, a ja się po prostu rozejrzę. Co z tym martwym kotem?
– To nowy kot żony sekretarza Sierowa, pewnie napatoczył się w złym momencie.
Łup u Sierowa był pokaźny, sekretarz właśnie odebrał z banku dwa rulony po pięćset rubli złotem i następnego dnia rano miał je rozdać na nagrody dla urzędników sądowych i skarbowych z okazji rocznicy wstąpienia na tron Mikołaja II. Ludzie tak lubią. Zawsze dwie-trzy złote monety sprawiają więcej radości niż biały papierek11.
Rozmowa trwała ponad godzinę, a na odchodnym policmajster rzucił.
– Dziś o siódmej, wasze wysokobłagarodije, organizujemy bal maskowy z okazji rocznicy wstąpienia na tron i ślubu Najjaśniejszego Pana. Byłoby dla nas zaszczytem, gdyby wasze wysokobłagarodije przyłączył się do tych skromnych obchodów.
– No cóż, w nocy raczej nie rozwikłamy zagadki, więc z przyjemnością. – Zawsze to rozrywka w gubernialnym miasteczku, może jakiś trop podchwyci.
Wychodził z mile napełnionym żołądkiem, lecz o sprawie wiedząc niewiele więcej niż przed przyjazdem. Już miał otworzyć drzwi i wyjść w jesienny mrok, gdy drogę zastąpił mu chłopak w juchtowej kurcie posłańca i w czapce z regulaminowym numerem.
– List do waszej wielmożności.
Z zainteresowaniem obejrzał brązową kopertę z ciężką lakową pieczęcią z wężem eskulapa. Zanim zdecydował się wypytać chłopaka, posłaniec zniknął. Niewiele myśląc wyjął z koperty białą kartę z lekkim chemicznym zapachem i powoli czytał ów list, pisany nie wiedzieć czemu gotykiem, po polsku.

„Jego Wysokobłagarodije, Asesor Kolegialny Policji Śledczej, Andrzej Stanisławowicz Zaleski
Wasze Wysokobłagarodije! Pozwalam sobie niepokoić Waszą Wielmożność, albowiem do mych uszu doszło, że sam kapitan Andrzej Zaleski raczył zająć się sprawą kradzieży u radcy Sierowa. W związku z tą sprawą natknąłem się przypadkiem na dziwny wątek, Rzecz, której przedstawić na piśmie nie ośmielam się, gdyż jej dać wiary nie sposób. Uniżenie proszę Waszą Wielmożność o odwiedzenie mojej apteki Pod Złotym Lwem, na Kanonicznej, gdzie będę mógł dokazać niezwykłych okoliczności związanych z tym przestępstwem.
Pozostając sługą Waszej Wielmożności,
Lew Bronsztajn, farmaceuta dyplomowany
Doktor nauk medycznych Cesarskiego Uniwersytetu w Berlinie”

Zamaszysty podpis, sucha pieczęć z eskulapem i gwiazdami. No tak, kształcenie w Berlinie wyjaśniało gotyk, treść była nieco dziwna, ale w takiej sytuacji należało zbadać każdy trop, szczególnie, że poza rozejrzeniem się u Sierowa, innego pomysłu na śledztwo nie miał.
Zapiął płaszcz i skinął na stojącego przy wyjściu stójkowego.
– Słuchajcie, jak trafić do apteki Pod Złotym Lwem?
– To wasze wysokobłagarodije będzie w żydowskiej dzielnicy, na Jerozolimskiej. Tylko ciemno już, po co tam łazić?Jak wasze wysokobłagarodije leków potrzebuje to i przy Nowym Więzieniu i przy koszarach nasi wojskowi medycy świetne apteki prowadzą. Niech wasze wysokobłagarodije słowo powie, to sam na jednej nodze skoczę.
– Skakać wy możecie, a ja Pod Lwa pójdę.
Policjant wzruszył ramionami, ale tylko zasalutował, kwestionować woli szarży się nie ośmielił.

Płock, 17:00
Andrzej szedł powoli, czuł się jak myśliwy w nieznanym mu lesie. Przy oświetlonych jasnymi lampami gazowymi ulicach Warszawy, Płock ze swoimi lampami olejowymi wydawał się mroczny, w gruncie rzeczy to jasny księżyc lepiej rozświetlał październikowy wieczór. Przeciął ruchliwą Szeroką. Po gubernialnych pałacach i olbrzymim gmachu katedry, jednopiętrowe domki dawnego Ghetta Żydowskiego sprawiały wrażenie maleńkich, nieledwie przeniesionych z innej bajki. Tym niemniej aptekę widać było z daleka, nowoczesne, wysokie okna, bijące ze środka jasne światło lamp karbidowych, lśniące mosiądzem poręcze i drzwi. Takiej witryny i w Petersburgu by się nie powstydzono.
Ledwo otworzył drzwi, na widok służbowego munduru,przelewający jakiś gęsty syrop chłopak za kontuarem odwrócił się i krzyknął gdzieś w głąb, za apteczne regały.
– Panie doktorze, jego wysokobłagarodije przyszedł!
Z zaplecza rozległo się dzwonienie szkła, szuranie i po chwili wydreptał stamtąd mężczyzna w białym kitlu. No lwem, to on w żadnym calu nie był. Mały, chudy, całkiem łysy, poorany zmarszczkami, o zupełnie nieżydowskich rysach. Tylko wypukłe niebieskie oczy patrzyły czujnie młodzieńczo spod złotych binokli. Doktor zatarł ręce i kłaniając się w pas wskazał na zaplecze.
– Och, jak jestem rad, że wasze wysokobłagarodije raczył mnie odwiedzić. Proszę, proszę do mojego laboratorium, tam porozmawiać można. – Akcent miał mocno żydowski, twardy.
Zaaferowany prowadził kapitana nie przestając gadać.
– Co za zaszczyt, móc spotkać słynnego śledczego policji, samego asesora Andrzeja Zaleskiego. O śledztwach waszej wielmożności to legendy, jak o owym brytyjskim Sherlocku, krążą.
– I pewnie są legendami, czyli historiami wyssanymi z palca – zaśmiał się Andrzej. – Ale cóż to za niezwykła okoliczność, o której pan doktor do mnie pisał?
Bronsztajn rozejrzał się czujnie po czym starannie zamknął drzwi laboratorium i przekręcił klucz w drzwiach. Podszedł do ciężkiej stojącej w kącie szafy i nachylił się po coś. Nie przestawał mówić.
– Widzicie wasze wysokobłagarodije, człek na prowincji żyjąc, rozrywek niewiele ma i w wolnych chwilach taksodermią12 i preparatami się param. A im okaz dziwniejszy, tym chętniej go w swej kolekcji widzę. Więc usłyszawszy o kradzieży u radcy Sierowa i martwym kocie wsunąłem w dłoń śledczego dwa niebieskie papierki 13 by ciało kota trafiło do mego laboratorium. Niecodziennie kot staje się ofiarą przestępstwa.I niech wasza wielmożność patrzy, na co trafiłem – obrócił się odsłaniając gestem magika słój nakryty białą płachtą.
Andrzej patrzył nie mogąc uwierzyć własnym oczom.
To coś w słoju, coś, co kryło się pod kocim futerkiem, na pewno kotem nie było. Nie przypominało w ogóle nic mu znanego, nie wiadomo nawet, czy to zwierzę, czy roślina. Ciemnofioletowe sploty, szare grube rury zamiast żył, a na wysokości szyi zmiażdżone uduszeniem dwa wielkie jajowate, błękitne zbiorniki, ogromne żółte placki zamiast oczu.
– Cóż to jest do cholery?
– Tego nie wiem, ale nic na naszym świecie znanego.Widzicie panie kapitanie, – doktor przeszedł do bardziej poufałego tonu – to niebieskie, to moim zdaniem narządy oddychania, więc dlatego kot użyczający istocie swego ciała był uduszony, by zbiorniki owe zmiażdżyć i lokatora zabić. Dlategom też uznał, że musicie to zobaczyć.
– No tak, sprawa nabiera innego charakteru.Telegram do akademii nauk do Petersburga wyślę. Wy doktorze, pilnujcie tego okazu jak oka w głowie.
Doktor nie rozumiał czym jest to coś, co kryło się w kocim futrze. Wiedział jednak równie dobrze jak Andrzej, że znalezisko to jest niezwykłe, lecz wymaga ukrycia, dyskrecji. Niespodziewanie, takie trochę nietypowe śledztwo, stało się łowami na nieznane istoty. Czymś, co przed pospólstwem, a może i przed zwierzchnością, ukryć przyjdzie.

Płock, 19:45
Andrzej zmierzał do pałacu gubernatorskiego, zatelegrafować do Klejgelsa, a od goniących jedna za drugą myśli,aż kręciło mu się w głowie.
Na co polował? Czy w tych przestępstwach chodziło o kradzieże?Czy to nieznany mu myśliwy ścigał te niezwykłe koty? Czym są owe istoty i kto potrafił bez śladu wniknąć do domów pełnych śpiących lokatorów? Dlaczego akurat w tych miejscach? I czy on sam, z polującego, nie stanie się łowną zwierzyną?
Instynkt policyjny krzyczał my do ucha – NIEBEZPIECZEŃSTWO!
Uderzył go w oczy blask lejący się z okien pałacu, uszy wypełnił gwar wysypujących się z powozów elegantów, rżenie koni. Zupełnie zapomniał o balu maskowym. Jeszcze mu tego brakowało. Ale od prowincjonalnych obowiązków towarzyskich się nie wymiga.
Gości witała generałowa Ludwika Dąbrowska, znana w całej guberni filantropka. To przynajmniej zapewniało muzykę na świetnym poziomie.
– Witam panie kapitanie – powiedziała podając mu do ucałowania dłoń, na której wiek zaznaczył już swoje piętno. – Widzę, że nie przygotował się pan na nasz bal maskowy, ale my gotowi jesteśmy na takich zapominalskich gości.
Wskazała na stół z maskami. Andrzej niewiele myśląc sięgnął po zrobiony z papier-mache rudy lisi pysk. Zamienił z generałową kilka zdań, przedstawiono go miejscowej elicie, dużym łukiem ominął Krypina i wmieszał się w tłum. Chyba udało mu się spóźnić na nudne wiernopoddańcze mowy. Orkiestra ustawiona pod ogromnym obrazem najjaśniejszego pana Mikołaja II z cesarzową Aleksandrą Fiodorowną Heską, czarno-białym, wyraźnie wzorowanym na państwowych litografiach, zaczynała właśnie grać do tańca.
Rozglądał się, gdy nagle poczuł świdrujące go oczy. W lewym kącie sali balowej stała ona. Wysoka, gibka, w dziwnej sukni stylizowanej na kocie futro i w kociej masce pokrywającej idealnie twarz. Rude włosy zwinięte były w kształt przypominający kocie uszy. Podszedł do niej jak zahipnotyzowany.
– Pani pozwoli – wychrypiał, miał wrażenie, że brakuje mu powietrza, czuł, że musi dotknąć tego smukłego ciała, bo inaczej oszaleje.
– Ależ oczywiście, kapitanie – zamruczała. Był skłonny przysiąc, że nie były to słowa, ale kocie mruczenie. Wyciągnęła do niego dłoń, w rękawiczkach pokrytych jedwabistym futrem. Miał wrażenie, że to ona chwyta go w swoje dłonie i porywa do walca.
Jeszcze nigdy nie czuł się tak w tańcu. Wirowali blisko siebie, nieco szybciej niż inni. Ciało jego partnerki poruszało się płynnie, miękko, ale i sprężyście. Narastało w nim podniecenie – jej ciepłem, zapachem, miękkim dotykiem futra, w które była przebrana. Tańczyli tak bez końca.
– Muszę wyjść przypudrować nosek – mruknęła mu do ucha partnerka.
Został sam. Czekał. Inne kobiety go nie interesowały, z urzędnikami gadać nie miał ochoty. Czekał kwadrans, potem kolejny i kolejny. Wypił kieliszek szampana, powoli zaczął się rozglądać po sali rozświetlonej kandelabrami odbijającymi się w ogromnych kryształowych lustrach. Nagle u szczytu schodów usłyszał tumult i wrzaski.
– Łapać złodzieja! Ukradziono, wszystko! – krzyk pełen rozpaczy.
Zrzucił maskę i wbiegł na górę. Stanął przed roztrzęsionym urzędnikiem gubernialnym.
– Co zginęło? – zapytał rzeczowo.
– Sześć rulonów rubli złotem. Cały fundusz na nagrody! Wszystko skradzione.
Coś go tknęło. Obrócił się na pięcie. Nie wiedział, co nim powodowało. Odepchnął gapiów i zbiegł na dół. Kopnął boczne drzwi i znalazł się w ciemnościach. Prowadził go jakiś prąd, instynkt łowcy, jak niewidzialna nić. Biegł Warszawską, obok wieży wodociągowej skręcił, przeskoczył przez płot ogrodu Blumberga, po czym ujrzał wysoki dom, dwupiętrowy, ukryty w środku sadu. Drzwi od tyłu, wbiegł na górę, buty dudniły na schodach. Pierwsze drzwi w korytarzu. Ciężko sapiąc pchnął je mocno, wyciągając ukryty rewolwer. Zobaczył ją. Stała przy dziwnym urządzeniu, w którym bulgotało płynne złoto, a przez rurę unosił się błękitny dym.
– Czułam, że przyjdziecie kapitanie, łączy nas niezwykle silna energia pri. Nie pomyślałam, że mogę coś takiego spotkać u Ziemianina. Zupełnie jakbyście byli z A52.
– Skąd?–wydyszał, ciągle zziajany po biegu.
– Z mojej planety oczywiście. A52, trochę jak wasza Ziemia. Daleko stąd.Wy to miejsce nazywacie gwiazdozbiorem Wegi. Odłóżcie ten rewolwer. I tak wasze kule na mnie nie zadziałają. Zaraz wam wszystko wyjaśnię. – Zauważyła jak wpatruje się w jej ciało – Nie, to nie jest moje przebranie, kapitanie. Mam na imię Tiia i tu na Ziemi tak wyglądamy. Trochę jak wy,a trochę jak wasze koty.
– Koty. No właśnie pani Tiio, czemu zabijała pani koty?
– Jakie koty? To nie były żadne koty. Przecież to są skryfy. Podobne do waszych psów gończych. Ten zdrajca Sip wytrenował je, by pilnowały paliwa. Musiałam się ich pozbyć, bo potrafią być niebezpieczne. Proszę się nie martwić, wszystkie wyeliminowałam.
– Tiio, o czym pani mówi?
– Zaraz wyjaśnię. Przecież pan kapitanie, nic nie wie. Sip, współpodróżnik, który przyleciał ze mną z A52, okazał się zdrajcą. Spiskowcem, wraz z wieloma innymi hierarchami. Wykryłam to. On zaś zniszczył nasz pojazd, bym nie mogła wrócić i ujawnić wspólników jego zdrady. Zanim go zlikwidowałam, paliwo do awaryjnego przekaźnika wrzucił do stopionego złota w mennicy Banku Rosji. Skryfy pilnowały tego, co z niego wybito. Dlatego musiałam odłowić skryfy i zebrać dość tych nowych monet, by móc odwirować paliwo z powrotem. – Odłączyła od aparatu szklaną tubę z odrobiną szarej substancji. – Właśnie jest w sam raz.
– A czemu kradła pani też pieniądze?
– Przecież gdybym ich nie ruszyła, to rozpoczęlibyście śledztwo już po drugiej kradzieży. Żaden złodziej nie zostawiłby pieniędzy. Dlatego też zabrałam i biżuterię. Wszystko jest w pokoju obok. Zresztą potrzebowałam środków na aparaturę i musiałam za coś żyć. – Pokazała miskę z czarnym kawiorem. – Tylko to nadaje się u was do jedzenia. Teraz mogę wracać na A52, do domu. Moje informacje pozwolą zlikwidować spisek. Szkoda kapitanie, że to nasze spotkanie potrwa tylko chwilę, pańska energia pri świetnie harmonizuje się z moją.
Przesunęła kilka dźwigni i aparat zatrzymał się. Ciężka bryła zestalonego złota wypadła na stół.
– Zabierze pan złoto i odda właścicielom, resztkę pieniędzy też. – Jej kocia twarz zmarszczyła się lekko, oczy rozbłysły, podeszła i dotknęła go swoją ciepłą, futrzastą ręką.
Czuł jej miękkość jej sierści i lekkie mrowienie przebiegło przez jego dłoń, rękę, barki, gdzieś wzdłuż kręgosłupa, aż do lędźwi. Wypełniało go uczucie niezaznanej dotąd przyjemności.
Nagle uszy zaatakował dźwięk dzwonów strażackich i ujrzał w oknie niebieskawe światło płomieni unoszących się gdzieś nad Kanoniczą.
– Co to? Co się dzieje?
– Pożar Pod Złotym Lwem. Przykro mi, że musiałam doktorowi spalić laboratorium apteczne. Sami rozumiecie, że ciało skryfa nie może zostać w waszych rękach. Jako ludzie nie jesteście na to gotowi. Taki punktowy pożar. Na szczęście ogień ugaszony, a doktor znajdzie w kieszeni swego surduta zwitek banknotów. Ten tysiąc rubli, mam nadzieję, zrekompensuje mu straty. – Podrapała się za uchem kocim gestem. – Teraz wy kapitanie, musicie zakończyć sprawę. W sąsiednim pokoju znajdziecie uprzednio przetopione złoto, biżuterię i ciało Kraszewskiego z nożem w ręku. Wystrzelicie. Przybiegnie stróż. Wszyscy pomyślą, że zabiliście bandytę przy próbie oporu, odzyskacie łupy.
– Kraszewskiego? – wypalił zdumiony Zaleski – Tego szlachcica, ponoć potomka biskupa, a w samej rzeczy warszawskiego sutenera z Franciszkańskiej? Oskarżanego o handel małymi dziewczynkami?
– Jego właśnie. Chyba wam go nie żal?
– No nie, bez tego ścierwa, nasz świat będzie nieco piękniejszy.
– Zgadzam się z panem kapitanie. To niestety koniec naszego spotkania.Żegnajcie. Pamiętajcie o mnie.– Zdjęła z szyi błękitny medalion i włożyła go w dłoń Andrzejowi. – Zostawię wam go na pamiątkę, byście wiedzieli,że gdzieś na niebie jest Tiia. Ja muszę wsiadać do mojego rezerwowego przekaźnika.
Podeszła do szarej rury stojącej w rogu pokoju, pomiędzy górą starych szmat i rozpadającą się szafą.
Andrzej spojrzał na swoją dłoń. W środku ciepłego kryształu medalionu jaśniała gwiezdna mapa, a planeta w gwiazdozbiorze Wegi błyszczała czerwonym światłem. Niespodziewanie podbiegła do niego i potarła go czule swym kocim nosem. Owionął go jej zwierzęcy, słodki, zapach.
Złapał ją, ale wyrwała rękę z jego dłoni, chwyciła za rurę przekaźnika, wtłoczyła w nią szklaną tubę. Znikąd pojawiła się świetlista kula, wchłonęła w siebie Tiię. Sam przekaźnik zaczął pulsować białym iskrami, po czym zamienił się w słup światła, zawirował i jasny promień wyleciał wprost przez okno. Pomknął gdzieś tam daleko, w nieznany mu kosmos.

Płock, 23:50
Kapitan Zaleski stał w pokoju obok z dymiącym rewolwerem w garści. Pod ciałem Kraszewskiego zastygała krew z rany zadanej bandycie przez Tiię. Na stole leżały bryły stopionego złota, obok bransoleta kochanki Zauszkiewicza, srebrna brosza i kilka banknotów. Słyszał na schodach tupanie nóg stójkowego i stróża biegnących do wystrzału. Dla zwierzchności sprawa rozwiązana, jeśli nawet jakieś szczegóły się nie będą zgadzały, nikt nie będzie w wnikał. Zauszkiewicz za odzyskanie biżuterii wdzięczny będzie Klejgelsowi. Klejgels udzieli mu formalnej pochwały. A on? Znowu został bohaterem, choć to nie jego łowy były i on żadnej zwierzyny w Płocku nie złapał.
Wsunął rękę do kieszeni i zacisnął dłoń na małym błękitnym krążku, z którego biło dziwne, lekko szczypiące, ciepło.

 

Przypisy

1 – Klejgels, oberpolicmajster Warszawy, postać autentyczna

2 – tytuł przysługujący randze Radcy Państwowego (ros. Statskij Sowietnik), ranga wyższa od pułkownika a niższa od generała

3 – polski od odpowiednik “połamania nóg”, dosłownie “bez puchu i piór”

4 – rosyjska nazwa Modlina

5- pot. dziesięć rubli

6 – ros. departament śledczy policji

7 – arszyn – rosyjska miara długości, ok 70 cm, czyli dwa arszyny to prawie 140cm

8 – tytuł przysługujący oficerom od stopnia kapitana i urzędnikom od rangi asesora kolegialnego

9 – ros. wódka, nalewka spirytusowa na korzeniu chrzanu

10 – złodziej kradnący “na lipko” czyli włamujący się przez okno na wyższej kondygnacji

11 – potoczna nazwa banknotu 25 rublowego

12 – taksodermia – wypychanie zwierząt